Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rowerem przez Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rowerem przez Niemcy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Rowerem przez Niemcy: Berlin i koniec!

I co było dalej? Ano nic. Każda wycieczka, nawet rowerowa ma swój koniec. Z tysiącem kilometrów w pamięci i pięćdziesięcioma na liczniku przejechaliśmy słynny most Glienicke, na którym w czasie zimnej wojny USA i ZSRR wymieniały wzajemnych szpiegów i byliśmy w Berlinie. Proste? Proste. A Berlin? Każdy ma swój Berlin, więc o czym tu pisać. Dla mnie to taki europejski Nowy Jork z warszawskim wystrojem, kwintesencja multi kulti, ludzka dżungla. A ja wnuczka leśników i gajowych lubię dżungle w każdym wydaniu. Zapuszczam się w nie całą sobą, wącham i smakuje, zamykam oczy i wsłuchuje się w szum miejskiego lasu. Tropię zwierzynę. A że las ten pełen jest barw i rowerowych dróżek tym lepiej. Pierwszy raz zwiedzałam obcą stolicę na rowerze i teraz to ja już zawsze i wszędzie na moim jednośladzie. Nie chowaj się Brukselo, Paryżu i Nowy Jorku, jeszcze się po Was napedałuję.
Po różnych doświadczeniach z szukaniem i gubieniem drogi, mieszkańcy Berlina miło nas zaskoczyli, nie tylko znajomością angielskiego. Sami podchodzili pytając, gdzie chcemy trafić, rysowali mapki, towarzyszyli na rowerach do celu. Rowery w Berlinie są wszechobecne i jeżdżą na nich chyba wszyscy. Widziałam panią w zaawansowanej ciąży, człowieka z kilkorgiem dzieci upchanych tu i ówdzie, ludzi z mnóstwem zakupów, w garniturach, z naręczem kwiatów, w turbanie i z gigantycznym kapeluszem. Proszę mi nie mówić, że się nie da! Rowerzyści są mile widziani na chodnikach i na drogach, przymyka się oko na ich nieprzepisowe harce. I jeszcze raz krzyknę: Ja też tak chcę pani Hanno!
Pierwsze co zrobiliśmy w Berlinie to odszukaliśmy księgarnię. Plan kupiliśmy, to też, ale interesowały nas przede wszystkim książki, o chlebie. Jak wiadomo żadne z nas nie zna niemieckiego, ale jak się dużo siedzi nad miską ciasta, to można czytać przepisy nawet w nieznanych językach. No dobra oprócz dalekowschodnich, dziwną pisownię mają. Po krótkiej, no dobra ta nieznajomość języka jednak przeszkadza, wizycie w wielkiej księgarni wiedzieliśmy co dalej. Brot. Deutschland beste backer to książka podobna do Artisan Baking Maggie Glezer, poprawcie mnie jeśli się mylę. Autor odwiedza najlepszych niemieckich piekarzy, którzy prawdopodobnie opowiadają o swojej piekarskiej przygodzie i dzielą się przepisami. O przygodach piekarzy niewiele mogę powiedzieć, choć On twierdzi, że trzy razy przeczyta i zrozumie, ale chleby pieką dobre. Szybko zaznaczyłam na planie, piekarnie z Berlina i pojechaliśmy na degustację. Niezłe, a ja wybredna co do chleba jestem.

Potem czekała nas jeszcze jedna ważna wizyta. Jak wiecie On tudzież mój Piekarz domowy, Poganiacz rowerowy i najlepszy mężczyzna na świecie jedyny, w weekendy przywdziewa błękitną kamizelkę a la Johnny Lupino Nurek Śmietnikowy i zamienia się w Szkutnika. A szkutnik to musi mieć dłuto i hebel, i Bóg wie co jeszcze. I to nie jedno. Większość narzędzi szalonego szkutnika pochodzi z berlińskiego sklepu Dietera Schmida, kupowanych rzecz jasna drogą wysyłkową lub poprzez tak zwane słupy*. I choć Dieter Schmid funkcjonuje w naszej codziennej opowieści jak członek rodziny, ot wujaszek dobrotliwy, co piły japońskie sprowadza, żadne z nas w słynnym sklepie dotychczas nie było. Wyobrażacie sobie radosne podniecenie szkutnika jak przestępował próg? Porównać to mogę jedynie do spotkania z Hamelmanem. A w sklepie, ileż tam było pił wszelakich i hebli, dłut, pilników, wkrętaków i noży. Wszystko o czym tylko stolarz, cieśla i szkutnik z początku poprzedniego stulecia mogą zamarzyć. Po pół godzinie nie dałam rady, wyszłam na zewnątrz. On w najlepsze rozmawiał z panem, niestety Dietera nie było, to On naprawdę istnieje! Pan z majestatem wyjmował z gablotek heble w cenie szpilek Manolo Blahnika, zdejmował ze ściany piły od Luis Vuitton co najmniej i natychmiast przecierał je miękką szmatką, i gadał, i gadał ze szkutnikiem. Co jakiś czas wsadzałam łepek, ale nic się nie zmieniało, bo pan też ucieszył się, że może poznać stałego klienta. W końcu zauważył moje zniecierpliwienie i na pociechę wyjął książkę o japońskich naczyniach i drugą o nożach. Ostatecznie wyszliśmy z dłutem wielkości siekiery i obietnicą powrotu.

I tyle. No tak był jeszcze niezidentyfikowany zwierz, który w nocy wyjadł nam kiszkę i chleb podziobał, i samoloty, co latały nad namiotową głową, i ulewa, w któtej ubłoceni pakowaliśmy manatki, i kanar, który złapał nas w metrze, zły bilet kupiliśmy w maszynie. Ale jak mówiła babcia Lodzia: To bajka! Zresztą to moje wakacje. Niezaplanowane, wypedałowane. Fantastyczne!


W sumie zrobiłam 1206 km. Przy czym przez pierwsze dziesięć dni 1030. Nigdy nie przypuszczałam, że potrafię. No powiedz, ze jestem niezła. No powiedz! Niezła jesteś, masz chyba lepszą kondycje niż ja. A Ty? Też potrafisz!
Tysiąc kilometrów dedykuję Marysi, zagrzewam Ją do walki. Z dwustu każdy może wziąć tyle, ile mu się podoba. Sześć zostawię dla wewnętrznego diaboła.
A podziękowania należą się: Jemu za wsparcie na drodze i w namiocie ;-) i za najlepszy na świecie rower. I Panu Jackowi Orłowskiemu**, "polskiemu mistrzowi w szyciu rowerów na miarę" za boską ramę i panu Marcelowi, co go tak zmyślnie złożył i nie przestraszył się moich dąsów i firmie co robi najlepsze siodełka pod słońcem, a co!


Co zrobił On jak tylko wszedł do domu? No właśnie! Dla tego kto pierwszy zgadnie, a stali bywalcy, nie powinni mieć problemów, mam malutki upominek z podróży. Dla wszystkich zielonkawe*** ciasteczka, no bo przecież nie mogłam nie kupić tej foremki. Ja rano wcisnęłam się w moje legendarne**** rowerowe spodenki, co ja mówię, ja je po prostu założyłam. I pojechałam do pracy. Na rowerze.


*mieszkaniec lub podróżny w zagranicznym mieście, który kupuje i przywozi niedostępne w kraju artykuły, pochodzi od Feli i Zgibka
** strona nie działa, Pan się chyba ukrywa, tyle ma zamówień, służę kontaktem
***nad kolorem to ja jeszcze popracuję, wykorzystam w tym celu słupy
****zakupione w nieistniejącym już dziś WTC, stąd owiane legendą

Zielonkawe kruche ciasteczka


-100g mąki pszennej
-75g mąki kukurydzianej
-65g cukru trzcinowego
-50g mielonych migdałów
-25g masła pistacjowego (utartych w moździerzu niesolonych pistacji)
-90g masła
-1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Z podanych składników zagniotłam jednolite ciasto, to znaczy mikser zagniótł. Gdyby było za suche dodać łyżkę mleka lub wody. Zawinęłam w folię i schłodziłam. Zimne rozwałkowałam i wycięłam ciastka. Piekłam w temperaturze 150 st. C z termoobiegiem przed 15 minut.

Ciastka są bardzo kruche, więc ludzikom łatwo odpadają nogi i głowy. Szybko upycham w buzi naderwane kończyny, bo pycha. A zielone ciastka były tutaj.

sobota, 28 sierpnia 2010

Rowerem przez Niemcy część VI

Obudziłam się rano z radosnym biciem serca. To miał być wielki dzień. Dzień dziesiąty. Na moim liczniku migotała dziewiąta setka i coś o czym nigdy wcześniej nie marzyłam miało się ziścić. A będziesz świętował ze mną tysiąc kilometrów? spytałam nieśmiało. Droga jak to droga wiodła przez pola i wioski. Z rana odwiedziliśmy królestwo rokitnika pani Christine Berger. W dużym gospodarstwie przerabia Ona pomarańczowe, kwaśne kuleczki na wszelkie możliwe sposoby. Szczerze mówiąc do tego dnia nie bardzo wiedziałam co to rokitnik zwany czasem rosyjskim ananasem albo cytryną północy, a już po chwili popijałam rokitnikowo-jabłkowy sok zaopatrzona w wino z rokitnika, miód z rokitnikiem, dżem z rokitnika i rokitnikowy likier. Bo czy wiecie że, rokitnik ma mnóstwo witaminy C, która na dodatek nie ulega rozpadowi podczas obróbki cieplnej. A owocami rokitnika leczono dawniej konie z robaków, co nadawało im zdrowy wygląd. Hmm... Jechaliśmy dalej czasem gubiąc drogę - On, potem ją znajdując - Ja. A może było całkiem odwrotnie, bo nagle nie wiem jak to się stało, ale zostałam sama samiusieńka na rozstaju. Jestem zgubiona, pomyślałam. Na moim liczniku pięknie pyszniły się dwie dziewiątki, a ja nie wiedziałam gdzie jechać. Pokręciłam się wkoło, a kiedy już podjęłam tę brzemienną w skutki decyzję, na moi liczniku mignęły tylko trzy dziewiątki, wstrzymałam oddech i nagle pojawiło się zero. Zniknęło, wszystko zniknęło i kto mi teraz uwierzy. I właśnie wtedy spadł mi łańcuch. Nie do wiary! Usiadłam na krawężniku i zapłakałam. No bo jak można tak mnie zgubić. No bo miało być tysiąc kilometrów i co? No bo nie umiem zakładać łańcucha. Gdzie jesteś? Na szczęście wtedy przyjechał mężczyzna, panaceum na kobiece dramaty. I razem, z marną trzydziestką na liczniku dojechaliśmy do Poczdamu.

W Poczdamie zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Piękne, choć tłoczne akademickie miasto położone nad jeziorami. Niska zabudowa centrum urzekła mnie na tyle, że nie zauważyłam wyśmienitej lodziarni. Co ciekawe On też jej nie zauważył, być może mając jeszcze żywe wspomnienie lodów gigantów w Lipsku, a może pochłonięty był marzeniami o kiszce z Wittenbergi. Dość, że przechodziliśmy kilkukrotnie koło poczdamskiej Eismanufaktur zupełnie obojętni. Zwiedziliśmy centrum z licznymi piekarniami, park i pałac Sanssouci, łaziliśmy to tu to tam. Kupiliśmy nawet tej wymarzonej kiszki. W końcu znudzeni To może zjemy lody. I wtedy stała się rzecz niesamowita.
Oto zjedliśmy najlepsze lody na świecie. Jakie to szczęście, że On zamiast wafelkowych rożków wziął nieekologiczne kubeczki. Zachwyceni wspaniałym smakiem i aksamitną konsystencją sorbetu z lichi i idealnie porzeczkowych lodów z cassis i truskawkowych ze świeżą miętą, natychmiast poszliśmy po kolejną porcję i jeszcze jedną. A tam czekały na nas cztery rodzaje lodów czekoladowych z chili, z imbirem i na mleku sojowym, lody sezamowe z migdałami, różane i o smaku holenderskich owoców a może raju. Gdy na naszym koncie było już czternaście kulek ze smutkiem stwierdziliśmy, że basta. Wtedy on pomyślał chwilę i zdecydował: To choć pojedziemy gdzieś na godzinę i wrócimy na jeszcze jedną porcję. I tak zwiedziliśmy uroczy Nowy Ogród i pałac Cecilienhof, w kŧórym w 1945 roku obradowali uczestnicy konferencji poczdamskiej.

Pałac otoczony jest, położonym wśród jezior, malowniczym parkiem, Ach szkoda, że nie wzięliśmy naszego atlasu drzew. Czy to mimozy? Po parkowych alejkach mogą jeździć rowerzyści! A w sercu parku gratka: browar Meierei. To tyle było tego spalania kalorii. W dawnej mleczarni, o ironio! A może o naturalna kolei rzeczy! Mieści się mały browar, który serwuje bardzo zacne, warzone na miejscu, piwa w tym moje ulubione pszeniczne. I tak lekko podchmieleni udaliśmy się na kolejną porcję lodów. I nie pozostało nam nic innego jak jechać dalej. Na Berlin!

wtorek, 24 sierpnia 2010

Rowerem przez Niemcy część V i zupa dla znudzonych.


Rowery, rowery i chleb z obwoźnej piekarni.

No tak! Wychodzi na to, że spędziłam całkiem nudne wakacje. Dni przypominały poprzednie. Sen-rower-sen. I wcale się za to nie gniewam, mogłabym tak tygodniami. Wstałam rano i pojechałam do wsi w poszukiwaniu sklepu. Sklepu nie było. Za to nad polami i górami powoli unosiły się mgły. Powietrze było rześkie i świeże. Piały koguty. Zapowiadał się piękny dzień. Po powrocie zastałam Jego turlającego się ze śmiechu na trawie. A ja lubię jak On się turla, więc turlam się z nim, wtedy On się dłużej turla. Po wspólnym turlaniu, wytłumaczył mi o co biega. Po moim wyjeździe wpadła do niego pani, machając i krzycząc z zapamiętaniem. Nie znamy niemieckiego, na szczęście słowa ważne i bardzo ważne udało nam się już przyswoić i On zrozumiał, że przyjechała piekarnia! Tak więc na śniadanie był chleb. A On zataczał się, bo próbował wytłumaczyć pani, że jak spotka jego żonę na pomarańczowym rowerze, to ma jej nic nie sprzedawać. Ale znał tylko słowo kupować.

Jeszcze nie wszędzie dotarło równouprawnienie...

Z nad Werry pojechaliśmy do Lipska. Dzień był upalny, zostawiliśmy za sobą pagórki i droga ciągnęła się po dość płaskim terenie. Łagodne długie podjazdy i wspaniałe dziesięciokilometrowe zjazdy. Postoje na nie najlepsze lody i całkiem dobry obiad.

Pyszna wątróbka w restauracji pod lwem...

Nie raz przyszło nam załamywać ręce nad brzydotą wschodnioniemieckich miasteczek. Gdyby nie zawirowania historii z pewnością wyglądałyby całkiem inaczej. Lipsk przywitał nas szarymi przedmieściami, które wydawały się nie kończyć. Potem był największy dworzec kolejowy jaki widziałam. A dworce i koleje to moja specjalność. I chyba się nie pomyliłam, bo lipski dworzec to największy i zarazem najstarszy taki obiekt w Europie. Z kolei Starówka, choć ładna ućkana była sieciowymi sklepami, tandetnymi kawiarenkami i ciągnącym się po horyzont tłumem. Po wizycie w sklepie z artykułami gospodarstwa domowego i wyrażeniem żalu szkoda, że nie pojechaliśmy do Francji, bo tam te le Creusety i Emile Henri... opuściliśmy Lipsk. Pewnie poświęciliśmy mu za mało uwagi, ale tak to czasem bywa. W Lipsku po wielu trudach: kłótni o drogę w liczbie dwie, trzykrotnym pomyleniu tejże i złym wskazaniu przez mieszkańca północy znaleźliśmy się na drodze R1.

Międzynarodowa Trasa Rowerowa R1 ciągnie się od Calais na północy Francji aż po Petersburg. Jej długość to ponad 3500 kilometrów. Polski odcinek to 675 km i jest to zarazem najdłuższy oznakowany szklak rowerowy w ojczyźnie, tu powinnam prychnąć z pogardą, ale dam szansę. Trasa jest dość dobrze oznaczona, choć czasem warto zrobić sobie jakiś skrót, dlatego w Lipsku kupiliśmy ostatnie już mapy. Jechaliśmy, jechaliśmy, a na naszym liczniku pojawiały się kolejne kilometry. I tak z dziewiątą setką dotarliśmy do Wittenbergi miasta, gdzie Marcin Luter ogłosił swoje słynne tablice.

Pierwszy raz od dawna przeżyłam architektoniczno-estetyczny zachwyt, ale zważcie, że byłam niemiłosiernie głodna, pierwszy i ostatni raz wyruszyliśmy bez śniadania. I co najważniejsze, żadnych zbędnych przedmieść, w których gubi się rowerzysta. Miła dla oka starówka, bez H&M na rynku, za to z warzywnymi straganami. Kolorowe uliczki i gotyckie kościoły, z którym mnie zachwycił ten Wszystkich Świętych z grobem Lutra i z cudowna wieżą. Wieżę zwieńcza zdobiona latarnia, a na górę można się wdrapać i podziwiać świat z widokowych galeryjek. Jednak nasz największy podziw wzbudziło jak zwykle jedzenie. Tym razem był to sklep z kiełbasami i kiszkami.


Pyszne kiełbasy, kiszki, smarowidła w sklepie niedaleko rynku

Dawno nie jadłam takiej pysznej kiszki niewątrobianej. Sklep z kiszkami był jednocześnie stołówką z prawdziwie enerdowskimi klimatami. Nawet stołujący się byli jakby żywcem wyjęci z epoki. Fryzury a la czeski piłkarz, kostropate wizusy pochylone nad kotletem z ziemniakami i sosem. Zadowoliliśmy się herbatą w szklance i zaopatrzeni w kiełbasy i kiszki ruszyliśmy dalej. Stan licznika 900. Cel Poczdam. A dla znudzonych opowieścią przepis, bo to w końcu kulinarny blog. Słonecznie żółta zupa na kapryśną pogodą. Luźna interpretacja przepisu z Nigelli z Forever Summer.


Rozgrzewająca zupa z cukinii

-3 łyżki oliwy
-ząbek czosnku
-średnia cebula
-duża szczypta kuminu
-łyżeczka startego imbiru
-500g cukinii pokrojonej na duże kawałki
-skórka i sok z 1 cytryny
-1 łyżeczka kurkumy
-1 l bulionu z kurczaka lub warzywnego
-100 g ryżu basmati lub jaśminowego
-sól, pieprz

Na oliwę zeszkliłam cebulę, wrzuciłam czosnek, imbir, kumin. Chwilę smażyłam wrzuciłam cukinię i dusiłam do miękkości, ale nie za długo. Dodałam kurkumę skórkę i chwilę później bulion. Gotowałam około 5 minut, potem dodałam ryż i sok. Gotowałam dalsze 15 minut, aż ryż był miękki. Doprawiłam solą i pieprzem i podałam. I nawet On był zadowolony, ale pewnie dlatego, że przemarzł.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Rowerem przez Niemcy część IV

I tak pedałowaliśmy to w słońcu, to w deszczu, pod górę i w dół. To znaczy w dół nie pedałowaliśmy, a zaciskaliśmy hamulec: ja i znikaliśmy w dali: On. Były dni, że pogoda nas nie rozpieszczała. Jazda w deszczu sprawia, że marzenia redukuję do kubka ciepłej herbaty i suchej nogi. Pamiętam inne samotne wakacje po nadbałtyckich krajach. Idąc w strugach deszczu po estońskiej plaży zastanawiałam się nad listą rzeczy bez których nie mogłabym się obyć. W końcu na liście zostały tylko suche buty. Reszta to tylko zachcianki. Tym razem było podobnie. Ileż radości sprawiły nam panie z firmy spedycyjnej, które zaprosiły nas do swojego biura, gdy mokrzy staliśmy pod portiernią. A zupa? Nigdy nie zapomnę tureckiej fasolowej, na którą ubłocona rzuciłam się Neustadt. Nie zapomnę jej też dlatego, że pan wydał mi jakiegoś podrabianego pieniążka zamiast dwóch euro i przez dwa dni głowiłam się jak go upłynnić. Udało się przy okazji pewnej kiełbasy. Mam wprawę, jeśli chodzi o fałszywe pieniądze. Moi mili znają historię o wypłacie fałszywymi dolarami i wpuszczaniu ich w amerykański rynek. Miasteczka zamieszkiwane w większości przez mniejszość, Turecką miały tę właściwość, że dróżka rowerowa nagle znikała i za nic nie chciała się pojawić. Na jakiś czas zrezygnowaliśmy z dróżek na rzecz samochodowych dróg. Oczywiście ja narzekałam cały czas i robiłam maślane oczy na widok rowerowych znaczków, aż nazwano mnie fetyszystką rowerowych dróżek. Po cichu muszę przyznać, że się samochodowym szlakiem jechało jeszcze lepiej. Droga prosta, krótka, bez zbędnych zawijasów. Nikt na mnie nie trąbił. Nikt nie wymuszał ostrego hamowania i nie wbijał się przed rower do skrętu w prawo. I prawie nikt nie wymijał mnie na grubość lakieru czyli ocierając się o moje sakwy, co kierowcy w moim mieście robią nagminnie. Jeśli, więc jesteś kierowcą w moim mieście wstydź się!
Innym razem z nieba lał się żar, a naszym jedynym pragnieniem było zaspokojenie pragnienia. Każda polska wioska ma sklep! W niemieckiej nie jest to takie oczywiste. Zdarzyło nam się przejechać i pięćdziesiąt kilometrów o suchym, dosłownie, pysku, a sklepu, ani widu, ani słychu. Po drodze spotkaliśmy rowerzystę, który uprosił przysłowiową babę o bidon wody i dwóch dziadków na rowerach, którzy podobnie jak my marzyli o napoju. Dziadkowie tak się z nami zżyli, że jechaliśmy razem przez kilka godzin. Kiedy wreszcie trafiliśmy na sklepik, każde z nas wypiło duszkiem po litrze soku. Picie litra płynu na raz weszło nam w nawyk, podobnie jak codzienne sto kilometrów. I tak z szóstą setką na liczniku zbliżaliśmy się do ważnego etapu naszej podróży.
Dawnej granicy Zachodu z Wschodem. Pewnie przekroczylibyśmy ją nieświadomie, gdyby nie triatlonista koło pięćdziesiątki spotkany na podjeździe. Chłopaki szybko się zgadały, a ja z tyłu starałam się nadgonić i jak zwykle strzygłam uszami. Triatlonista przejechał tego dnia 250 km, miało być 200, ale mu się drogi pokiełbasiły. I słyszę i uszom nie wierzę, On mówi, z żalem w głosie: My tylko 90! Co tylko? Ja ci dam! Triatlonista powiadał jak do 1966 roku przemieszczanie się RFN-NRD było dopuszczalne. Natomiast potem na długie lata granica była uszczelniona i wiele rodzin straciło ze sobą kontakt. Szczerze się wzruszyłam, ale ja wzruszam się nawet przy reklamie Apapu. Ostatnia Zachodnia wioska była piękna jak z obrazka. Kolorowe domki, kwiaty w oknach i mercedesy. Potem był most i tablica: Tu kiedyś kiedyś kończyła się Europa Zachodnia i zaczynały kraje komunistyczne, nawet Polskę tam narysowali. A potem szczerze się wystraszyliśmy. Pierwsza wschodnia wioska wyglądała jak jakieś widmo. Wybite szyby, krzywy bruk, opuszczone domu i szarość. Na szczęście dalej wschodnie Niemcy prezentowały się jak należy. Podejrzewamy, że po otwarciu granic mieszkańcy wioski szybko wyjechali na Zachód, stąd to zaniedbanie. Noc spędziliśmy nad rzeką Werra. I tyle było tego Zachodu. Licznik 600. Cel Lipsk.

środa, 18 sierpnia 2010

Rowerem przez Niemcy część III



Rano stoczyłam wyścig z pewną Niemką do kempingowej pralki, a jak wiemy potrafię się wślizgnąć w każdą dziurę. Przemknęłam jej pod pachą i już nasze przemoczone ubrania wirowały w wielkim Elektroluksie. Po chwili okazało się, że moja wygrana była nieuczciwa, Niemka zamówiła sobie pranie już wczoraj. Ale co wiruje, tego się nie psuje i po dwóch godzinach z sakwami wypełnionymi czystym i suchym dobrem śmigaliśmy przed siebie. Koblencji nie poświęciliśmy wiele uwagi, choć jest to miłe miasto. Zwłaszcza ujście Renu do Mozeli prezentuje się malowniczo z wielgaśnym pomnikiem Wilhelma I, spod którego kursują jedna za drugą kolejki na pobliskie wzgórze. A jako dawna Lululanka Mozelę darzę sentymentem. Jeszcze przystanek w sklepie rowerowym, gdzie On wrrr zakupił rowerowe spodenki, Bo to siodełko tak gniecie i tyle. Droga do Ems wiodła nad rzeką. Po drodze mijali nas rowerzyści. Powoli przestali mnie dziwić żylaści osiemdziesięciolatkowie i dzieciaki z osakwionym rowerem. Na szlaku spotkać można było nawet pana na wózku inwalidzkim z łańcuchowym napędem, sakwami i dwoma chłopaczkami na rowerach.
Po drodze mijaliśmy kolejne nadrzeczne miejscowości, o których zbliżaniu nieodmiennie informowali nas biegacze, państwo z wózkami, a nawet z balkonikami na drodze. Wszyscy grzecznie ustępowali rowerzystom. Przyzwyczaiłam się do widoku psiarzy, którzy już z daleka przytrzymują swoje czworonożne pociechy. Przyzwyczaiłam się też do gładkiej, asfaltowej nawierzchni i oznakowań rowerowych szlaków. W miastach rowerowa dróżka przechodziła zwykle w wydzielony dla rowerów pas lub przystosowany chodnik. Ja się pytam, czemu tak nie może być u mnie w kraju? Ems choć ładnie położone, mocno nas rozczarowało. Żadnych soli w szklanych fiolkach, ani pijalni życiodajnych cieczy. Być może nie trafiliśmy tam gdzie trzeba. Samo miasteczko malowniczo położone wśród gór z mnóstwem kamieniczek z pruskiego muru, ale takich miasteczek mijaliśmy po drodze mnóstwo, w co ładniejszych zatrzymując się na kawę i ... lody wiadomo z czym. Na moje zachwyty pruskim murem, On nie omieszkał wyłożyć mi wad tego systemu budownictwa, siedzi teraz w literaturze budowniczej. Pochłonięty jest systemami izolacji i ekologicznych systemów grzewczych. Było coś o właściwościach izolacyjnych drewna i muru, że się różnią. Zawiłe i długie, ale wniosek: nie budujemy z pruskiego muru. A Wy zrobicie jak chcecie. Niemniej domki prezentowały się bajkowo, zwłaszcza, że z upływem czasu były zwyczajnie krzywe.
Za Ems droga zbaczała niekiedy z nadrzecznego szklaku i biegła przez pola, wzgórza. Kilkukilometrowe podjazdy, nawet On nazywał morderczymi, chociaż dużo rzadziej niż ja. Phi, w Tour de Pologne są całe górskie odcinki, a w Paryż -Roubaix to jeszcze po bruku. Mnie nadludzki wysiłek rekompensował widok z góry. Noc spędziliśmy pod pięknym Diez, gdzie zrobiłam Mu iście włoską awanturę za to, że zgubił mnie po drodze. Jak się okazało zrobiłam ją pod nosem pewnej Polki, która zmywała garnki w kempingowym ogródku piwnym. I tak upływały dni, a każdego na liczniku pojawiała się kolejna setka. Powoli przyzwyczaiłam się do takiego tempa. Z nad Renu dróżka przeniosła się nad Lahn, prawy dopływ Renu. Rzeka mniejsza, o bardziej górskim charakterze. Nadal spotykaliśmy licznych rowerzystów, a barki zastąpili żwawi kajakarze. Były też winnice. Jak się szybko przekonałam, na jednym kieliszku mogę jechać, w żadnym razie nie powiela tego przykładu, zatrzymywaliśmy się w regionalnych winnicach i piliśmy tanie jak barszcz wina. Jedyny żal jaki w nas narastał, to to, że nie możemy sobie wyładować sakw butelkami.
Ludzie na nasz widok i wiadomość, że jesteśmy z Polski i nie, nie pracujemy w Niemczech, ożywiali się i ucinali z nim gadki szmatki. Ja robię się w przygodnych kontaktach prawdziwie gburliwa, więc tylko słuchałam. A więc słuchałam: O ja w 59 to pojechałem z Kolonii do Londynu, byłem wtedy w waszym wieku. To ile ten pan miał lat? On myślał, że my mamy dwadzieścia. Nie było wtedy ścieżek rowerowych. A z powrotem skasowałem w wypadku rower i wracałem pociągiem. A w 70 to byłem na kajakach w Polsce. A w tym to miałem też jechać do Polski, ale te powodzie. Inni towarzyszyli nam przez wiele kilometrów, jadąc koło w koło. Wspominali młodość i czasy, kiedy jeździli bez silniczka w rowerze. Nikt nie dziwił się, że planujemy przejechać 1000km na rowerach. Mijaliśmy kolejne ładne i mniej miasteczka: Giessen, Homberg, uniwerstycki Marburg z górującym nad miastem zamczyskiem, Alsfeld...
Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wstępowali do napotkanych piekarni. Niestety niewielu Niemców mówi po angielsku, ale wizyta w spożywczaku i roggen, weizen, dinkel, hafer przestały być dla nas pojęciami z kosmosu. Mało tego pruliśmy wzdłuż szumiących pól orkiszu, a On ofiarował mi bukiet pięciu zbóż. Kolejne dwa dni pogoda była pod psem, co i w nas powodowało psie humory. A rower nie lubi złych właścicieli. On złapał dwie gumy, a mi popsuły się przerzutki. Za to w wilgotnych nastrojach jedliśmy najlepszy chleb świata, niestety znowu zapomniałam gdzie.
Stan licznika 300-400-500. Cel przed siebie do Berlina.

A na koniec przepis, bo to w końcu kulinarny blog. Przepis ni z gruchy ni z pietruchy. Mam tu swój zamysł. Marysiu oto propozycje bez mąki pszennej. Gryczane placki na słodko i obiadowo. Jeden przepis od Trufli, drugi od Leparda.

Placki gryczano-orkiszowe z syropem z agawy

-1 płaska łyżeczka suszonych drożdży
-1/2 szklanka mąki gryczanej
-3 łyżeczki syropu z agawy (lub miodu)
-1szklanka mleka +2-3 łyżki (sojowego lub krowiego, wg uznania)
-1 szczypta świeżo zmielonego pieprzu lub imbiru (dodałam pieprz)
-1 szczypta soli
-1/2 szklanki mąki orkiszowej
-1szczypta kurkumy

Wszystkie składniki wymieszać w podanej kolejności, przykryć folią i wstawić na noc do lodówki, (jeśli rano ciasto okaże się za gęste, dodać 2-3 łyżki mleka) lub na ok. 1 godz. w ciepłe miejsce.
Smażyć na niewielkiej ilości oleju roślinnego.
My jedliśmy z sosem malinowym ( maliny smażone do rozpadnięcia w syropie z agawy) i syropem z Daktyli (smakołyk z Omanu)

Placki gryczane

Dan Lepard
-50g (3 łyżki) wrzątku
-50g 91/3 szklanki) kaszy gryczanej (palonej czyli zwykłej)
-125g zimnej wody (1/2 szklanki)
-1/2 łyżeczki świeżych drożdży
-100g mąki gryczanej (1 szklanka)
-1/2 łyżeczki soli
-175g zimnego mleka (3/4 szklanki)
- olej, masło do smażenia

Kaszę zalewamy w miseczce wrzątkiem i mieszamy. Po chwili wlewamy zimną wodę, dodajemy drożdże i mieszamy. Dodajemy mąkę gryczaną, mieszamy. Na końcu wsypujemy sól. Zakrywamy i odstawiamy na 1 i 1/2 godziny. Po tym czasie powinny pojawić się bąbelki. Wlewamy mleko, mieszamy. Rozgrzewamy patelnię z tłuszczem i wylewamy po chochelce ciasta na patelnię. Smażymy placki po minucie z każdej strony. Dobre jako dodatek do kwaśnego mleka, sosu pieczarkowego lub wyrazistej sałatki.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Rowerem przez Niemcy część II

To był długi dzień. Czekało nas 120 km. Choć wczorajsze 95 km okazało się wyjątkowo bezproblemowe i napawało mnie dumą Powiedz, że jestem świetna przejechałam tyle kilometrów? Zobaczymy jutro! To jednak liczba sto dwadzieścia trochę mnie przerażała. Tradycyjnie posileni śmietanowym deserem ruszyliśmy na południe. Wiem patrząc na mapę, wydaje się to mało logiczne, ale niedaleko od Koblencji zobaczyliśmy nazwę Bad Ems. Emskie?! To one istnieją naprawdę? Oboje w dzieciństwie piliśmy musujące na mleku tabletki ponoć na przeziębienie. Moje babcia rozpuszczała je w białym kubku z zielonym paskiem. Były słone, pyszne i takie dorosłe. Oboje mamy też słabość do wszelkich Wód, popijanych wśród starszych państwa z kubka z dzióbkiem. Decyzja zapadła szybko, jedziemy do Wód. Wcześniej wstąpiliśmy do sklepu rowerowego, gdzie on pozazdrościł mi i kupił sobie to siodełko (wiem, wiem, reklamę im tu robię, ale mogę ich reklamować za darmo). Kiedy na pytanie sprzedawcy czemu zrobiłam płaczliwą minę usłyszałam jego Zazdrości mi nowego siodełka, jej ma już rok, moja mina zrobiła się jeszcze płaczliwsza, bo to była prawda. Sprzedawca okazał duże zrozumienie Ale jego będzie bardzo twarde. I będzie cierpiał. To prawda. Najlepsze siodełka świata dopiero po przejechaniu dwustu kilometrów dopasowują się do zadu właściciela. I te kilometry to często prawdziwa udręka. Potem no cóż, właściciele wiedzą o czym mówię. Kupiłam sobie na pocieszenie ochraniacz od deszczu dla mojego . Potem jeszcze Vollkornbrota i tyle nas widzieli. Droga do Koblencji z Kolonii biegnie nad brzegiem Renu. Prosta, równa, asfaltowa, ciągnie się dziesiątkami kilometrów. Marzenie każdego rowerzysty. Mijały nas barki, w tym jedna węglowa, która płynęła z nami cały dzień, raz ona, raz my na przedzie. Tu wyrażę kolejny zachwyt Niemcami, co potrafią wykorzystać swoje rzeki. W oddali słychać było stukot czerwonych pociągów. Wokół roztaczały się winne wzgórza, a co jakiś czas nad zielonym zboczem górowało chmurne zamczysko.
Szybko dojechaliśmy do Bonn, ładny rynek i uniwersyteckie klimaty oraz nieco industrialne przedmieścia. Posiliwszy się kiełbasą pojechaliśmy dalej. Po drodze spotkaliśmy niemieckich cyklistów, zwierzyliśmy się z naszego pomysłu dotarcia do Berlina. Popatrzyli z niedowierzaniem na nasze klamoty i stwierdzili, że w okolicach Getyngi to jest hilly. Pogadali chwilę, po czym orzekli, że nie mogą tak wolno jechać, bo spieszą się do Włoch Co 22km/h? i tyle ich widzieliśmy. Jechaliśmy cały czas nad brzegiem rzeki. Jeszcze chwilami odzywał się w nas żal za tym co niespełnione. Francja, sery, wino... Chwilę potem zdaliśmy sobie sprawę, że gdzie jesteśmy! Kieliszek, no dwa miejscowego rivarera i rieslinga zrobił swoje. I o dziwo całkiem nieźle jadę na winie! Ale nie bierzcie tego za przykład. Dwadzieścia kilometrów od celu straciłam nagle siły. Zjedz banana.Zawsze przytomny zaradził On. I po chwili jechałam jak szalona. Hmm, to już wiemy na co jeździsz skwitował. Na połowie banana robię ponad 20 kilometrów. Koblencja przywitała nas deszczem. Mokrzy jak stare ręczniki rozbiliśmy się na pierwszym napotkanym kempingu. Okazał się brzydki i fatalnie położony. Przez całą noc płynęły barki, jeździły towarowe, a po drugiej stronie samochody. Przed snem wyszeptałam tylko Niezła jestem przejechałam 120 km, powiedz, że jestem niezła. Eeee, na Tour de France robią ponad 150 równie sennie powiedział On.
Stan licznika 224. Cel Bad Ems i dalej na północny-wschód.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Rowerem przez Niemcy część I

Decyzja została podjęta jedziemy przez Niemcy. Tak się złożyło, że zwiedziłam już prawie całą Europę, a kraju naszych sąsiadów nie. Być może to wpojona przez babcię wojenna niechęć, może nieznajomość języka, do Niemiec było mi zawsze nie po drodze. Owszem przejechałam je z kilkanaście razy wszerz pociągiem i samochodem, spędziłam długie godziny na lotnisku we Frankfurcie (linie lotnicze to ich lubię), ale wakacje? W życiu bym nie zaplanowała. Moje uczucia do Niemiec ociepliły się kilka lat temu, kiedy mieszkałam w sennym państewku. Jeździłam wtedy w dni wolne od pracy do Trewiru, Kolonii i Frankfurtu. Jeśli kiedyś będziecie pobliżu polecam świąteczny jarmark w tym pierwszym, chyba najstarszy, a na pewno jeden z piękniejszych w Niemczech.
Wysiedliśmy po północy na dworcu w Aachen, głucho tam było i ciemno. Pod dworcem kilku tureckich taksówkarzy wypalało sennego papierosa. Pod dworcem była też mapa, według której całkiem niedaleko był kemping. Wystarczyło tylko wyznaczyć północ i byliśmy w domu. Dla porządku spytaliśmy o drogę kilku przechodniów, ale wiadomo jak to jest z przechodniami o tej godzinie. Różne są ich stany świadomości i różnych informacji udzielają, a to że kemping 20 km za miastem, a to że tu u nas w Aachen go nie ma. W sumie byliśmy na to przygotowani. Napotkany po drodze Polak, tynkarz, po wyrażeniu ogromnego zdziwienia, że nie przyjechaliśmy tu do pracy a na wakacje, poinformował nas, że Niemcy nie potrafią wskazywać drogi. I niestety jeszcze nie raz przyszło się nam o tym przekonać. Kemping znaleźliśmy sami i nawet okazał się samoobsługowy.
Następnego dnia posileni pierwszym deserem z bitą śmietaną, zaopatrzeni w mapę regionu zwiedzaliśmy słynny Akwizgran. Trochę pożałowałam, że w liceum nie słuchałam pani M. i jej wywodów o Pepin le Bref i Charlemagne. Nic to wrócę do domu i poczytam na Wikipedii ;-) pomyślałam, oblizując bitą śmietanę z nosa. Właśnie desery z bitą śmietaną towarzyszyły nam odtąd każdego dnia. Niemcy uwielbiają lody i bitą śmietanę. W każdej nawet najmniejszej mieścinie jest eiscafe, która na wydrukowanym kolorowym folderze zachęca do zjedzenia kopy lodów z dodatkami i obowiązkowo bitą śmietaną. Lody są różne, czasem dobre, czasem po prostu zimne. Podczas wyjazdu zjadłam tyle bitej śmietany, że wystarczy mi do końca życia. A i on powiedział w końcu dość, kiedy w Lipsku dostał kopę lodów z bez mała 100g porcją orzechów. W Akwizgranie pobyliśmy chwilę na uroczej starówce i podczas gdy on pochłaniał kolejne lody ja zwiedziłam romańsko-gotycką katedrę i wczułam się w rowerową atmosferę Niemiec.
Potem ruszyliśmy naprzód. Nasz cel Kolonia, oddalona podobno o 70 kilometrów i jak poinformował nas pan w rowerowym warsztacie wiodła tam jedna rowerowa droga. Droga jedna, ale co przechodzień to inna. Okazało się, że choć po mieście przemieszcza się wielu rowerzystów, to żaden tak daleko się nie zapuścił. Straciliśmy dobre dwadzieścia kilometrów, aż w końcu jakiś zawiany rodak podszedł z pytaniem Pomóc wam w czymś? Wcześniej upewnił się czy, aby nie przyjechaliśmy tu do pracy.
Droga do Koloni była dość nudna i nieprzyjemna. On jak na złość ignorował rowerowe oznaczenia i kazał mi jechać obok samochodów, czego nie lubię. Po drodze zjedliśmy chyba najlepszy niemiecki obiad. Pyszną kaszankę z puree ziemniaczano-selerowym i jabłkowym musem z porzeczkami oraz wspaniale marynowane mięso. Niestety nie pamiętam, ani nazwy miejscowości, ani restauracji, ale pozdrawiam miłą panią, która mimo zamknięcia lokalu poprosiła kucharza o przygotowania dla nas posiłku. Wieczorem z 104 km na liczniku dotarliśmy do Kolonii. I tu stała się rzecz niebywała. On, który szerokim łukiem omija wszelkie budowle sakralne do zwiedzania Ty sobie idź ja tu posiedzę na widok kolońskiej katedry rozdziawił usta. Szybko udał, że nic się nie stało i niby obojętnie rzucił Mogę ją z tobą jutro zobaczyć. Ja z kolei rozdziawiałam buzię na widok rowerów. Rowery, rowerzyści i rowerowe dróżki były w Kolonii wszędzie. Z czasem miałam do tego przywyknąć, a nawet krzywić na gorszą, a przecież lepszą niż w ojczyźnie rowerową infrastrukturę. Póki co rozpływałam się w zachwytach. Kupiliśmy też kolejne mapy, tym razem rowerowe. W Niemczech jest wiele tysięcy wytyczonych i oznakowanych dróg rowerowych , a niemieckie stowarzyszenie cyklistów ADFC, wydaje co jakiś czas uaktualnione mapy w skali 1:150 000. Mapy danego regionu dostępne są w każdym większym mieście. Polecam.
Kolonia to bardzo przyjazne miejsce. Knajpki, luz, rzeka, rowery i dobrze zagospodarowana (poza naćkanym centrum) przestrzeń, czyli tak zwane miasto do mieszkania.
Tego dnia odbywała się tam jakaś gejowska impreza, która jak się okazało kontynuowana była na nadreńskim kempingu. Miłe panie z Włoch zaprosiły nas na imprezę, ale zmęczeni grzecznie podziękowaliśmy. Rano czekała nas długa droga. Cel Koblencja. Stan licznika 104 km.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Chleb i forma czyli rowerem przez ...


Lubimy wyzwania. Lubimy też niespodzianki. A może po prostu jesteśmy mało zorganizowani? Od dawna planowaliśmy rowerowe wakacje we Francji, choć może słowo planowaliśmy nie jest tu całkiem na miejscu. Oprócz kupienia biletów na pociąg przez Niemcy nie zrobiliśmy nic w tym kierunku. Z beztroskim jakoś to będzie wyczekiwaliśmy dnia urlopu. Ja jeździłam z większym zapałem rowerem Ty musisz być rozjeżdżona powtarzał bez ustanku On. Zmęczeni lipcowym upałem, ziemskimi poszukiwaniami i jego dodatkową pracą, która do ostatniej sekundy trzymała wszystkich w napięciu, spakowaliśmy sakwy i... Kilka godzin przed wyjazdem ze zgrozą odkryłam, że kupiliśmy nie takie bilety na pociąg w Niemczech. To znaczy pociąg i owszem wspaniały, ale ktoś nie zaznaczył opcji przewóz rowerów. No bo mnie popędzałaś. Część biletów udało się oddać, ale zamiast szybkiego nowoczesnego ekspresu czekały nas pociągi regionalne z milionem przesiadek. Rano źli i nadąsani przyczepiliśmy sakwy do jednośladów i pojechaliśmy na dworzec. Po drodze zgubiłam kask, tylne światełko i sobotnią gazetę. Ta ostatnia na szczęście czekała na mnie w pociągu. Za to już od pierwszego to tak to okazało się, że nie wzięłam, to znaczy nie spakowałaś mi mnóstwa rzeczy. Podróż do Berlina minęła jak z bicza trzasnął. Przyzwyczajeni do telepaniny do Gdańska nawet nie zauważyliśmy kiedy upłynęły rozkładowe godziny. W Berlinie kupiliśmy weekendową kartę kolejową ( nasze bilety były nieważne), która za 36 euro uprawnia do podróży przez cały dzień właściciela z czworgiem towarzyszy. Przewóz roweru zależy od długości planowanej podróży. Pani wydrukowała nam plan podróży. Czekało nas pięć przesiadek, ale za to wagony rowerowe w Niemczech mają szerokie podjazdy i nie trzeba zdejmować za każdym razem sakw. Podróżujący rowerem z sakwami wiedzą jakie to utrapienie i ile nerwów kosztuje wejście do polskiego pociągu. Prześledziwszy nasz rozkład jazdy szybko okazało się, że nie zdążymy na pociąg w Belgii i nasza rowerowa wycieczka dziwnie się komplikuje. W jego głowie zaświtała dziwna myśl jazdy nocą z Aachen do Liege, ale szybko ostudziłam jego zapały. Nie mamy lampek, kasków i ja mam kurzą ślepotę. Tymczasem z okna widzieliśmy piękne równe niemieckie drogi i ciągnące się po horyzont dróżki rowerowe. Na kolejnych stacjach dosiadali się do nas rowerzyści w każdym wieku. Od praktycznie zera (podróż w specjalnej przyczepce), poprzez dziesięciolatki z rowerem i sakwami, po leciwe panie umięśnione jak triatlonistki. W przedziale jechały z nami rowery górskie, miejskie , szosowe i przed potowe składaki. Powoli w głowie świtała nam myśl, zagryzana 80% żytnim detmolderem* Gdzieś w okolicach Dortmundu byliśmy już prawie pewni. On w głowie dzielił kilometry przez liczbę dni. Czy jesteś w formie, by jechać 70 dziennie? Około północy wysiedliśmy na ciemnej stacji w Aachen i już wiedzieliśmy: Rowerem przez Niemcy! I tak z przewodnikiem po Francji, mapą Beneluxu, kilkoma kromkami chleba i tabliczkami ulubionych niemieckich czekolad wyruszyliśmy w naszą podróż. Aachen-Berlin relacja wkrótce.

*Chleb żytni 80% metodą trójfazową
J. Hamelman

Chleb ten robi się w trzech fazach. Najpierw odświeżamy zakwas. Potem dwukrotnie budujemy zaczyn, by na koniec wymieszać ciasto właściwie. Hamelman robi ten chleb z tak zwanej średniej mąki żytniej, która w Polsce byłaby mąką 1100. Z naszej mąki średniej typ 1400 chleb ten wychodzi ciemniejszy niż w piekarni Mistrza. Podobną mąkę można uzyskać mieszając mąki żytnie 1400 i 720 (w proporcjach 7:3). Tym razem daliśmy więcej mąki żytniej chlebowej 720. Uzyskując chleb dużo lżejszy. Podane proporcje są na dwa bochenki około 750g. Chleb jest słodkawy, choć zrobiony na czystym zakwasie. Długo świeży. Hamelman opowiada jak to przesyłał sobie ów chleb na poste restante, by cieszyć się nim podczas podróży. Do tego jednak trzeba wiedzieć od początku gdzie się jedzie skwitował On.

Zakwas (freshening)
-3g dojrzałego zakwasu żytniego
-8g mąki żytniej 1100
-11g wody

Zakwas mieszamy z wodą. Wsypujemy mąkę. Mieszamy. Odstawiamy na 6 godzin w ciepłe miejsce (25-26 st C).

Zaczyn I (basic sour)
-90g mąki żytniej 1100
-68g wody (4 łyżki)
-cały zakwas

Zakwas mieszamy z wodą. Dodajemy mąkę. Mieszamy. Odstawiamy na 16 godzin, na noc (20-22 st C).


Zaczyn II (full sour)
-244g mąki żytniej 1100
-244g wody
-cały zaczyn I

Postępujemy jak poprzednio. Odstawiamy na 4 godziny (28-29 st. C np. piekarnik ze światłem, kaloryfer)

Ciasto właściwe
- 383g mąki żytniej 1100
-182g mąki pszennej chlebowej (lib pszennej wysokoglutenowej)
-383g wody
-17g soli
-cały zaczyn II
-ew. (pominęliśmy) 8g świeżych drożdży

W misce mieszamy wszystkie składniki. Wyrabiamy przez 6-7 minut. Ciasto będzie lepkie, a gluten nie będzie specjalnie rozwinięty. Odstawiamy do fermentacji na 20 minut. Ciasto długo dojrzewało i nie potrzebuje długiej fermentacji (28 st. C) Formujemy okrągły bochenek. Wkładamy do przygotowanego koszyka tj. posmarowanego cieniutko olejem i wysypanego mąką. Odstawiamy do wyrastania na 1 godzinę ( 27 st. C)
Bochenek wyrzucamy na obsypana semoliną łopatę, nakłuwamy zapałką w wielu miejscach. Pieczemy z parą w temp. 250 st. C przez 10 minut. Obniżamy temperaturę do 210 st. C i pieczemy 40 minut. Studzimy na kratce. Kroimy po upływie 24 godzin. Warto czekać.

LinkWithin

Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin