Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Desery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Desery. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 kwietnia 2014

Mazurek i życzenia

 Odrywam się na moment od  biegania za koko i hau hau i życzę wam samych dobrych chwil w te nadchodzące święta. Jedzcie z umiarem, róbcie tylko to co naprawdę macie ochotę i patrzcie z czułością na bliskich. A dla tych co jeszcze nie upiekli mazurka, moje daktylowe cudo (modniej by było napisać daktylove). Zapraszam. A gdybyście chcieli jeszcze jeden tu mój sprawdzony od lat mazurek waniliowy.
 
Mazurek daktylowo-pomarańczowy
wariacja własna na temat tego i tego przepisu

Ciasto kruche:
-250g mąki
-200g masła
-100g cukru pudru
-szczypta soli
-2 żółtka

Masło, sól, mąkę i cukier wrzucamy do miski i mieszamy między palcami, aż powstaną tłuste okruchy  ( tu raczej tłusta masa). Dodajemy żółtka i zagniatamy ciasto, które następnie chłodzimy w lodówce. Ciasto podzieliłam na pół i wyłożyłam nim dwie blaszki 15-20 cm. Ponakłuwałam widelcem i wrzuciłam jeszcze na trochę do zamrażarki, w tym czasie nagrzałam piekarnik do 180 st.C. Piekłam 15 minut.

Masa daktylowa:
-250g świeżych daktyli lub innych, raczej miękkich
-sok z jednej sporej pomarańczy, u mnie czerwona
-kórka otarta z pomarańczy
-pół łyżeczki cynamonu
-25g masła
-1 białko
  
Daktyle zmiksowałam z sokiem i skórką na gładko. Dodałam masło i cynamon. Podgrzałam w rondelku przez 5 minut. Ubiłam sztywną pianę z białka i dodałam do przestudzonej lekko masy. Wyłożyłam na kruche ciasto, uderzyłam blaszką raz i dwa i blat, by masa się wyrównała. 

Masa migdałowa:
-60g płatków migdałowych
-40g masła
-2 łyżki mleka
-skórka z pomarańczy 
-40g cukru pudru

Wszystkie składniki gotowałam 10 minut w rondelku na małym ogniu. I wyłożyłam na wierzchu mazurka, akurat wyobraźnia (niezbyt bujna) podsunęła mi kratkę. Wy zróbcie jak chcecie.

Całość suszyłam w piekarniku przez 1 godzinę w temp. 95 st.C. Możecie też użyć ciepła resztkowego po pieczeniu chleba czy innych ciast.

W zakładce Wielkanoc znajdziecie inne moje propozycje, nie ma ich dużo, bo to święta dla mnie bardziej spacerowe, niż stołowe.


czwartek, 16 stycznia 2014

Przynależność i słoiki pełne ciastek.


Będąc w ciąży obiecywałam sobie, że nie zgłupieje (bardziej). Nie będę zdrabniać, pieszczotliwie kwilić. Będę czytać mądre książki, spotykać się z niedzieciatymi i poruszać w rozmowach inteligentne tematy. Początek był całkiem udany. Długi pobyt w szpitalu i mocno skrócona ciąża zaoszczędziły mi tej całej ubrankowo-gadżetowej bieganiny. Moja wyprawka dla maleńkiego niemowlęcia zawierała absolutne minimum, które do dziś uważam za optimum, a gdyby nie pomoc krewnych i znajomych królika moje dziecko po wyjściu ze szpitala spałoby pewnie w kartonie. 
Zmiany przyszły powoli. Wtargnęły cichaczem pod osłoną nieprzespanych nocy i wymiętolonych poranków. Podczas długich nudnych (pamiętacie niekończącą się zimę 2013) spacerów. Pewnego dnia spostrzegłam, że rzucam ukradkowe spojrzenia w głąb cudzych wózków, a w knajpie przed obejrzeniem menu sprawdzam, czy mają przewijak. Stałam się członkiem grupy. I tak najchętniej spotykam się z nimi. Nie wznoszą oczu ku niebu, gdy po raz enty poruszam temat ekologicznych pieluch i domowych przecierów. Nie kręcą się nerwowo na krześle, gdy moje dziecię jęczy znudzone w kącie. Mają w domu te wszystkie przewijaki, krzesełka, plastikowe łyżeczki, zabezpieczenia kontaktów, a kocia kuweta stoi poza zasięgiem małych rączek (no bo przecież nie rąk!). Pakuję ciastka w słoiki, a ludka Lego w turbo wózek* i idę na kolejne spotkanie mam.
Podobno w ciąży obniża się kobietom intelekt o jakieś 20 punktów (co jest według mnie całkiem zrozumiałe ewolucyjnie ten świat taki straszny, a dziecko moje takie malutkie), mój prawdopodobnie nie podniósł się wraz z rozwiązaniem. Dawno już nie wspięłam się na żadne cukiernicze wyżyny. Ciastka to aktualnie moja ulubiona forma cukiernicza i jedna z niewielu na jakie mnie stać.

Wszystkie przepisy pochodzą z książki Dana Leparda, o której pisałam już jakiś czas temu. Dziś mogę tę książkę polecić z czystym sumieniem wielbicielom łatwych wypieków. Niestety wydana została koszmarnie i mocno się rozlatuje. 


Ciastka żytnio-rodzynkowe

Słodkie, mimo sporej redukcji (podaje tak jak piekłam) cukru i rodzynków, lekko ciągnące. Miła odmiana dla pszennych ciastek. Ze względu użycie białka, dobry duet do przepisów z żółtkiem. Gospodarność mi podpowiada, że każdy przepis z żółtkami powinien iść w parze z innym zawierającym analogiczną liczbę białek. Mało kształtne, ale dobre!

Proporcje na około 20 ciastek
-125 miękkiego masła
-100g cukru  jasnego muscavado
-75g cukru pudru
-2 czubate łyżki kakao
-1 białko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
-150g mąki żytniej typ 720
-1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
-200g drobnych rodzynków

Utrzeć masło z cukrem i kakao. Dodać białko, wanilię i dalej ucierać. Za pomocą drewnianej łyżki wmieszać mąkę z sobą. Na koniec połączyć z rodzynkami. Za pomocą łyżki formować kulki i rozmieścić, zachowując odstępy na blasze. Piec w temperaturze 170 st.C przez 15-17 minut. Studzić na kratce. Uwaga ciastka rozlewają się podczas pieczenia, stąd ważne zachowanie odstępów.

Ciastka sezamowo-daktylowe

Nieco mniej słodkie niż poprzednie, smakują organicznie;-). Dałam sezam do ciasta, zamiast obtaczać ciasteczka. Ważne by sezam był dobrej jakości! Smakowały na wizycie.

Proporcje na około 20 ciasteczek
-40g cukru jasnego muscavado
-40g syropu z daktyli (lub płynnej melasy)
-125g miękkiego masła
-1 żółtko
-175g mąki pszennej
-1/2 łyżeczki sody
-2 łyżeczki cynamonu
-mielone ziarnka z 4 strączków kardamonu
-175 g drobniutko siekanych ( a nawet zmiksowanych) daktyli
-100g sezamu

Masło, cukier i i syrop utarłam w misce.  Dodałam żółtko. Następnie mąkę, sodę i przyprawy. Na koniec połączyłam z daktylami i sezamem. Z ciasta formowałam kulki, które na blasze lekko spłaszczałam widelcem. Schłodziłam w lodówce przez 30 minut. Piekłam 16 minut w temp. 170 st.C. Gotowe ciasteczka były grubości 2-3 cm, autor zaleca piec cieńsze niż 1 cm, nie próbowałam.


Ciastka orzechowo-pomarańczowe

Hit sezonu. Piękny, pomarańczowy aromat. Piaskowe, mocno orzechowe i mało słodkie. Autor poleca też upiec z migdałami lub orzechami laskowymi. Ja zrobiłam z orzechami pecan, bo od czasu do czasu mam ich sporą dostawę. Na pewno wypróbuję  pozostałe wersje. Podobne do tych, ale lepsze. Oj lepsze!

Proporcje na około 45 ciastek

-200g miękkiego masła
-skórka otarta z dwóch pomarańczy
-100g cukru pudru
-1 żółto
-3 łyżeczki ekstraktu z wanilii
-30ml Cointreau lub innego likieru pomarańczowego
-200g mielonych orzechów pecan
-300g mąki pszennej chlebowej ( lub typ 500)
-1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
-cukier puder do obtoczenia ciastek

Masło utrzeć z cukrem i skórką, nie za długo. Dodać żółtko i dalej ucierać. Powoli wlewać ekstrakt i alkohol nie przestając ucierać. Dodać orzechy i mąkę z proszkiem. Z ciasta uformować kulki, ja użyłam do dzielenia ciasta miarki spoon czyli łyżki 15 ml. Otoczone kulki włożyłam do lodówki. nagrzałam piekarnik do 160 st.C. Połowę kulek rozłożyłam na blasze wyłożonej matą do pieczenia i piekłam 30 minut. Podobnie upiekłam drugą porcję. Ciepłe ciastka obtoczyłam w cukrze pudrze. Czas na pieczenie wykorzystałam na ćwiczenia mięśni brzucha.

* mój wózek ma wielkie koła i amortyzatory co wzbudza duże zainteresowanie wśród...napotykanych mężczyzn. Chyba, że to jakiś nieznany mi wcześniej sposób podrywu na wózek , ale kto by podrywał matkę?

sobota, 23 lutego 2013

Czekoladowy weekend i szybkie lody

 

Przez ostatnie lata kulinarna blogosfera zmieniła się nie do poznania. I nie jestem pewna czy zawsze były to zmiany na lepsze. Wiele dobrego zniknęło i przyznaję, że sama też się do tego przyczyniłam. Patrz: Weekendowa Piekarnia. Wiele innych powstało, choć przyznam, że nie nadążam, by je wszystkie śledzić. Z przykrością? Nie wiem. Na szczęście jest też kilka niezmiennych. Wiem, że w każdym miesiącu dowiem się co lubi Ania. W poniedziałki zajrzę do Basi (o ile się nie mylę ostatnio we wtorki, ale to na pewno tylko chwilowe przesunięcie). W październiku objem się dynią w towarzystwie Bei, potem zanurzę w korzenne aromaty wraz z Ptasią. Brakuje mi Dnia Jabłka, na pocieszenie popatrzę co znów razem upiekły, a przecież każda w swojej kuchni, Majana i Anita. Przepisów na pierniki i faworki pójdę szukać do Ali. Nie zgodzę się z Polką. Powygłupiam z Okiem. I tradycyjnie wezmę udział w Weekendzie Czekolady.

Udział będzie skromny, wręcz symboliczny, gdyż moja kuchenna działalność ma miejsce jedynie w krótkich przerwach pomiędzy niespełna trzygodzinnymi cyklami, bo ktoś ma zegareczek w pupce ( nadal nie lubię zdrobnień, ale gdybyście widzieli te już i tak podwojone rozmiary...). Udział skromny, acz nie pozbawiony kalorii i zupełnie nieodpowiedni na zimę. Ponadto zawiera wszystkie te składniki, których karmiąca samica człowieka powinna unikać (dajcie mi naukowy artykuł, gdzie jest to napisane) i powiem wam to jest pyszne. Przepis nie przepis przewija się przez różne książki Nigelli, a ostatnio pojawił się w wersji kawowej u Ani. Dobra alternatywa dla tych, którzy nie mają specjalnych maszyn. Trudno w to uwierzyć, ale powstały w myśl zasady Nie marnuję jedzenia, ostatnio tak pięknie opisanej u Bei. L. robiąc pączki stwierdził, że otwarta przez niego półlitrowa śmietanka jest jakaś dziwna i poszedł po następną, niestety też półlitrową. I tak zostałam z 750ml śmietanki do wykorzystania w najbliższym czasie.
Lody czekoladowe z nutą pomarańczy

-150ml słodzonego mleka skondensowanego
-350 ml śmietanki
-75-100g gorzkiej czekolady roztopionej w kąpieli wodnej
- 2-3 łyżki Cointreau lub innego likieru pomarańczowego

Wszystkie składniki miksujemy na gęstniejącą masę i wstawiamy na noc do zamrażalnika. Proste nie?

Przy okazji i w związku z dużą ilością śmietanki zrobiłam też wersję z tahini: zamiast czekolady i likieru dodałam 1/2 szklanki tahini i 2 łyżki rumu. I wiecie co? Nie wiem, które lepsze.

Atino dziękuję za kultywowanie tradycji. A tu znajdziecie moje wpisy z poprzednich lat. Ciekawe, że też są lody. Inny pomysł na niekłopotliwe i lżejsze lody znajdziecie tutaj i tutaj.

środa, 2 listopada 2011

Urodziny bloga i deser w warunkach polowych.


Jak ten czas szybko leci mawiali rodzice, a ja zupełnie nie wiedziałam o co im chodzi. Nieustannie czekałam na święta, ferie, wakacje, a dni wlokły się jeden za drugim jak pociąg z Warszawy do Gdańska. I nigdy nie przypuszczałam, że powiem: Jak ten czas szybko leci, mój blog ma już trzy lata. Dziękuję wszystkim za odwiedziny, komentarze, spotkanie przy mące, pytania, wymianę doświadczeń i produktów oraz inspiracje. Zapraszam na deser na miarę mojego przedszkolaka, prosty, domowy i co najważniejsze do wykonania w każdych warunkach.

Ci którzy mnie trochę znają wiedzą, że uwielbiam wszelkie pikniki, biwaki, wyjazdy pod chmurę. A im trudniejsze warunki tym ciekawsze gotowanie. Ten deser powstał w miejscu gdzie nie ma piekarnika, miksera, zaopatrzenie w garnki i pucharki pozostawia wiele do życzenia, wybór towarów w sklepie woła o pomstę do nieba. Żadnych wymyślnych przypraw czy ingrediencji, za to garść ostatnich jeżyn na krzaku i kilka kostropatych gruszek na gałęzi. Garnek, łyżka i wieki nie używane kieliszki. I wiecie co? Był pyszny! Ale może dlatego, że jedzony wśród desek, gałęzi w towarzystwie Szkutnika, wtedy wszystko smakuje.

Kisiel z jeżyn z gruszką w winnym syropie

-1-1,5 szklanki jeżyn
-1 szklanka wody
-2 płaskie łyżki skrobi ziemniaczanej
-3 łyżki cukru


Jeżyny zagotowałam z połową wody do miękkości, następnie przetarłam przez sito. Resztę wody rozmieszałam ze skrobią i cukrem. Gęsty sok jeżynowy ponownie doprowadziłam do wrzenia, dodałam wodę ze skrobią i cukrem, gotowałam, 2-3 minuty. Przelałam do zimnych pucharków.

-kilka małych gruszek
-1 szklanka wina
-kawałek cynamonu
-1/3 szklanki cukru
-2 łyżki soku z cytryny

Gruszki obrałam i wydrążyłam gniazda nasienne. Zanurzyłam je w wodzie z połową soku z cytryny, aby nie ściemniały. Pozostałe składniki zagotowałam, wrzuciłam na wrzątek gruszki i gotowałam na małym ogniu 10 minut. Odstawiłam na 20 minut. Odsączone gruszki schłodziłam i włożyłam do pucharków z kisielem. Pozostały syrop gotowałam, tak by zredukować go o połowę. Polałam nim deser.


A inne moje domowe kisiele znajdziecie tutaj i tutaj.

sobota, 20 sierpnia 2011

Garnek złota na końcu tęczy i wyróżnienie.


Tili ogrodniczka i Pasjabejki zaprosiły mnie do zabawy. Przyznały mi to oto wyróżnienie. Bardzo, bardzo dziękuję. A zatem, nie pozostaje mi nic innego jak napisać siedem rzeczy o sobie. Otwórzcie drewnianą okiennicę. Zapraszam do mojego świata. Dziś.

Po pierwsze...uwielbiam darmowe produkty spożywcze. Nie, nie żadne prezenty od firm z ukrytym przesłaniem PP. Prawdziwie darmowe to dary natury. Godzinami zgięta wpół zbieram malutkie jagody. O świcie biegnę nad morze po płatki. Do ostatniej porzeczki obrywam krzaki w zaprzyjaźnionym ogrodzie. Wygięta jak paragraf wiszę na czereśni, muszę dosięgnąć: O tam, tam widzisz? Stoję po kolana w rowie i pokłuta niemiłosiernie zrywam jeżyny. Grzyby? Wiadomo, a co tam komary! Zakochałam się w mężczyźnie, który złowił mi rybę wędką z patyka i uśmiercił ją przy pomocy kamienia. Nie zdziwię się, gdy pewnego dnia wyruszę na polowanie.
Po drugie... Mam sentyment do kuchni polowej. Gotowania pod chmurą. Butli gazowej i ogniska. Być może dlatego, że pierwsze świadome wakacje spędziłam pod namiotem. Mój tata pozbierał dzieci po rodzinie i zabrał nas na dwa tygodnie pod namiot. Każdemu z nas wyrzeźbił kij z głową. Specjalnie dla nas zrobił polowy kibelek z tronem. I codziennie gotowaliśmy razem obiad. Tamte posiłki były proste, mocno kryzysowe jak to na początku lat 80-tych. Dziś jest lux. A ja zrobię na butli prawie każdą potrawę. Poniżej placki z daktylami podane duszonymi w miodzie i cytrynowych tymianku morelami.*
Po trzecie...Zastanawiałam się wczoraj przy okazji pewnej lektury, jakie było moje pierwsze kulinarne olśnienie. Jestem pewna! Musiała to być jajecznica. Robiła ją babcia. Na maśle. Na starej stalowej patelni. Kupiłam ostatnio taką u Cygana. Pomidor był dużo później. Widmo skórki przyklejonej do żołądka prześladowało mnie latami, ale było warto. Kanapka z masłem i pomidorem...kanapka z serem i pomidorem...kanapka z kiełbasą i pomidorem. Miłość do pomidorowych sałatek przyszła dużo później. A poniżej nasz ostatni hit** sałatka pomidorowa. Bez skórki, gdyby babcia wiedziała.Po czwarte...jestem żoną mężczyzny o wielu twarzach: szkutnika, piekarza, żeglarza, kucharza, maratończyka, filozofa, boksera, statystyka, kolarza, stolarza, alergika, krawca-żaglownika a ostatnio budowniczego. Niektórzy nazywają to ADHD, a ja każdego dnia budzę się o piątej trzydzieści i myślę: co nowego dziś wymyśli. I choćby dla codziennego rozwiązywania tej zagadki warto razem być.Po piąte... no tak powinno być po trzecie. Lubię liczbę trzy. Bo trzy to trzy. Mój pierwszy rower miał trzy koła. Trzy lata to pierwszy poważny wiek. Zresztą trzy z przodu też jest niczego sobie. Trzeciego miesiąca roku zaczyna się wiosna. Obok trzech pozostałych najlepsza pora roku. Liczę do trzech, gdy się zdenerwuję. Po trzykroć zaklinam rzeczywistość. A dwa razy trzy to sześć.
Po szóste...jestem żoną stolarza. Jestem córką stolarza. Jestem stolarzową, stolarzówną, stolarnicą? I wiecie co? A niech to: umiem piłować, wbijać, heblować. Na mój widok pan od koparki westchnął: Co za kobieta! Panie, jak ona te gwoździe wbija! Mojej to by paznokieć odpadł. Używam dobrego lakieru.
Po siódme...ostatnio poznałam powiedzenie garnek złota na końcu tęczy. Mój wypełniony jest marzeniami. Jakimi? To już moja tajemnica.
*Placki śniadaniowe z daktylami podawane z duszonymi morelami

-1/4 szklanki mąki z brązowego ryżu
-1/4 płatków owsianych
-1/4 mąki z cieciorki
-1/4 mąki pszennej razowej lub graham
-1/4 szklanki roztopionego na słońcu masła
-1/4 szklanki maślanki
-1 łyżeczka proszku do pieczenia
-1/2 szklanki drobno siekanych daktyli
-1 łyżeczka miodu
-jajko

Mąki, płatki i proszek zmieszałam w misce. W drugiej zmieszałam masło, miód, maślankę, daktyle i jajko zostawiłam na 15 minut. Połączyłam zawartość obu misek na gładko. Smażyłam na rozgrzanej stalowej patelni na butli gazowej.

-10 dojrzałych moreli
-garść cytrynowego tymianku lub zwykłego
-1 łyżka miodu

Patelnię umyłam w studni, pamiętałam, że najpierw musi być wystudzona po poprzednim smażeniu. Podobnie tymianek. Na patelni rozgrzałam miód, wrzuciłam połówki moreli i tymianek. Dusiłam, aż lekko zmiękną. Podałam z plackami.

**Włoska sałatka z pomidorów

Podstawa to świeże, dobrej jakości składniki. Jak zawsze ;-)

-4-5 ząbków czosnku
-1 łyżeczka soli
-4 łyżki octu z czerwonego wina najwyższej jakości
-1kg dobrych, jędrnych, dojrzałych pomidorów
-12 listków bazylii, rukoli
-oliwa

Czosnek miażdżymy rękojeścią noża, obieramy. Zalewamy octem i solimy. Ostawiamy na 20 minut. Odcedzamy ocet. Czosnek wyrzucamy. Pomidory obieramy ze skóry, specjalnym obierakiem lub umówmy się zwykłym ostrym nożem. To podstawa! Nie wolno ich sparzać!!! Kroimy i na cząstki i wrzucamy do miski, zalewamy octem. Polewamy sowicie oliwą. Doskonała!


Ach, nikogo nie nominowałam. Wybierać znaczy rezygnować. Nie potrafię.

środa, 20 lipca 2011

Szybkie letnie babeczki: curd, curd, curd

Zanim podzielę się z Wami kolejnymi przetworami, szybki pomysł na letni deser na działce: kruche babeczki z kremem jogurtowo-owocowym. Nie wiem jak Wy, ale my ostatnio tam spędzamy nasze letnie weekendy. Pracy jest co niemiara, wczoraj przyjechało drewno. Pojawiają się też pierwsi goście. O mamo, gadałyście jak prawdziwe baby! Nie wiedziałem, że tak potrafisz. Do deseru może się przydać przenośna lodówka, za to nie będziecie potrzebować żadnej patery, ani wymyślnego pudełka, w którym ciasto nie ma prawa się stłamsić. Zresztą nie przesadzajmy z tą lodówką, wiadro i woda ze studni będą ok. Poszłybyście po piwo dla panów, schłodziłoby się w wiadrze? Taką ładną altanę wam zbudowali! I co najważniejsze taki deser można przygotować w większej ilości i serwować przez dwa tygodnie, pod warunkiem zmieniającego się zestawu gości. W tym tygodniu zaprosiłam mamunię, kochanie!

Kruche babeczki każdy może sobie upiec według ulubionego przepisu. Moje upiekłam ze słodkiego kruchego ciasta według M.Roux w malutkich foremkach. Latem wszyscy są na jakiś dietach, a mini babeczka jest na jeden kęs. Zimne ciastka schowałam w puszcze. Można je tam przechować nawet dwa tygodnie, dłużej nie sprawdzałam.

Słodkie kruche babeczki

około 30-40 mini babeczek

-250g mąki
-200g masła
-100g cukru pudru
-szczypta soli
-2 żółtka

Masło wymieszałam z mąką, solą i cukrem, aż całość przypominała okruchy. Dodałam żółtka i szybko zagniotłam ciasto. Zawinęłam w folie i schłodziłam 1 godzinę w lodówce. Rozwałkowałam i wykleiłam nim foremki do babeczek. Ponownie schłodziłam. Na wierzch każdej foremki ułożyłam kawałek pergaminu i wysypałam do pełna starego ryżu(fasoli). Piekłam 10 minut w temp.200 st.C.

Krem to nic innego jak owocowy curd wymieszany z jogurtem, tak jak w tych lodach. A na wierzchu owoce. I już i pycha. Oczywiście można wypełnić babeczki samym curdem, ale wersja z jogurtem bardzo przełamuje słodycz kremu i chyba czyni go mniej kalorycznym, bez uszczerbku dla smaku całości.


Pokazywałam już curd limonkowy i z passiflory, różany, mniej udany. Dziś dwa bardzo udane kremy: jagodowy i malinowy z miętą. Zapraszam.

Curd malinowo-miętowy
Bardzo, bardzo dobry. Też do omletu lub jako mrożony deser. Z proporcji wyszły dwa słoiczki.

-pudełeczko malin
-10 gałązek mięty
-250g cukru ( użyłam 175g)
-125g masła
-5 małych jajek (wzięłam 4)

Maliny zmiksowałam i przetarłam przez sito. Miętę utarłam w moździerzu na pastę. Do miski wrzuciłam wszystkie pozostałe składniki, purée z malin i pastę z mięty. Miskę ustawiłam na garnkiem z gotującą się delikatnie wodą. Mieszałam przez 20 minut, aż całość przypominała krem. Przetarłam przez sito. Napełniłam czyste słoiczki, przechowuje w lodówce do 8 tygodni. Nie pasteryzować! Traci kolor, co można zauważyć na zdjęciu, na omlecie.

Jagodowy curd
-500g jagód
-1/2 laski wanilii
-250g cukru ( użyłam 175g)
-125g masła
-5 małych jajek (wzięłam 4)

Jagody zmiksowałam i przetarłam przez sito. Laskę wanilii przekroiłam na pół i wyskrobałam nasionka. Do miski wrzuciłam wszystkie pozostałe składniki, purée z jagód i pastę waniliową i laskę. Miskę ustawiłam na garnkiem z gotującą się delikatnie wodą. Mieszałam przez 20 minut, aż całość przypominała krem. Przetarłam przez sito. Napełniłam czyste słoiczki, przechowuje w lodówce do 8 tygodni. Nie pasteryzować!

Hmm, jakby tak pomyśleć, to to chyba też przetwory.

wtorek, 5 lipca 2011

Lody i krem różane, eksperymenty bardziej i mniej udane.

Jak co roku zerwałam się z łóżka bladym świtem i pognałam na moim jednośladzie nad morze. Można ograniczyć robienie przetworów, ale róży w mojej mikro spiżarce zabraknąć nie może. Zrywanie różowych płatków to zajęcie żmudne, rzecz by można kontemplacyjne. Ale ja lubię monotonne czynności. Od kilku lat zbieram różę na początku lipca, choć wiem że na południe od Trójmiasta już połowa czerwca jest odpowiednią porą. Jadę po kwiaty samotnie, raniutko. Zbieram je uważając na urzędujące w różowych kielichach trzmiele i od razu odrywam białe gorzkie końcówki. A po róży ustawiam się w kolejce przy budce rybaka, świeża ryba to ryba żywa. Obładowana darami natury jadę na kawę w ogrodzie, a potem ucieram. Od kilku lat robię konfiturę z płatków róży na zimno, poprzez ucieranie płatków z cukrem w makutrze lub z braku tejże nad morzem w garnku. Można też przygotowywać konfiturę na ciepło, smażąc płatki w syropie, ale zdecydowanie wolę ten pierwszy sposób. Płatki róży w cukrze mają intensywny aromat i wystarczy odrobina, by podkreślić smak wody, herbaty czy kremu. Najczęściej wykorzystuję konfiturę do rogalków babuni lub pączków, to ostatnie z mniejszym sukcesem. A gdyby tak zaszaleć?

Lody różano-malinowe

To kolejna wersja fałszywych lodów. Czemu fałszywych ;-) bo bez jajek, emulgatorów i żmudnego kręcenia. Co prawda czuć śniegowe igiełki, ale cudowny różany smak wynagradza wszystko. Proporcje na około litrowy pojemnik. Uwaga lody słodkie, ale eksperyment uważam za bardzo udany.

-pół słoiczka 200ml róży utartej z cukrem
-500ml śmietanki 36%
-200g malin
-1/2-1 puszki mleka skondensowanego słodzonego ( w zależności od pożądanej słodyczy; można zrobić samemu mleko zagęszczone gotując litr mleka ze szklanką cukru, aż do uzyskania pożądanej konsystencji, można też zrobić to z z sojowego lub ryżowego, wtedy dla zachowania sensu wypadałoby użyć śmietanki sojowej lub ryżowej)

Śmietankę z mlekiem zagrzać i wymieszać. Ostudzić
Maliny przetrzeć przez sito na gładkie puree i wymieszać z róż, wcześniej przetartą przez sito lub zmiksowaną na gładko. Dodać owocową masę ze śmietaną. Przelać do pojemnika i wstawić do zamrażarki. Po 3 godzinach wyjąc i zmiksować, ponownie zamrozić. Lody są słodkie, stąd można dodać mniej mleka.

Rose curd
Krem różany


-1/2 słoiczka 200ml tartej róży
-2 jajka
- 100 g masła
-1 łyżka soku z cytryny

Różę, jajka i masło wkładamy do miski i umieszczamy nad garnkiem z gotująca się wodą. Cały czas mieszamy przez 20 minut do zgęstnienia. Dodajemy sok dla poprawy koloru. Przecieramy przez sito i wlewamy do wyparzonego słoiczka. Przechowujemy kilka tygodni w lodówce. Dobry, choć nie tak jak lody, jako dodatek do gofrów, deserów, kruchych babeczek i do wyjadania łyżką. Na przyszły raz poeksperymentuję jednak z malinami jako podkładem. Sama róża po podgrzaniu ma pewną cierpkość.

A tutaj znajdziecie przepis na różę, rogaliki i inne kremy jajeczne.

środa, 22 czerwca 2011

Fałszywe lody: truskawka z miętą i limonka z imbirem.

W latach 1794-1795 kapitan Collet dorobił się majątku w Nowym Jorku produkując dla mieszkańców tego handlowego miasta lody i sorbety. Zwłaszcza damy nie miały nigdy dość tego przysmaku, tak dla nich nowego; zabawne było patrzeć na ich minki, kiedy raczyły się lodami; nie rozumiały w żaden sposób, jakim cudem mogą być tak zimne przy dwudziestu sześciu stopniach Reaumura.
Anthelme Brillat-Savarin Fizjologia smaku

Minęły wieki całe, a lody nadal budzą zachwyt obu płci i niejedna fortuna na nich stoi. Odkąd pamiętam mogłam jeść je bez przerwy. A ponieważ dorośli zwykle skąpili zimnego przysmaku (że niby cztery kulki gorsze na gardło niż dwie?) chwytałam się różnych sposobów. Byle tylko wydłużyć lodowatą rozkosz. Zdarzyło mi się nawet uciec do kradzieży. O jak wspaniale smakowały Bambino na patyku za dziesiątkę zwiniętą dziadkowi z dużego pokoju. Zwłaszcza, że nikt się nie poznał, a może nie dał po sobie poznać i wieczorem zabrano nas na lody.
Zwykle jednak było do bólu uczciwie. Lody lizałam po prostu wolno. Wolno jak najwolniej. To nic, że ciekło po rękach i nogach, przyjemność zdawała się trwać wiecznie. Niestety tatko słabo wytrzymywał ten popis flejtuchostwa, daj zliże ci i zlizywał mi na płasko. Plamy z loda na mojej twarzy zastępowały potoki łez, zjadłeś mi całego loda! Szybko nauczyłam się protestować i ukrywać mleczne plamy na bucie. Do dziś, gdy widzę dorosłego oblizującego dziecku loda, serce mi się kraje i cała w środku krzyczę robicie mu traumę na całe życie. Pamiętam długie dyskusje z kuzynką nad wyższością lodów z automatu nad tymi w kulce, a może odwrotnie. No i czy kulka jest lepsza od gałki to dopiero był problem. Wspominam czasy salmonellowej paniki i o zgrozo wakacje bez lodów. W pamięci mam zazdrosne spojrzenia rzucane Iwonce R., której rodzice mieli budkę z gałkowymi. Cwaniacką przyjaźń z siostrami P., których tata miał automat z l o d a m i przy parku. Wieczorem, gdy go czyścił, rozdawał czasem duże śmietankowo-kakaowe za darmo!!! Łatwo się domyślić, że zarówno państwo R. jak i P. należeli w miasteczku do finansowej elity.
Potem były czasy Magnum i oszczędzanie na obiadach, żeby tylko poczuć to nieziemskie chrupnięcie. Godziny w Haagen Dazs na miarę tych w Musée d'Orsay i noce nad zimnym wiaderkiem. Przy lodach zdawałam egzaminy, w lodowy pojemnik lałam łzy nad nieodwzajemnioną miłością. Do dziś jak mi źle i szaro, kupuję kubek zamrażacza emocji. Albo robię je sama.

Oto dwie super szybkie propozycje na, trochę udawane, lody. Nie są tak gładkie i kremowe jak prawdziwe, ale za to wymagają minimum wysiłku. I nie potrzeba do nich maszyny.

Sorbet truskawkowo-miętowy z wódką

-500g truskawek
-mały pęczek mięty
-1/2 szklanki wody
-1/2 szklanki cukru
-kieliszek wódki

Truskawki miksujemy z miętą na gładko. Wodę zagotowujemy z cukrem na syrop. Studzimy i mieszamy z masą truskawkową. Dodajemy wódki. Wstawiamy do zamrażarki. Co godzinę wyjmujemy i miksujemy dokładnie. Robimy tak dopóki masa nie będzie przypominać gładkiego śniegu.

Lody limonkowo-imbirowe z rumem

-500g gęstego jogurtu
-limonkowo-imbirowy krem z tego przepisu (można użyć też kupnego lemon curd, wtedy będą to lody cytrynowe, ale polecam ten domowy, łatwy i pyszny)
-kieliszek rumu
-ew. łyżka cukru pudru

To przepis na ekspresowe lody.Wystarczy zmieszać wszystkie składniki. I zamrozić jak wyżej, wyciągając i miksując do godzinę. Niebo w gębie i dobrze komponuje się z tym poprzednim.

poniedziałek, 21 marca 2011

Pierwszy dzień wiosny i gruszki w cieście.




Za oknem szaro buro. Tak tak to pierwszy dzień wiosny. A z tej okazji deser. Może bardziej jesienny, ale za to odpowiednio odświętny. Gruszki w cieście. To jeden z mitycznych deserów w naszym domu czyli takich, które on wiecznie rozpamiętuje: A zrobisz mi kiedyś takie gruszki w cieście? W takich chwilach chodzi mu zwykle o ciastko z jakiejś cukierni, które wsuwa namiętnie przy każdej okazji, a nawet upycha sobie po kieszeniach: na później. Metodą prób i błędów wypracowany, może nie tak tak atrakcyjny w owym miejscu, choć wydaje mi się że bliski ideału. Inny mityczny deser pokazywałam dawno temu tutaj. Zapraszam.

Przy zachowaniu kilku zasad deser ten jest niezwykle prosty i bez kłopotu powinien się udać. Zasady te ująć można jednym słowem powtórzonym po trzykroć: zimne, zimne, zimne. Na deser wybieramy gruszki małe i twarde i najlepiej podobnej wielkości, tak by równo się piekły. Mi trafiły się pyszne gruszki Williams, ale nie musicie uciekać się do takie ekstrawagancji. Ciasto z przepisu Michela Roux, chwilowo moje ulubione.

Gruszki w kruchym cieście

-4 gruszki
-250ml wody
-250ml cukru
-1 laska wanilii

ciasto
wystarczy połowa porcji, resztę można zamrozić do innego wypieku

-250g mąki
-200g miękkiego masła
-100g cukru pudru
-szczypta soli
-2 żółtka


Z wody i cukru gotujemy syrop, około 15 minut. Dodajemy wanilię. Gruszki obieramy, usuwamy gniazda nasienne, ale zostawiamy ogonki. Skrapiamy sokiem z cytryny, aby nie ściemniały. Gruszki wkładamy do gorącego syropu i gotujemy przez 3-5 minut. Muszą pozostać jędrne. Wyjmujemy i studzimy, zimne wkładamy do lodówki. Syrop można zużyć do deserów lub granoli.
Mieszamy mąkę, sól, cukier puder i dodajemy masło. Rozcieramy w palcach, aż całość przypomina okruchy. Dodajemy żółtka i wyrabiamy gładkie ciasto. Zwijamy w kulę i wkładamy do lodówki na godzinę.
Zimne ciasto rozwałkowujemy na grubość 3 mm i dzielimy na cztery części. Zimna, suchą gruszkę szczelnie owijamy ciastem, tylko ogonek ma wystawać. Odkrawamy nadmiar ciasta i zlepiamy brzegi. Wygładzamy powierzchnię. Z reszty ciasta wycinamy listki i przyklejamy do gruszki. Nakłuwamy widelcem tu i ówdzie i wkładamy na 30 minut do lodówki.
Piekarnik rozgrzewamy do 200 st. Można gruszki przed pieczeniem wysmarować jajkiem. Układamy na blasze i pieczemy 20 minut. Jemy zimne posypane cukrem pudrem z wanilią.

A tutaj jeszcze inny deser z gruszkami, od którego wszystko się zaczęło.

środa, 16 marca 2011

Mus mleczny z limonkowo-imbirowym...? I czekoladowa łyżeczka.

Często staję przed dylematem związanym z przekładem. I nie chodzi tu o przekładanie ciasta, choć poniekąd rzecz jest o kremie. No właśnie, w naszym języku mamy kremy, masy, budynie, musy. Tymczasem sięgając po zagraniczne książki, a w zasadzie z innych nie korzystam co i raz natykam się na curdy, custardy, puddingi. O ile te ostatnie jakoś mi po polsku brzmią, to dwa pierwsze stanowią nie lada wyzwanie. Spójrzmy sobie na taki curd. Sięgając do źródłosłowu rozchodzi się (zastrzegam, że żaden ze mnie językoznawca, choć poniekąd trudnię się odkrywaniem znaczeń) prawdopodobnie o skrzep powstały w wyniku koagulacji mleka poprzez dodanie kwasu lub za sprawą żyjątek wytwarzających ów kwas. Prawdopodobnie, analogicznie powstało angielskie określenie tofu czyli bean curd, jako że i tam dochodzi do koagulacji. Jak koaguluję tofu możecie przeczytać tutaj. Po polsku zwykło się takie produkty określać mianem serka, twarogu. Ot choćby serek sojowy! Kłopot zaczyna się z owocami. Bo czy słynny lemon curd to nadal serek czy też masełko jak podaje tłumaczenie na opakowaniu tego produktu, dostępnego w słynnej brytyjskiej sieci? Czy chodzi tu jedynie o konsystencję? Czy też o ową koagulację, w tym przypadku białek jajka? Dodatkową komplikacją jest istnienie w kulinarnej tradycji Wyspiarzy maseł lub yh! masełek owocowych (fruit butter), które jednak curdami nie są, nie zawierają jajek, ani o ironio masła. A co powiecie na owocowe cheeses? Owocowe sery? To nic innego jak przeciery owocowe z dodatkiem przypraw, gotowane tak, by stały gęste i sztywne jak ser albo nasza stara poczciwa marmolada w blokach. Główkować mogłabym tak długo, a i tak nie przybliży mnie to do rozwiązania językowego dylematu. Zapraszam więc na deser. Chyba że macie jakiś pomysł?

Mus mleczny z limonkowo-imbirowym curdem
inspiracja Food&Friends oraz Seasonal Preserves

Curd jest kwaskowy i wyrazisty, a mus słodko-mdławo z ostrą nutą pieprzu. Połączenie doskonałe. Nawet On nie miał żadnych ale... Podałam z czekoladowymi łyżkami, przy czym czekoladę do łyżek zaprawiłam alkoholem i sporą ilością suszonego imbiru. Samą czekoladą rozpuszczałam w kąpieli wodnej. Spiralki- różyczki robiłam z tej samej czekolady. Wylałam ją na blachę i rozsmarowałam 2-3 mm warstwą. Potem nożem do masła zdrapywałam, a ponieważ nie była stwardniała ładnie zwijała się w różyczki.

Mus mleczny na 4 spore porcje:

-300ml śmietany kremówki
-spora szczypta pieprzu czarnego
-50g mleka w proszku
-100ml mleka
-50g cukru
-8-10g żelatyny

Mleko zagotować z mlekiem w proszku i pieprzem. Do gorącego dodać cukier i namoczoną w kilku łyżkach ziemnej wody żelatynę. Mieszać, aż się rozpuści. Wystudzić. Śmietanę ubić na sztywno i połączyć z mlekiem. Przelać do pucharków lub słoiczków i wstawić do lodówki.

Lime and ginger curd

Proporcje na 3 słoiczki, do deseru wystarcza jeden. Jeśli chcecie uzyskać zielony deser to nie pasteryzujcie słoików. W sumie jajka są poddane obróbce cieplnej podczas gotowania na parze. Chyba że macie obawy jak ja. Proponowałabym też dodać nieco imbiru do cukru, bo podczas gotowania imbirowa nuta zbyt łagodnieje.


-6 limonek
-250g cukru
-50g świeżego imbiru
-4 jajka
100g masła

Ocieramy do miseczki skórkę ze wszystkich limonek. Sok wyciskamy do innej miseczki. Imbir trzemy na tarce do miseczki z sokiem. Skórkę wrzucamy do blendera wraz z cukrem i tak długo miksujemy, aż mieszanina stanie się zielona. Połowę cukru wrzucamy do miski, którą postawimy nad garnkiem z gotującą wodą. Woda nie może dotykać do miski. W miski z cukrem dodajemy soki, jajka i masła. Cały czas mieszając gotujemy na parze, kiedy całość będzie jednolita gotujemy jeszcze 15 minut. Dodajemy pozostały cukier i przekładamy po wypasteryzowanych słoiczków.

A skoro już jesteśmy przy curds:


Passionfruits curd
Seasonal preserves

Pyszny krem z maracui, który z kolei jest zielony, choć miał wyjść żółto-pomarańczowy. Wyobrażam go sobie jako dodatek do musu z nutą kokosa. Łyżeczki obowiązkowo rumowe. Proporcje na 2 słoiczki 300ml.

-10 owoców maracui
-sok z 1 cytryny
-200g cukru
-125g masła
-4 jajka

Do miski wydrążamy zawartość maracui. Wrzucamy pozostałe składniki i ustawiamy nad garnkiem z gotującą się wodą. cały czas mieszając, gotujemy około 20 minut. Masa powinna być jednolita i dość gęsta. Przekładamy do słoiczków jak poprzednio.

niedziela, 20 lutego 2011

Czekoladowy Weekend 2011 - lody wieloczekoladowe

Post miał być o tym jak bardzo lubię zjeść zimą lody. Czuję się wtedy bardziej dorosła. Choć w tym wieku to już bardziej chyba czuć się nie można. Dzieciom to mama nie pozwalała na takie zimowo-lodowe szaleństwa. Gardło się mogło przeziębić. I klasówka z fizyki przepaść. Zresztą idąc za głosem mamy, sklepy nie sprzedawały mrożonych specjałów w zimowe miesiące. Nie licząc wieloowocowych Hortexów w pudełku jak po paście BHP.

I tak miało być o wielkiej przyjemności jedzenia lodów zimą. Wyjadaniu wielką łychą z pojemnika. Zamarzniętych paluszkach rozgrzewanych na wrzącej filiżance mocnego espresso. Nogach pod kocem i nosie w lodowej masie.

Nic z tego nie będzie, brr. Zmarzłam na psią kość na zimowym spacerze. Nie pomogło wino i kanapka z grillowanym sercem wołu (pycha!). Nie pomógł architektoniczny trucht: O tu będzie nasz dom. A tu salon. A tu piec. Pije herbatę, za herbatą nie mogąc rozgrzać gnatków. Ale Wy może lubicie zimowe lody. Te są naprawdę pyszne, wieloczekoladowe. I co ciekawe powstały całkiem przypadkiem. W zasadzie przez nieuwagę. Ot zrobiłam raz za rzadki mus czekoladowy. Wstawiłam do zamrażarki i proszę.

Paski nie są idealnie równe, ale może to i lepiej. Kto by mi wtedy uwierzył, że sama je robiłam.

Lody czekoladowe na czekoladowym spodzie
modyfikowana M. Stewart

Spód jest mało słodki. Oba musy słodkie i ciężkie, ale jako lody znakomite. Proporcje na 8 porcji o średnicy 8 cm. Są to duże porcje! Robiłam z połowy. Przepis szklankowy jak to w Ameryce ;-)

Spód:
-2/3 szklanki mąki
-1/3 kakao
-2/3 szklanki cukru
-3/4 łyżeczki sody
-1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
-szczypta soli
-1 jajko
-1/4 szklanki mleka
-3 łyżki oleju z pestek winogron( neutralnego w smaku)
-1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
-1/4 szklanki wody

Piekarnik nagrzewamy do 170 st.C. Mieszamy w misce mąkę, kakao, cukier, proszek, sodę, sól. Dodajemy jajko, mleko, wanilię, wodę i ubijamy na gładką masę. Wylewamy na płaską prostokątną blaszkę ( ciasto powinno mieć około 1 -2 cm grubości) i pieczemy przez 20 minut. Studzimy i okrągłą foremką wycinamy krążki. Resztę suszymy na bajaderki.

Lody z ciemnej i mlecznej czekolady:
-3 i 1/3 szklanki śmietany 30%
-8 żółtek
-1/2 szklanki cukru
-4 łyżki jasnego syropu kukurydzianego ( eko-eko)
-4 łyżki wody
-200g gorzkiej czekolady
-200g mlecznej czekolady
-szczypta soli
-2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

Potrzebne nam będę dwie miski. Mikserem ubijamy lekko całą śmietanę. Powinna być ubita, ale nie sztywna tak zwane soft peaks. Dzielimy na pół i przekładamy do misek. Wkładamy do lodówki na 2 godzinę. Miskę miksera dokładnie myjemy, suszymy.

Teraz będziemy robić wszystko z połowy składników: dla każdych lodów osobno.Potem powtórzymy całą czynność dla drugich lodów.

Ciemnej czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. W czystej ubijamy 4 żółtka na biało. W tym samym czasie w garnku podgrzewamy na dużym ogniu połowę cukru z połową syropu kukurydzianego, 2 łyżkami wody. Gotujemy 1 minutę. Gorący syrop wlewamy strużką do miski z żółtkami podczas gdy mikser pracuje na średnio wolnych obrotach. Ubijamy, aż całość nieco zgęstnieje. Dodajemy roztopioną czekoladę, odrobinę soli, połowę wanilii. Z lodówki wyjmujemy śmietanę, dodajemy do niej połowę masy czekoladowej, delikatnie mieszamy i dodajemy pozostałą bitą śmietanę. Ewentualnie przepuszczamy przez sito, jeśli mamy grudki zastygłego syropu. Chłodzimy zanim wypełnimy worek cukierniczy.

Tak samo postępujemy z lodami z mlecznej czekolady: Rozpuszczamy mleczną czekoladę w kąpieli wodnej...(jak wyżej)

Składanie deseru:
Z pergaminu wycinamy wysokie paski . Każdy krążek ciasta owijamy paskiem i zszywamy zszywaczem lub spinamy spinaczem. Tak by powstały wysokie na 10-15 cm rurki-kołnierze. Przy pomocy szprycy wyciskamy do każdego kołnierza warstwę ciemnego musu, wyrównujemy. Wkładamy na 30 minut o zamrażarki. Wyjmujemy wyciskamy jasny mus, wyrównujemy, mrozimy. Przed podaniem na talerzu kładziemy łyżkę, posypujemy kakao, zdejmujemy łyżkę, tak by powstał po niej biały ślad. lody odwijamy delikatnie z pergaminu i układamy na talerzu.Gwarantuje wam że teściowa westchnie z zachwytu i jeszcze zgani syna, że się czepia.

A tu będzie stał mój dom ;-) Nawet pies się cieszy!

Ostatnia już propozycja na tegoroczny Czekoladowy Weekend:



Beo i Atino dziękuję i melduję się za rok. A tu inne czekoladowo-weekendowe propozycje 2010 i 2011:
Deser z Momofuku:


Chińskie pączki:


Cukierki czekoladowe z zielem angielskim:

sobota, 19 lutego 2011

Czekoladowy weekend 2011 - deser z Momofuku

Cieszę się, że czekoladowy weekend jest zimą. O żadnej porze roku czekolada nie smakuje mi tak jak teraz. Ba! Jej nadmierne spożycie jest usprawiedliwione. Bo mróz, bo zawierucha, bo termoregulacja siada. I nie mam na myśli kaloryferów! Tak więc jedna fałdka więcej nie zaszkodzi. Zapraszam na deser. Przepis pochodzi z książki Momofuku. Momofuku to zarazem restauracyjne przedsięwzięcie Davida Changa, Koreańczyka z Nowego Jorku, który tą nazwą firmuje kilka swoich lokali. Kilka lat temu odniósł spory gastronomiczny sukces otwierając Noodle Bar w East Village, jednej z moich ulubionych dzielnic NY. W niewielkim lokaliku serwował tradycyjne koreańskie dania z zachodnim szlifem. Postawił na tak modny wówczas, zresztą słusznie, local food. I tak zamiast dashi wykoncypował bulion z bekonu rodem z New Jersey. I wierzcie mi wyszło mu to wspaniale. Dzięki popularności jaką zyskał jego pierwszy local, otwierał następne. Każdy kolejny lokal był bardziej ekskluzywny, co za tym idzie droższy. Przy tym te z niższej półki nadal świetnie prosperują, także każdy może znaleźć coś dla siebie w Momofuku. Odwiedziliśmy Noodle Bar, Saam Bar i Milk Bar, nie byliśmy tylko w Ko. Umówmy się, że powodem był brak rezerwacji. W każdym razie szczerze Wam lokale Changa polecam, ma ciekawe pomysły. Dania są świeże, lekkie i zaskakujące. Atmosfera niezobowiązująca. W najdroższym Ko nie ma kelnerów, po to by więcej szło dla kucharza, a klient nie musiał wychodzić spłukany ( mówimy o nowojorskiej klasie średnio- średniej). Oto deser z książki Davida Changa z przepisami z jego lokali. Może trochę przewaga formy nad treścią, ale fajna zabawa. Efekt ciekawy. Tylko jak to przetłumaczyć na polski?

Zrobienie deseru zajęło mi tydzień. Pewnie tyle czasu nie jest wymagane, ale ponieważ składał się z wielu elementów, robiłam go etapami, żeby się nie pogubić. Z całości polecam szczególnie praline paste, przygotowuje ją też niezależnie i wyjadam z moim L. łyżkami.

Mleczno-kukurydziany custard z czekoladowo-orzechowym krążkiem, karmelizowanymi płatkami kukurydzianymi i purée z awokado
David Chang

Proponuje następującą kolejność przygotowania:
-pasta pralinkowa
-karmelizowane płatki kukurydziane
-czekoladowo-orzechowe krążki
-mleczno-kukurydziany pudding
-purée z awokado

Pasta pralinkowa:
-70g orzechów laskowych
-100g cukru
-szczypta soli

Orzechy prażymy na blasze w 200 st. C przez 10-15 minut. Studzimy. Wsypujemy do miski blendera wraz ze szczyptą soli. Cukier wsypujemy do garnka o grubym dnie i podgrzewamy na średnim ogniu, dopóki nie zacznie karmelizować po brzegach. Wtedy mieszamy drewnianą łyżką, aż całkiem się nie rozpuści. Kiedy nabierze ciemno bursztynowego koloru, zdejmujemy z ognia i wlewamy cienką strużką do miski blendera, gdzie siedzą orzechy z solą i miksujemy przez 3-5 minut, aż masa będzie jednolita. Wymaga to pewnej wprawy, ale warto. Otrzymana pasta jest pysznie orzechowa i chrzęści w zębach. Można ją przechowywać w słoiku w lodówce podobno przez wiele tygodni. Pyszności!

Karmelizowane płatki kukurydziane:
-60g płatków (najlepiej takich bez zbędnych dodatków)
-3 łyżki odtłuszczonego mleka w proszku
-1 łyżka cukru
-szczypta soli
-45g masła

Piekarnik nagrzewamy do 130-140 st.C. Płatki wrzucamy do miski i nieco rozgniatamy. Mają powstać małe kawałeczki, a nie proszek. Mieszamy mleko, sól, cukier. Masło roztapiamy i mieszamy z płatkami, następnie dodajemy proszki i mieszamy. Wykładamy na blachę i prażymy przez 20 minut w piekarniku. Studzimy. Trzymamy w szczelnym pojemniczku do tygodnia.

Czekoladowo-orzechowe krążki:
-4 łyżki pasty pralinkowej
-4 łyżki pasty gianduja ( pasty czekoladowej - przepis na pyszną u Eli tutaj)
- 1/4 łyżeczki oleju roslinnego o neutralnym smaku
-szczypta soli
-1og gorzkiej czekolady
-1/2 łyżeczki syropu kukurydzianego
-2 łyżki karmelizowanych płatków kukurydzianych

Do miski wrzucamy obie pasty, olej, czekoladę, syrop kukurydziany, sól i rozpuszczamy nad garnkiem z gotującą się wodą. Masę wylewamy na blachę i rozsmarowujemy szpatułką na 4 mm równą warstwę. Po wierzchu posypujemy płatkami. Wkładamy do zamrażarki, aż stężeje. Wycinamy ausztychem kółka różnej wielkości. Przechowujemy w szczelnym pojemniku. Można trochę podjeść.

Mleczno-kukurydziany custard:
-265g płatków kukurydzianych
-3 szklanki mleka 3.2%
-2 szklanki śmietanki 30-36%
-30g cukru brązowego jasnego
-2g soli
-4g żelatyny

Piekarnik rozgrzewamy do 160 st. C. Płatki wysypujemy na blachę równą warstwą i pieczemy przez 12 minut. Studzimy trochę. Mleko mieszamy w misce ze śmietanką i zalewamy ciepłe płatki. Zostawiamy na 40-45 minut. Nie dłużej, bo za dużo skrobi z płatków przejdzie do mleka. Odcedzamy mleko, lekko odciskamy, by wycisnąć z płatków jak najwięcej cieczy. Płatki wyrzucamy sic! lub zjadamy z owocami na śniadanie. Melko ponownie przecedzamy przez szmatkę. Do mleka dodajemy cukier, sól i delikatnie je podgrzewamy. Dodajemy do niego żelatynę rozpuszczoną w odrobinie wrzątku. Mieszamy i rozlewamy do foremek, które wstawimy do lodówki.

Purée z awokado:
-ładne, dojrzałe awokado
-szczypta kwasku cytrynowego
-szczypta cukru
-szczypta soli

Robimy tuż przed podaniem. Awokado musi się dobrze schłodzić w lodówce, minimum 5 godzin. Obieramy je i usuwamy pestkę. wszystkie składniki wrzucamy do blendera i miksujemy na gładka masę.

Całość:

Na talerzu kładziemy sporą łyżkę purée, robimy maziaj. Na maziaj wyrzucamy z foremki custard. Można na chwilę zanurzyć foremkę we wrzątku. Kładziemy fantazyjnie kilka krążków czekoladowo-orzechowych i posypujemy płatkami. Wołamy: Kochanie deser!


Wiesz co? Mi to smakowało wszystko! - powiedział On. A to ci dopiero! Oto moja propozycja na Czekoladowy weekend:

LinkWithin

Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin