Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warzywa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warzywa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Soba ze smazonym tofu i kalafiorem czyli obiady półtoraroczniaka

Z przyjemnością patrzymy na nasze dziecko z radością odkrywa nowe smaki, kształty i konsystencję. Lubi bawić się surowymi warzywami, rozmazywać po stoliku pasty, nabijać na palce maliny. Jak dotąd kategorycznie odrzuciło tylko mleko modyfikowane i dość sceptycznie podeszło do brukselki, choć za każdym razem dzielnie próbowało A nuż ta będzie dobra. Pozostałe rzeczy bywają przez kilka dni przysmakiem, by potem ustąpić na chwilę miejsca innym produktom. I tak choć uwielbia seka, gdy ma do wyboru serek i hummus, wybierze humuś. Jednego dnia zajada się malinami, by innego dnia nawet na nie nie spojrzeć, bo jest gruszka i mięsek. Na jedno tylko zawsze ma ochotę: tofu.
Oto szybki obiad zbyt fusion jak powiedział On, w którym wykorzystałam resztki pałętające się po lodówce, na którego widok dziecko zawołało: O tofu, kalafali! I paskudne zdjęcie. Miłego poniedziałku. A na deser ciastka, które były wczoraj.

Soba ze smażonym tofu i kalafiorem*
 2-3 osoby

- półtorej wiązki makaronu soba na osobę
 
- kostka tofu
-1/3 kalafiora, pokrojonego na drobne różyczki
-garść zielonych szparagówek lub zielonego groszku
-ząbek czosnku
-1/2 małej papryczki chili
-imbiru tyle co opuszka kciuka
-3 łyżki sosu teriyaki
-1 łyżka jasnego sosu sojowego
-2 łyżeczki miodu
-1 łyżka ojeju sezamowego
-1 łyżka oliwy
-sól

Makaron ugotowałam według instrukcji na opakowaniu, tuż przed podaniem
Kalafiora i fasolkę ugotowałam al dente w osolonej wodzie.
Tofu pokroiłam w kostki i usmażyłam na złoto na oliwie.
Czosnek, chili i imbir pokroiłam w drobniuteńką kostkę, wrzuciłam do miski, dodałam pozostałe składniki sosu bez soli. wymieszałam i wylałam na patelnię. Gotowałam 3 minuty. Wrzuciłam tofu i warzywa i smażyłam 5 minut. Podałam na makaronie.

*inspiracja od Moniki

niedziela, 16 czerwca 2013

Świeć przykładem: marchewka

 Czy rodzice mogą mieć oczekiwania wobec dzieci? Czy raczej powinni stać z boku. Podtrzymywać, podawać pomocną dłoń, a gdy trzeba zastawiać drogę? Często zastanawiamy jaka będzie nasza córka. Jak będzie wyglądać. Gdzie będzie ją ciągnąć, a od czego odpychać. Jakich dokona wyborów. Nie mamy dużych oczekiwań.Jednego tylko będzie nam żal: Co my zrobimy jak będzie niejadkiem?
 W tym celu już od małego wzięliśmy się do pracy. Kochanie, nauka przez modelowanie. Od tygodnia jesteśmy w fazie warzyw, głównie nieśmiertelnej marchewki. Siadamy wspólnie do stołu i jemy: marchewkę. My w kawałkach, ona w wersji piure (jak to przeczytałam w jakiejś książce). Jest wesoło pycha, mniam, mniam mniam (rodzice), ej, aj, agu (dziecko), ale chyba działa. 

Młoda marchewka* po marokańsku
według Ottolenghi a jakże

Trzy porcje jako solidny dodatek obiadowy. Podane zostało z pilawem z bulguru i sałatką z burakiem buraka to nie będziemy jej dawać tak od razu, chyba, że kupisz mi fartuch

-1kg młodych marchewek

-4 łyżki oliwy
-1 średnia cebula, drobno pokrojona w piórka
-1 łyżeczka cukru
-3 ząbki czosnku posiekane lub przepuszczone przez praskę
-1 czerwone chili drobno pokrojone
-1 zielona cebula drobno pokrojona
-1/8 łyżeczka mielonych goździków**
-1/4 łyżeczka mielone imbiru
-1/2 łyżeczka mielonej kolendry
-3/4 łyżeczki mielonego cynamonu
-1 łyżeczka słodkiej papryki
-1 łyżeczka mielonego kuminu
-1 łyżka octu z sherry
-1 łyżka siekanej skórki kiszonej cytryny***
-spora garść siekanej kolendry
-120ml greckiego, gęstego jogurtu
-sól
-ewentualnie liście młodziutkich marchewek do przybrania

Marchewki obrałam i pokroiłam  w dość grube talarki, większe przekroiłam na pół. Wrzuciłam do dużego garnka z wodą, zagotowałam i na małym ogniu gotowałam 10 minut. Odcedziłam. Na patelni rozgrzałam oliwę i smażyłam cebulę, mieszając około 10 minut, nie powinna za nadto zbrązowieć. Dodałam marchewki i pozostałe składniki oprócz jogurtu i kolendry. Chwilę mieszałam, zestawiłam z ognia. Wystudziłam. Na talerzu rozłożyłam natkę, marchewkę, jogurt i kolendrę.

Danie w sam raz do pudełka lunchowego. Chyba też w miarę szybkie, także dołączam do moich osobistych: Pudełko dla Joanny i 5 minut dla Dominiki.

 *niemowlętom o tej porze roku radzi się nie podawać młodych marchewek, ze względu na ewentualną zawartość azotanów, stare warzywa zdążą sobie azot z ziemi lepiej przyswoić, młode odkładają właśnie w postaci tychże.

 **lub tłuczonych w moździerzu

 ***przepis mam nadzieję wkrótce

czwartek, 6 czerwca 2013

Medytacje nad miską soczewicy dla M.

A wiesz mi to już chyba nic do szczęścia nie brakuje - wyraziłam w rozmowie z E. mało popularny pogląd. No wiesz, bo to zależy jak ktoś sobie ustawia poprzeczkę - odpowiedziała jak zwykle zanurzona w swoich myślach, po raz kolejny przegapiając chwilę, by cieszyć się moim szczęściem. Długo potem myślałam, o tej poprzeczce. I wiecie co? Doszłam do wniosku, że rzeczywiście, to zależy. To zależy, jak ktoś sobie ustawia poprzeczkę. A najlepiej tym, którzy sobie nie ustawiają. Samemu sobie kłody walić pod nogi, jakież to dziwne? Trzymam z tymi, co cieszą się tym co mają, nie tracąc czasu na to, co im niepisane. Nie zdobywam, nie zgarniam, nie uganiam się. Redukuję. Marnuję swój cenny czas? Los i tak sobie o mnie przypomni. A dania z soczewicy dedykuję M., której los poprzeczkę postawił naprawdę wysoko. Dasz radę, jedz na zdrowie! I medytuj!


Wszystkie dania pochodzą z książek firmowanych przez Ottolenghi (nie nie zapominam o drugim panu, tu puszczam oko do Polki), o których pisały już chyba wszystkie moje ulubione blogerki. Nie będę powielać zachwytów, chociaż może je właśnie warto mnożyć. To  książki doskonałe i póki o nie mogę się zdecydować, która najlepsza. Dania może mało sezonowe, ale za to dobre, gdy za oknem burza i nie chce się wychodzić po zakupy: bo IV piętro bez windy, bo wózek ciężki, bo mogłabyś już w tym wieku mieszkać lepiej, no wiesz. Pyszne, sycące na długie godziny przy stole z browarnikiem (kolejna odsłona szalonego szkutnika i budowniczego) lub do koszyka na lunch z budowniczym (patrz szkutnik, piekarz, browarnik). Zresztą zawsze można zamieszkać w stodole.

  
Soczewica z selerem korzeniowym i orzechami

Zaskakująco dobra przekąska, sałatka, danie jak chcecie i kolejna osłona, mam wrażenie pomijanego w naszej kuchni, selera korzeniowego. W oryginale był jeszcze olej z orzechów laskowych pominęłam z braku. Świeża mięta doskonale rośnie na balkonie, tylko odsuńcie doniczkę od innych kwiatów, bo wam się rozejdzie diablica. Podobnie tymianek cytrynowy, mniej podstępny za to konsekwentny.

Składniki na 4 porcje lub 2 solidne dla głodomorów na wsi:
-60g orzechów laskowych
-200g zielonej soczewicy
-700ml wody
-2 liście laurowe
-4 gałązki tymianku cytrynowego lub zwykłego
-jeden solidny seler korzeniowy
-6 łyżek dobrej oliwy
-3 łyżki białego octu balsamico
-4 łyżki siekanej mięty
-sól i pieprz do smaku

Soczewicę ugotowałam w wodzie z solą przez 25-30 minut. Mój L. nie lubi za bardzo al dente, nie może się jednak rozpadać. I weź tu uchwyć ten moment. Selera pokroiłam w centymetrowe plastry, a następnie w takież zapałki długości 3-4 cm. Ugotowałam 12 minut w osolonej wodzie. Zmieszałam w misce składniki. W tym samym czasie prażyłam orzechy w temp.140 st. C przez 15 minut, gorące grubo posiekałam i do miski. Dodałam oliwę, ocet, sól do smaku i pieprzu dużo oraz miętę. I już, i dobry chleb, i jemy!

Soczewica z suszonymi/pieczonymi pomidorami i gorgonzolą

Sałatka wymaga nieco więcej zachodu i zużytych misek. W wersji oryginalnej ćwiartki pomidorów pieczemy 1,5 godziny w niskiej (120-130 st.C) temperaturze z odrobina oliwy, ciemnym balsamico i tymianku. Ja dwa pomidory upiekłam, ale resztę zastąpiłam dobrej jakości suszonymi, które zamarynowałam z tymiankiem, oczywiście cytrynowym i balsamico. Dobre sycące, w sam raz na przerwę w trakcie warzenia piwa. Według L. pieczone pomidory lepiej podkreślają smak sera.

Składniki:
- mała czerwona cebula pokrojona w cienkie plastry
-1 łyżka octu z sherry
-1 łyżka obrej soli morskiej
-250g zielonej soczewicy
-3 łyżki oliwy
-ząbek czosnku posiekany drobniutko
-3 łyżki siekanej natki
-3 łyżki szczypioru
-3 łyżki koperku
-80g gorgonzoli
-pieprz
-10 suszonych pomidorów (20 połówek) lub pieczone 5 pomidorów

Cebulę, ocet i sól włożyłam do miseczki, dobrze pomieszałam i zostawiłam do zamarynowania na czas gotowania soczewicy. Soczewicę ugotowałam jak w poprzednim przepisie. Gdy wystygła pomieszałam z cebulą w zalewie, pomidorami (usunęłam tymianek), czosnkiem, oliwą i zieleniną. Doprawiłam. Podałam przybrane kawałkami sera.


Mejadra czyli soczewica z ryżem i chrupką cebulą

To bliskowschodnia wersja jednego z naszych ulubionych dań gdy nic nie ma w lodówce, a coś trzeba wziąć na drogę: ryżu z fasolą mung. Danie to ma swoją nazwę, ale ja mówię na nie kaczadi.  Kaczadi dostawałam nawet czasem w pudełku do szpitala (jako pacjent). Tu jak widać nazwa równie wyszukana. Przyjemność jedzenia nie mniejsza. Wizualnie nie odpowiada? To zamknijcie oczy, gwarantuję, że przeniesiecie się w błogi czas dziecięcych zabaw na dworzu, kiedy to dzieci mogły latać do woli czyli zmroku bez opieki dorosłych, a głodne wpadały do któregoś z domów na racuchy, bigos czy zabielany barszcz.

Składniki:
-250g zielonej lub czarnej soczewicy
-700g cebuli
-3 łyżki mąki
-250g neutralnego oleju do głębokiego smażenia u mnie ryżowy
-2 łyżeczki ziaren kuminu lub łyżeczka mielonego
-1 czubata łyżka ziaren kolendry
-2 łyżki oliwy
-1/2 łyżeczki kurkumy
-1 czubata łyżeczka tłuczonego ziela angielskiego
-1 czubata łyżeczka cynamonu
-1 łyżeczka cukru
-200g ryżu basmati u mnie brązowy
-350-500 ml wody
-sól i pieprz

Soczewicę gotujemy około 15 minut w lekko osolonej wodzie. Odcedzamy. Cebulę kroimy w plasterki, mieszamy porządnie (brudźmy dłonie panie i panowie) w misce z mąką i łyżeczką soli i partiami smażymy na rozgrzanym (198 st.C i potem redukujemy ogień na czas smażenia, sprawdzamy od czasu do czasu temperaturę i ewentualnie podkręcamy) po 5-7 minut. Wykładamy na talerz lub durszlak wyłożony papierowym ręcznikiem i posypujemy delikatnie solą. Cebula ma być złota i chrupka. Garnek opróżniamy z oleju (olej zlewamy prze sito do puszki i oddajemy do jakiegoś zaprzyjaźnionego warsztatu na opał). Do garnka wrzucamy przyprawy w ziarnkach i chwilę prażymy. Dodajemy oliwę, pozostałe przyprawy, ryż, odrobinę soli, chwilę smażymy, następnie wlewamy  wodę i wrzucamy soczewicę gotujemy około 30-40 minut na malutkim ogniu (biały ryż około kwadransa). Ugotowane mieszamy z połową cebulą. Odstawiamy pod przykryciem na 10 minut. Połową posypujemy wierzch.
Całość podaję z gęstym jogurtem wymieszanym z dużą ilością posiekanej mięty, odrobiną oliwy i soku  z cytryny, ewentualnie drobno posiekanego ogórka.
 

sobota, 6 kwietnia 2013

Trudne powroty i poświąteczne śniadanie

Straciłam serce do blogowania. Mogę zwalać na obowiązki, ale takie czy inne miewałam zawsze. Mogę mówić, że świat blogów już nie taki jak dawniej, ale przecież ja to nie świat. Mogę tłumaczyć się popsuciem czytnika do kart i zgubieniem dwóch kart ze zdjęciami wielu zeszłorocznych potraw, ale wiecie co się mówi o baletnicy. Prawda jest taka, że straciłam serce i już. I tak budzę się rano po kolejnej nieprzespanej nocy i zastanawiam się jak je odzyskać. Zacznę od chleba. Będzie też coś do niego.

Pieczemy go odkąd się poznaliśmy albo po prostu poznaliśmy się przy chlebie. Nie wyobrażamy sobie już, że mogłoby być inaczej. Na większość uroczystości rodzinnych i biurowych idziemy z pachnącym bochenkiem. Co czasem jest wkurzające, bo może chcielibyśmy być wyznaczeni do innych potraw. Chlebem dziękujemy za przysługi jak pożyczona drabina czy lekcja noszenia chusty. Chleb wymieniamy na usługi jak lekcje angielskiego przed ważnym wystąpieniem. Lubimy piec go w cudzych kuchniach. A kupujemy tylko by popróbować i zwykle zgodnie orzekamy: nie tak dobry jak nasz ;-) Chleb przynosił mi on do szpitala, a ja później rozdawałam go innym pacjentkom. Jeśli mam odzyskać stracone serce to muszę zacząć od chleba.

Pain au levain

Klasyk z książki Hamelmana, pieczony na czuja. Zamieszczałam go już przy okazji wszystkich upieczonych chlebów Hamelmana. Wtedy napisałam, że to moje chlebowe Volvo i nadal tak myślę. Niekiedy pieczemy go z dodatkiem szczypty drożdży, czego ja nie uważam za ujmę. Od wielu lat mam swój chleb, mimo napiętego grafiku. Najczęściej wyrabiamy ciasto wieczorem. Ostateczne wyrastanie odbywa się na strychu lub w lodówce. Zamiast budzika nastawiamy piekarnik do nagrzewania. A treść smsa, który dostaje od niego najczęściej to, obok Lubię cię, Odśwież zakwasy.

Zaczyn zakwasowy:
-120g mąki pszennej chlebowej (1 szklanka)
-8g mąki żytniej średniej* (1/8 szklanki czyli 2 łyżki)
-85g wody (6 łyżek)
-28g gęstego pszennego zakwasu (2 łyżki)

Ciasto właściwe:
-731g mąki pszennej chlebowej(5 i 7/8 szklanki)
-37g mąki żytniej średniej* (6 łyżek)
-505g wody (2 szklanki i 6 łyżek)
-17g soli (1 łyżka)
-224g zakwasu (cały minus 2 łyżki)
-ew.1/8-1/16 łyżeczki suchych drożdży.
Wykonanie:
Na około 12 godzin przed wyrabianiem ciasta właściwego mieszamy wszystkie składniki zakwasu na gładką masę. Przykrywamy folią i odstawiamy, aby dojrzał. Jeśli nasz zaczyn musi dojrzewać dłużej, warto spowolnić fermentację dodając soli w ilości odpowiadającej 1,8% wagi mąki.

Po 12 godzinach do miski wrzucamy wszystkie składniki ciasta właściwego oprócz soli i zakwasu. Mieszamy, aż wszystkie składniki się połączą. Przykrywamy folią i odstawiamy do autolizy na 20 do 60 minut.
Pod koniec autolizy posypujemy całość sola i kawałkami zakwasu. Mieszamy przez 1-2 minuty. Ciasto powinno być średnio gęste i elastyczne, a jego temperatura wynosić 24-25 st.C. Odstawiamy do fermentacji na 2 i 1/2 godziny.
W trakcie fermentacji składamy ciasto dwukrotnie w 50-cio minutowych odstępach.
Dzielimy ciasto na dwie równe części, z każdej formujemy bochenek na przykład podłużny. Odkładamy na lniane płótno obsypane mąką do wyrastania lub do przygotowanego koszyka.
Ciasto wyrasta około 2 do 2 i 1/2 godziny lub całą noc w lodówce/na zimnym strychu. Po tym czasie wykładamy na obsypana semolina łopatę. Nacinamy tak jak lubimy.
Pieczemy z parą*** przez 40-45 minut w temperaturze 225-230 st. C.

Chleb i jego odmiany pokazywałam już tutaj i tutaj.


Do chleba tym razem proponuję wam coś ciężkiego jak zima za oknem za to bardzo prostego w przygotowaniu. Rillettes.  W tym roku był to nasz świąteczny pasztet na wynos. Z ostrą w smaku sałatą i konfiturą z czerwonej cebuli stanowi doskonałe wypełnienie pożywnej kanapki dla robotnika. 

Rillettes

Francuska alternatywa dla żmudnego w wykonaniu pasztetu to długo gotowane w tłuszczu kawałki mięsa zapakowane w słoik i tymże tłuszcze zalane. Po kilku dniach w lodówce można rozsmarować je na kanapce albo dodać do ziemniaczanej zapiekanki.W mojej wersji mięso  było długo pieczone w żeliwnym garnku, co sprawia, że całość jest bardzo aromatyczna. Zamiast boczku można użyć gęsiego smalcu, kaczkę zastąpić gęsią lub po prostu wieprzowiną. Można poeksperymentować z przyprawami lub dodatkiem alkoholu jak w tym pasztecie.

-4 kacze udka ze skórą
-1/2 kg tłustego boczku 
-szklanka wody
-3-4 ząbki czosnku
-3 listki laurowe
-6 ziarenek pieprzu
-pół pęczka tymianku
-sól, pieprz mielony, gałka muszkatołowa

Do dużego żeliwnego garnka włożyłam kacze udka, skórę ściągniętą z boczku i boczek pokrojony na kawałki, listki, czosnek, tymianek i pieprz. Zalałam wodę i przykryłam pokrywką. Wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 160 st.C na 4 godziny. Wyłączyłam i pozostawiłam do wystygnięcia. Przygotowałam 3 wyparzone słoiki około 300ml. Mięso, boczek i kaczkę, odsączyłam z tłuszczu i przy pomocy widelca rozdrobniłam na włókienka. Dodałam rozgnieciony czosnek z pieczeni, sól, pieprz i gałkę do smaku. Upakowałam do słoików. Na koniec zalałam odcedzonym tłuszczem z pieczenia. Pasteryzowałam kwadrans w piekarniku nagrzanym do 150 st.C i dla pewności przechowuję w lodówce. Swoimi wątpliwościami na temat wekowania mięsa dzieliłam się z wami przy okazji pasztetu w słoikach.


Konfitura z czerwonej cebuli

-1kg czerwonej cebuli pokrojonej w piórka
-3 ząbki czosnku drobno siekane
-4 łyżki oliwy
-3 listki laurowe
-listki z małego bukietu tymianku
-1 łyżka miodu np.tymiankowego
-1 łyżka cukru
-2 łyżki białego balsamico
-1 łyżka crema di balsamico
-kieliszek Ponche Caballero, można użyć innego alkoholu np.ziołowo-korzennej nalewki.
-woda
-sól i pieprz

Cebulę wrzuciłam do garnka na rozgrzaną oliwę i szkliłam około 10 minut. Dodałam czosnek, listki, tymianek, miód, cukier i alkohol gotowałam dalsze 15 minut. Dodałam wodę około szklanki i gotowałam ponad 30 minut. Na koniec dodałam balsamico i odparowałam. Przełożyłam do słoików. Czas gotowania podałam orientacyjnie, całość ma być mocno skameralizowana i gęsta. Bardzo dobre, nawet On nie powiedział słowa.

 Przepisy są wypadkową różnych znalezisk i własnego sznytu. No i nie wiem co z tym sercem. Robotnik nie ma takich dylematów.




niedziela, 26 sierpnia 2012

Brioszki inaczej

Szykowałam okolicznościowy powitalny post, ale za nic nie mogłam znaleźć ilustrujących go zdjęć. Przepadły. Widać kiepska jestem w wielkich powrotach. Będzie zwyczajnie, ale za to bardzo smacznie. Od dwóch tygodni zrywam się przed szóstą w niedzielę, by uformować przygotowane wcześniej ciasto na brioche. Obkładam je pysznym kremem i owocami lub suszonymi dzień wcześniej pomidorami i pakuje mu jeszcze ciepłe do kosza. On jedzie budować, a ja zakopuję się ponownie pod kołdrą i gładzę po tłustym od lenistwa brzuchu. Z kubkiem herbaty i ciepłą brioszką. Mniam.


Ciasto i pomysły na brioszki pochodzą z książki Ottolenghi (nie obyło się bez zmian), z której smakuje mi dosłownie wszystko. W tej chwili jest to moja ulubiona pozycja, właściwie się z nią nie rozstaje.  No czasami. Mam nadzieję, że przeciwności losu mam już za sobą i wkrótce pokaże wam kilka smakołyków.

Ciasto jest bardzo łatwe w wykonaniu, nie tak maślane jak wersja Hamelmana czy Bertineta, ale delikatne i mało słodkie. Dobre na zwykłe bułeczki, drożdżowy spód pod owoce i do słonych dodatków.

Ciasto

proporcje na 8 małych brioszek lub osiem małych pizz lub jeden spód do ciasta z kruszonką.

-2 łyżki letniej wody
-1i 1/2 łyżeczki świeżych drożdży (3/4 łyżeczki suszonych)
-210 g mocnej mąki chlebowej białej (najwyżej typ 650 z młyna lub mieszanka 1/3 typ 500 i 2/3 typ 750)
-1/2 łyżeczki soli
-20g cukry demerara utłuczonego w moździerzu na puch
-2 średnie jajka dobrej jakości
-75g zimnego masła

Ciasta jest nie za dużo, ale robię je w mikserze (no cóż w końcu straciłam kawałek kończyny i umówmy się z tym masłem to ja nie lubię się babrać). Najpierw do miski wlewam wodę, drożdże i cukier i zostawiam na 10 minut. Dodaje mąkę (w zależności od wielkości jajek i mocy mąki może istnieć potrzeba dosypania łyżki, ale nie więcej, ciasto ma być luźne, potem i tak wędruje do lodówki i wierzcie mi da się formować). Wszystkie składniki oprócz masła mieszamy, prędkość 2. A następnie wyrabiamy około 5 minut przy prędkości 4. Wyrobione ciasto jest lepkie, ale mocne i dość łatwo odstaje się od ścianek miski i dłoni. Dajemy mu odpocząć około 10 minut. Następnie ponownie na 4 wyrabiamy i dodajemy po kawałeczku masła, kolejny kawałek wrzucamy, gdy poprzedni zniknie w cieście. Trwa to około 10 minut. Wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką i zostawiamy na godzinę do fermentacji. Następnie przykrywamy folią i wstawiamy do lodówki na 12-24 godziny.

Brioszki tradycyjne

Ciasto wyjęte z lodówki dzielimy na 8-10 części, formujemy kuleczkę, a następnie wałkując brzegiem dłoni końcówkę cienki wałeczek, który wciśniemy w kulkę, tworząc słynny, nieco erotyczny kształt brioszki. Każdą bułeczkę wkładamy do foremki (na babeczki lub muffiny) wysmarowanej masłem. Zostawiamy pod ścierką do wyrastania na 1-2 godziny. Ciasto powinno podwoić objętość. Pieczemy w temp. 175-180 st.C około 20 minut. Pyszne z masłem i dżemem. I podobno moczone w kawie.
Ciasto z owocami i kruszonką

-1/2 kremu z mascarpone
-1 duża renkloda czerwona, pokrojona w małe plasterki
-150g-200g mieszanych owoców: poziomek, jeżyn, borówek amerykańskich, malin, truskawek
-15 g roztopionego masła
-1/4 porcji kruszonki
-15g płatków migdałowych

Krem: 
-125g mascarpone
-125g śmietany 30%
-1/4 łyżeczki ekstraktu z wanilii
-25g cukru pudru (utłuczony w moździerzu cukier demerara)

Serek rozbijamy trzepaczka. Dodajemy pozostałe składniki i ubijamy, aż powstanie gesty krem. Nadmiar można od razu zjeść z owocami lub napełnić nim kruche babeczki i dopiero na to położyć owoce. Serio jest niezły.

Kruszonka:
-300g mąki
-100g cukru pudru
-200g masła

Mieszamy, aż całość zacznie przypominać okruchy. Przechowujemy w lodówce. 

Przygotowanie ciasta:
Zimne ciasto wałkujemy na grubość 1,5 cm. Kładziemy na obsypaną mąką grubą blachę. Brzegi zawijamy do wewnątrz. Ja wyłożyłam nim 30 cm żeliwną formę do tatin. Na ciasto wykładamy krem, na to fantazyjnie plasterki śliwki, umyte i osuszone owoce jagodowe, smarujemy roztopionym masłem wraz z brzegami. Całość posypujemy obficie kruszonką wymieszaną z płatkami migdałowymi. Pieczemy 25-30 minut w temp. 175 st. 
Ciasto delikatne, mało słodkie. Zniknęło w 40 minut i to głównie za sprawą pewnego czterolatka. A wydawało się, że dzieciom to nie będzie smakować.

Brioszki na słono czyli jakby mini-pizze

-75g sera feta
-24 oliwki Kalamata bez pestek
-listki natki pietruszki do przybrania
-roztrzepane jajko do smarowania
-pomidory suszone w piekarniku
-karmelizowana cebula

Suszone pomidory:
-300g podłużnych pomidorów
-1 łyżka oliwy
-ocet balsamiczny
-sól
-pieprz

Pomidory pokroiłam na cztery wzdłuż. Ułożyłam na posmarowanej oliwą blasze. Posmarowałam je oliwą, pokropiłam octem, posypałam świeżo mielonym pieprzem i morską solą. Piekłam w temp. 120 st. około 1 godziny. Zostawiłam w piekarniku do wystygnięcia. Ponownie nagrzałam piekarnik do 120 st. i wyłączyłam. Z ziemnego wyjęłam pomidory. 

Karmelizowana cebula:
-spora cebula pokrojona na plasteki
-1 łyżka oliwy
-szczypta soli
-szczypta cukru

Rozgrzewamy oliwę na patelni, wrzucamy cebulę i przyprawy i powoli smażymy, aż się skameralizuje. 

Przygotowanie:
Zimne ciasto dzielimy na 8 części. Z każdej formujemy kulkę, którą następnie rozpłaszczamy, na grubość 1,5 cm. Miło przy tym posłuchać świątecznych piosenek. Placki mają średnicą około 10 cm. Układamy na obsypanej mąką blasze i dajemy wyrastać po ścierką 1-2 godziny. Podwoją objętość. 
Wyrośnięte spłaszczamy nieco opuszkami palców, nie chcemy mieć przecież bułek. Smarujemy jajkiem. Obkładamy cebulą, pomidorami, oliwkami i serem. Pieczemy w temp.175 st. przez 20 minut. Przybieramy natką i myślimy, że Bono to ma jednak niesamowity głos, choć głos wygrzebującego się spod kołdry męża jest też niczego sobie.

Jakoś dużo zdrobnień mi się wkradło, wybaczcie. To chyba fizjologiczne aktualnie. A i za pamięci, jeśli jeszcze pamiętacie Kruchy spód możecie polubić go na FB

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Historia pewnej kluski. Szparagi po raz ostatni.

Zachłysnęłam się produkcją domowego makaronu i jak zwykle impulsywnie powzięłam postanowienie: Koniec z kupowaniem klusek! Oczami wyobraźni widziałam się wałkującą żółte, zielone, czerwone, a co! ciasto. W myślach kroiłam twarde i cienkie płaty na tonnarelli, pappardelle, tagliatelle. Spaghetti z Jego zmysłem konstruktorskim było tylko kwestią czasu. Wyobraziłam sobie schnące maltagliati, quadrucci, fettucine. Maleńkie orecchiette i wielkie płaty lasagne. Mlaskałam nad talerzem ciepłych cappellacci, ravioli i tortellini. I wtedy ogarnęło mnie przerażenie. Pot zlał mi plecy. Bo o ile bez bucatini, perciatelli, fusili i conchiglie mogę się obejść. To już życie z dala od penne, rigatoni i ziti wydaje mi się pozbawione blasku. Na szczęście odkryłam garganelli. Odetchnęłam z ulgą.


Potrzebne nam będą: grzebień o rzadkich, długich zębach oraz ołówek.
Ciasto na makaron robimy według z jednego z przepisów: tu i tu.
Wałkujemy na cienkie płaty, które następnie tniemy radełkiem na 4 cm kwadraty. Każdy kwadrat przy pomocy ołówka skręcamy w rurkę na grzebieniu wzdłuż przekątnej kwadratu, tak by powstała prążkowana rurka. Rurki suszymy na patyczkach (chińskich pałeczkach np. w piekarniku). Jest to czynność zabawna, acz kłopotliwa. I wymaga pewnej wprawy. Gotowy makaron gotujemy w osolonej wodzie 5-8 minut. W zależności od stopnia wysuszenia. Garganelli jak wszystkie rurki idealnie nadają się do gęstych kremowo-serowych sosów. W sam raz na pożegnanie sezonu szparagowego.

Sos szparagowo-śmietanowy z szynką
Asparagus Sauce with Ham and Cream

- duży pęczek zielonych szparagów
- sól
-500g makaronu
-150-180g gotowanej, niewędzonej szynki
-2 łyżki masła
-1 szklanka śmietany
-2/3 szklanki świeżo tartego parmezanu

Szparagi myjemy. Odłamujemy twarde końcówki. Wodę w wielkim garze doprowadzamy do wrzenia wraz z łyżką soli. Gotujemy szparagi przez 4-8 minut. Mają być miękkie, ale nie mogą się rozpadać. Odecedzamy. Gdy wystygną kroimy na 4-5cm kawałki. Szynkę kroimy na długie cienkie i wąskie paseczki. Smazymy na maśle, aż będą chrupkie. Dodajemy szparagi smażymy 1-2 minuty. Dodajemy śmietanę, mieszamy przez pół minuty. Dodajemy ser. Mieszamy. Dodajemy ugotowany makaron. Mieszamy podajemy posypane parmezanem. Nie wygląda może zbyt apetycznie jak to śmietana. Jest pyszne.


Prezentowany tu sos też doskonale komponuje się z domowymi rurkami. I poza całą zabawą z grzebieniem jego wykonanie zajmuje nie więcej niż kwadrans czyli 5 minut ;-)

środa, 26 maja 2010

Dzień Mamy. Botwinka. Tarta.

Chętnie noszę długie, kwieciste spódnice. Falbanami zamiatam świat.
Na spacerach zaglądam ludziom w rozświetlone okna. Wyobrażam sobie ich życie.
Zagranicą szaleje w sklepach. I puszczam z torbami co się da.
Każdy ranek zaczynam od kawy, a w sobotę od dwóch. Powoli moczę usta w parującym napoju i zachłannie przeglądam nowy numer tygodnika. Pierwsza.
Drżę ze strachu po ciemku, gdy ktoś za mną idzie. Nerwowo odwracam głowę, wyobrażając sobie Bóg wie co.
Kolekcjonuje powiedzonka i przysłowia. Zapominam ich znaczenie. Używam na chybił trafił, w towarzystwie budząc śmiech.
W wannie siedzę długo. Przed przyjściem gości sprzątam, myk, myk. Samochód lubię z kierowcą.
Mam to po mamie. A ona lubi tarty. Tak jak ja. Wszystkiego najlepszego Mamo.
Moja mama namiętnie karmiła mnie botwinką. Może dlatego długo nie lubiłam maja? Uwielbiała ją tak bardzo, jak ja jej nienawidziłam. Botwinki rzecz jasna. Wypluwałam czerwone zielsko. Gdzie? Niech pozostanie to moją tajemnicą. Już na swoim. Na straganach zielono-różowe pęczki obchodziłam szerokim łukiem. Yyyyy. Aż pewnego razu natrafiłam na przepis Liski na tartę z botwinką. Zaryzykowałam. Musiałam spróbować, nawet za cenę wyplucia niewiadomo gdzie. Tarta okazała się strzałem w dziesiątkę. Teraz wkładam botwinkę do wszelkich liściastych tart. Oto jedna z moich propozycji. Z białym serem, który uwielbiam podobnie jak mama. Przaśna, polska, palce lizać.
Tarta z botwinką i białym serem

Na jedną dużą tartę lub kilka tarteletek.


-pęczek botwinki i solidna garść szpinaku albo sama botwinka
-pół pęczka natki pietruszki
-cebula
-2-3 ząbki czosnku
-2-3 łyżki oliwy
-szczypiorek, bazylia według uznania
-biały pieprz, gałka muszkatołowa, odrobinka chili
-50g sera z zieloną pleśnią
-jajko
-250-350g sera białego
-parmezan

Porcja kruchego ciasta na przykład według takiego przepisu

-200g mąki
-100g zimnego masła
-szczypta soli
-jajko roztrzepane z łyżką, dwoma zimnej wody

Najpierw mąkę mieszamy z solą i masłem, aż całość zacznie przypominać okruchy. Dodajemy jajko i szybko zagniatamy ciasto. Ciastem wylepiam foremki do tarteletek, jakie popadnie, nakłuwam widelcem i wkładam do zamrażarki lub lodówki. W zależności od czasu jakim dysponuję. Mniej czasu zamrażarka, dużo lodówka. Schłodzone ciasto podpiekam przez 15-20 minut w temp. 200 st. C

Botwinkę, szpinak siekam. Cebulę i czosnek drobno kroję. Oliwę rozgrzewam w garnku. Wrzucam cebulę i czosnek. Gdy się zeszkli dodaję botwinkę i szpinak. Mieszam. Gdy cała woda wyparuje, dodaję natkę, zioła, przyprawy, pokruszony ser z pleśnią, żółtko i pianę z białka. Na koniec masę botwinkową mieszam z rozgniecionym widelcem białym serem. Sprawdzam stopień przyprawienia. Studzę.
Nadzienie wykładam na podpieczone spody, przykrywam kawałkiem kruchego ciasta, robię kratkę, układam listki z resztek ciasta, ścieram resztki ciasta na tarce. Robię co mi żywnie podoba. Posypuję wierzch startym parmezanem. Piekę około 40 minut w temperaturze 180-200 st. C

wtorek, 25 maja 2010

Szparagowe mity. Komfort jedzenia. Risotto.

Nie powiem, że objadam się szparagami od lat. Kiepsko kłamię. Długo ich nie znałam. Czasy mojego dzieciństwa to włoszczyzna, kapusta, ziemniak i kalarepa. Potem omijałam szparagi szerokim łukiem. Bo drogie. Bo ponoć trudno wybrać dobre. Bo jestem nieśmiała. Pewnego dnia się przemogłam. Szparagi okazały się łatwe w przygotowaniu. Z łykowatością poradziłam sobie bez trudu. A to odłamując zdrewniałe końce, a to zwinnie manipulując ostrym nożykiem do warzywnych skórek. I tak maj stał się moim szparagowym miesiącem. Lubię szparagi. Chociaż zastanawiam się o co tyle hałasu. Nie są w smaku dużo lepsze od brokuła czy młodego zielonego groszku. Może to ich majowa efemeryczność. Może niespotykana w warzywnym świecie forma. W moich majowych sondażach poparcie dla szparaga rośnie o kilka procentowych punktów.
Poprzednio były szparagi orientalne. Dziś coś z naszego kręgu kulturowego. Danie znane wszystkim zjadaczom szparagów. Proste, łatwe. I jakie przyjemne w jedzeniu. Aksamitne i kremowe. Prawie jak w przedszkolu.

Risotto ze szparagami
inspiracja;-) Marcella Hazan

Proporcje dla czterech głodnych osób

-pęczek zielonych szparagów
-2 łyżki masła
-2 łyżki oliwy
-2 młode cebulki
-6 szklanek bulionu
-1/2 szklanki białego wina
-2 szklanki ryżu krótkoziarnistego do risotto
-4 łyżki świeżo tartego parmezanu
-łyżka soli i szczypta
-świeżo mielony pieprz
-garść posiekanej natki pietruszki

Gotowanie risotto to dla mnie czysta przyjemność. Najpierw przygotowałam szparagi. Odłamałam twarde końcówki, a potem przeczytałam dalej przepis i obrałam twarde końcówki. Zje się. Zagotowałam w płaskim, dużym garnku wodę z łyżką soli. Na wrzątek wrzuciłam szparagi i gotowałam od zawrzenia 3-4 minuty (przepis podaje 5, moim zdaniem za długo). Odcedziłam. Wodę ze szparagów zachowałam. Cebulę drobno posiekałam. Wystudzone szparagi pocięłam na kawałki długości 3 cm. W jednym garnku zmieszałam bulion i wodę ze szparagów i postawiłam na malutkim ogniu. W garnku o grubym dnie rozpuściłam 1 łyżkę masła i oliwę. Wrzuciłam cebulę. Gdy stała się szklista wrzuciłam ostudzone kawałki szparagów, oprócz tych z główkami! Chwilę smażyłam. Wrzuciłam ryż. Mieszałam. Gdy ryż stał się szklisty wlałam wino*. Odparowało. Wlałam 1/2 szklanki płynu z drugiego garnka. Gdy płyn wyparował, wlałam kolejną porcję. I tak do wyczerpania płynu i ugotowania ryżu.** Zestawiłam z ognia. Dodałam pozostałą łyżkę masła, sól, pieprz, główki szparagów, parmezan. Delikatnie pomieszałam i przykryłam na pięć minut***. Podałam posypane natką pietruszki.
Czy risotto można zaliczyć do Dań w 5 minut dla Dominiki? Moim zdaniem tak. Co prawda wymaga dłuższego gotowanie i doglądania, ale pomiędzy jednym dolaniem płynu a kolejnym, można rozejrzeć się po domu za szkrabem psotnicą.

*Oryginalny przepis był bez wina, ale ja lubię i już.

**Marcella ceni risotto lekko al dente. Mój szkutnik nie ceni. Inne książki pokazują bardziej takie ryżowe zupki. Wybór należy do was, choć ziarenka nawet jak miękkie powinny zostać jędrne.

***Guzik prawda, wyjadłam jedną łyżkę wprost z garnka.

A i jeszcze akcja:
akcja

środa, 19 maja 2010

Kolorowy. Tort naleśnikowy.

Ostatnio za oknem buro, chmurzaście, deszcz. Do czerwonej torby w żółto-niebieskie smoki, obok pudełka z lunchem, parasolki i książki, wciskam baleriny. Na krzywiące się na wilgoć stopy wciągam kalosze. Zamiast butelki z wodą wrzucam imbir i cytrynę. Zrobię sobie w pracy rozgrzewającą herbatę. Po drodze chlapie i chlupie. Jutro założę czapkę, myślę motając mocniej szal. W kałużach topią się płatki z drzew, spłoszone jakby spadły nie w porę. W pracy smutne i przestraszone twarze oświetlam sobie lampą zamiast dnia. Wsuwam naleśniki jak różowe okulary. Robię sobie obiadowy tort.

Różowe naleśniki
-200ml mleka
-200g mąki
-2 jajka
-jeden mały młody burak
-4-5 łyżek owdy
-szczypta soli
-szczypta cukru
-2 łyżki oleju

Buraka ścieramy na tarce o najmniejszych oczkach.Wszystkie składniki oprócz oleju miksujemy na gładkie ciasto. Zostawiamy je na 20 minut, aby odpoczęło. Wlewamy olej. Mieszamy. Rozgrzewamy małą patelnię. Smarujemy ją cienką warstewka oleju smażymy pierwszego naleśnika z jednej strony. Do smażenia kolejnych nie natłuszczamy już patelni. Olej w naleśnikowym cieście wystarczy. Smażymy naleśniki, aż do wyczerpania ciasta.

Nadzienie szpinakowe

-600g szpinaku
-pół pęczka małej botwinki
-natka, szczypiorek, bazylia
-cebula
-2-3 ząbki czosnku
-kilka łyżek twarogu
-mały kawałek gorgonzoli lub innego sera z niebiesko-zieloną pleśnią
-przyprawy: cayenne, pieprz biały, sól, gałka muszkatołowa
-2-3 łyżki oliwy
-jajko

Cebulę i czosnek poszatkowałam i zeszkliłam na oliwie. Wrzuciłam umyty i poszatkowany szpinak oraz botwinkę. Dusiłam z kwadrans. Wrzuciłam zioła, doprawiłam. Dodałam sery i żółtko. Na koniec już po zdjęciu z ognia pianę z białka.

Naleśnikowy tort z orzechowym sosem

Naleśniki przekładałam nadzieniem jak tort, posypałam parmezanem i zapiekłam w 180 st. C przez 30 minut. Zapieczone podałam z sosem orzechowym. Zniknęły zanim zrobiłam zdjęcie.

Sos orzechowy
-śmietana
-dwie garście orzechów włoskich
-2 ząbki czosnku
-sól, pieprz, gałka muszkatołowa
-łyżka masła

Orzechy zmieliłam na grubo w melakserze. Czosnek przepuściłam przez praskę. W rondlu roztopiłam masło. Wrzuciłam czosnek i orzechy. Smażyłam, aż zapach wypełnił dom. Wlałam śmietanę, wymieszałam i doprawiłam. Polewałam kawałki naleśnikowego tortu.

niedziela, 28 marca 2010

Buraka strata. Cebula.


Burak stroni od cebuli,
A cebula don się czuli:
"Mój buraku mój czerwony,

Czy byś nie chciał takiej
żony?"
Burak tyko nos zatyka:

"Niech no pani prędzej zmyka,
Ja chce żonę mieć buraczą,
Bo od pani wszyscy płaczą".

Chodzi dziś ze mną opowieść pacjenta. Historia jakich wiele. Kto z nas nie był tu kiedyś bohaterem. Jemu spodobała się dziewczyna. On jej nie. Chciał się umówić. Wykręciła się nauka. Próbował znowu. Miała ważne zaliczenie. Jeszcze raz się odważył. I znowu usłyszał, ze nie, tego dnia. Zadzwoni jak czas będzie miała. On czeka. Traci nadzieje. Wątpi w miłość. Jak mu powiedzieć, ze przyjdzie i na niego pora, ze nie ona jedna. Ze kiedyś będzie się z tego śmiać. Jak mu powiedzieć, ze ten który wychodzi naprzeciw jest wygrany. Traci kto odrzuca. Tak, tak. Spójrzcie tylko na cebule!
A buraka strata.

Karmelizowane nadziewane cebule

Mehshi Basal
Poopa Dweck

-3 duże cebule
-500 g nadzienia
-3 łyzki pasty tamaryndowej (lub tamaryndowca rozprowadzonego w malej iloci wody)
-2 łyżki soku wycinietego z cytryny
-1 łyżeczka soli
-1 łyżeczka cukru

Nadzienie:
-500g mielonej wołowiny (lub kowałek karku wołowego do zmielenia)
- 1/3 szklanki białego, krotko ziarnistego ryżu
-1 łyżeczka mielonego ziela angielskiego
-2 łyżki oleju
-1 łyżeczka cynamonu
-1 łyżeczka soli
-1/4 łyżeczki białego, mielonego pieprzu
-1 cebula drobno pokrojona
-1 szklanka orzeszków piniowych (ja dałam siekanych migdałow)
(-garsc rodzynek)

Ryz zalać woda i moczyć przez 30 minut. Odsaczyc. W misce wymieszać mieso, ryz, cebule, orzechy, rodzynki i przyprawy. Nadmiar mozna zamrozić lub przeznaczyć o nadziania innych warzyw.

Cebule obrac i naciac wzdłuż do polowy. Włozyc cebule do garnka, zalc woda. Doprowadzić do wrzenia, zmniejszyć ogień i gotować przez 20 minut. Wyjąc z wody i poczekać az wystygną. Potem delikatnie rozdzielić poszczególne warstwy. Kazda warstwe nadziewac kulka nadzienia i zwijac. Zwinięte, nadziane cebule ulozyc scisle w garnku, ktory potem mozna wlozyc do piekarnika. W miseczce wymieszać paste z tamaryndowca, sok z cytryny i przyprawy ze szklanka wody. Zalać tym cebule. Garnek postawic na kuchence i doprowadzic do wrzenia. Zmniejszyć ogien i gotować na malym ogniu przez 30 minut. Po tym czasie wlozyc do piekarnika nagrzanego do 170 st. C i zapiekac przez godzine.

Pyszne! Cos mi szwankuje i alt i słownik. Stad braki w polskich znakach. A on w rozjazdach.

środa, 3 marca 2010

Julia Child bez komplikacji. Zapiekane pory.


Nie wiem skąd wzięło się przekonanie, że przepisy Julii Child są pracochłonne i skomplikowane. Co i rusz otwieram jej książkę i trafiam na coś, co w zasadzie nie potrzebuje przepisu. Fakt, Julia Child nawet najprostszy przepis potrafi ciągnąć przez dwie strony. To pewnie dlatego, że w składzie podaje rodzaj garnków, które należy użyć. Lubię podejść na poważnie do prostych, oklepanych dań. Lubię podążać za Julią. Krok po kroku robią co każe. No może czasem zmniejszam ilość słynnego masła. I wiecie co? Ona ma nosa! Nawet zwykle zapiekane pory w jej wydaniu smakują niebiańsko.

Pory zapiekane z serem
Poireaux Gratines au Fromage
DFSK Julia Child

-12 ładnych porów
-3-4 szklanki wody
-6 łyżek masła
-1/2 łyżeczki soli
-2-3 łyżki siekanej natki pietruszki
-duży garnek o grubym dnie z pokrywką
-płaska forma do zapiekania

oraz
-1/2 szklanki chlebowych okruchów i tartego parmezanu (lub samego sera Gruyere lub dowolna mieszanka powyższych trzech)
-3 łyżki roztopionego masła

Pory myjemy dokładnie: po ocięciu górnych, zwichrzonych liści, nacinamy zielone części wzdłuż i długo płuczemy pod bieżącą wodą. Odetnij nadmiar zieleniny, zostawiając około 18 cm łodygi.
Umyte pory układamy w trzech warstwach ciasno w garnku. Ja swoje jednak przecięłam, mój garnek nie jest tak duży. Wlej wodę do 2/3 wysokości garnka. Woda nie musi zakryć całkiem porów. Dodaj sól, a na wierzch połóż masło.
Doprowadź do wrzenia. Przykryj pokrywką, zostawiając część nieprzykrytą, aby para mogła uchodzić na zewnątrz. Gotuj około 30-40 minut. Większość wody powinna w tym czasie wyparować. pory w tym czasie zmiękną, ale nie powinny się rozpaść.
Pory przekładamy do naczynia do zapiekania. Wlewamy pozostały w garnku płyn. Zapiekamy przez 30 minut w piekarniku o temperaturze 165 st. C przykryte folią aluminiową. Wyciągamy.
Tuż przed podaniem nagrzewamy grill. Pory posypujemy serem zmieszanym z okruchami i polewamy rozpuszczonym masłem. Wkładamy pod grill na 2-3 minuty. Nie dłużej!
Posypujemy natką.
Podajemy.

poniedziałek, 19 października 2009

Monsunowe wesele. Na obiad.

Mam słabą pamięć do imion postaci z filmów i książek. Rzadko kiedy zapamiętuje "dobre teksty" i perypetie bohaterów. Pamiętam za to klimat. Czasem drobny szczegół. Kwiat Leona Zawodowca. Tort ze łzami pieczony w Przepiórkach w płatkach róży. Sukienki Ani Shirley i Fridy. Wnętrze budy Reksia. Smakowe farby w Akademii Pana Kleksa. Buty Carrie Bradshaw. Kolory w Monsunowym weselu.

Warzywa po indyjsku
Suth Indian Aviyal
z tej książki

Składniki:
-bulwa yam (długa bulwa w smaku przypomina ziemniaka), obrana i pokrojona na 1,5cm kawałki
-marchewka, pokrojona na 1 cm krążki
-ziemniak pokrojony w kostkę
-burak lub rzepka pokrojone w kostkę
-pół szklanki zielonej fasolki szparagowej lub groszku śnieżnego pokrojone na 2,5 cm kawałki
-cukinia lub dynia piżmowa pokrojone na plasterki
-pół szklanki zielonego groszku, może być mrożony
-2 łyżki oleju
-1/4 szklanki siekanej cebuli
-pół łyżeczki kurkumy i soli
-2 łyżki wody
-małe chili, bez środka, zmiażdżone
-1/4 szklanki niesłodkich wiórków kokosowych lub tartego kokosa
-pół szklanki wody
-liście curry do przybrania

Wykonanie:
Yam, ziemniaka, marchewkę, buraka ugotował na parze. Warzywa powinny być miękkie, ale nie mogą się rozpadać. Pozostałe warzywa gotował krótko. W dyżum garnku rozgrzał olej, smażył cebulę do zeszklenia. Dodał warzywa gotowane w wodzie, chwilę mieszał na ogniu. Dodał sól i kurkumę, kilka łyżek wody. Przykrył i gotował na małym ogniu przez 5 minut. Zdjął pokrywke, dodał warzywa korzeniowe i smazył minutę. Wrzucił chili, kokosa i pozostałą wodę. Przykrył ponownie pokrywką i dusił przez 3o minut. Można dodać odrobinę wody po kwadransie. Podał przybrane liśćmi curry.

Smacznego!

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Fasola po indyjsku. Dahl. Dal. Daal. Dhal.

W zeszłym roku byliśmy w rozłące. On pilnował kuchni z wnęką. Ja pracowałam w stolicy na skałach. Wieczorami prowadziliśmy długie rozmowy. Pisaną wymianę słów. Wrażeń mijającego dnia. Tęsknotę odmienialiśmy przez przypadki. I zawsze padało to pytanie: Co zjesz dziś wieczorem? Dahl. Chcesz? Podam ci przepis. A jak przyjedziesz ugotujemy razem.

Fasola po indyjsku
Toor dahl
-1 szklanka fasoli*
-6 szklanek wody
-1 łyżeczka soli
-po 1/2 łyżeczki: kurkumy, kuminu, sproszkowanych nasion kolendry
-1 zielona papryczka jalapeno (jeszcze mi się nie udało znaleźć w Polsce, używam czerwonego chili średniej wielkości) lub pół zielonej papryki i 1/4 łyżeczki cayenne
-1 łyżka świeżego imbiru drobno posiekanego
-1 łyżka oleju
-1/2 łyżeczki ziaren ciemnej gorczycy
-1 suszona papryczka chili przełamana na pół, wysypane nasionka
-szczypta hing (asafetydy do kupienia np. w Kuchniach Świata)**
- 1 duży pomidor pokrojony w kostkę
-sok z połowy cytryny
-kolendra i podprażone ziarna gorczycy do przybrania
Jeśli przygotowujemy danie z fasoli Toor trzeba ją najpierw namoczyć przez pół godziny w gorącej wodzie, wypłukać. Każdą inną fasolę wrzucamy na gotującą wodę, przykrywamy i gotujemy 10 minut. Przykręcamy ogień i gotujemy dalsze 30 minut. Odkrywamy (w tym miejscu indyjskie mamy odkładają porcję dla dzieci), dodajemy sól i sproszkowane przyprawy, gotujemy jeszcze 10 minut albo i dłużej, fasola powinna być miękka i dać się rozgnieść widelcem. Dodajemy pokrojoną w kostkę paprykę, imbir, gotujemy kilka minut. Teraz na patelni rozgrzewamy olej, wrzucamu gorczyce. Kiedy ziarenka przestaną skakać ;-), szybko wrzucamy suszone chili, hing i dodajemy całość do fasoli. Ponownie przykrywamy, zakręcamy ogień. Zostawiamy na 5 minut. Dodajemy pomidora. Przed podaniem skrapiamy sokiem z cytryny, posypujemy kolendra i gorczyca.
Podajemy z ryżem lub chapati. Albo po prostu z chlebem.
Po takiej kolacji nigdzie już ie wyjeżdżamy!

* w oryginale fasola Toor do kupienia np. w Samirze. Tym razem zrobiłam z mieszanki mung i adzuki.
**gumożywica otrzymywana z korzeni i kłączy zapaliczki cuchnącej ;-)

niedziela, 7 czerwca 2009

W rozjazdach

Gdy wsiadam do pociągu ogarnia mnie błogość. Mija złość, rozdrażnienie. Zapominam o pretensjach, żalach, rozczarowaniach. Bez względu na klasę zwijam się wygodnie w fotelu, otwieram książkę i odwijam z papierka to co mam na drogę. Monotonne "to tak to", "to tak to" daje mi poczucie bezpieczeństwa. Wiecznie niech trwa.

Tarteletki z porem

Kruche ciasto z mąką pszenną razową jak w tym przepisie dzielimy na 6-9 części i wyklejamy nimi foremki do tarteletek lub wysmarowane masłem zagłębienia formy do muffinów. Nakłuwamy wykałaczką. Podpiekamy około 15 minut w piekarników nagrzanym do 190 st. C

Nadzienie:
-Duży por pokrojony na plastry (tylko biała część)
- 40g masła
-100 ml śmietany
-odrobina porto lub sherry
-listek laurowy, tymianek, gałka muszkatałowa
-sól i pieprz
-jajko i żółtko
-ostry żółty ser
Pora dusimy na maśle wraz z winem i przyprawami, aż będzie miękki
W misce miksujemy śmietanę z jajkami i startym serem.
Do każdej tarteletki nakładamy pora i zalewamy masą śmietanową. pieczemy w temp. 160 st C około 30-40 minut.

Udanej podróży!

niedziela, 30 listopada 2008

Tarteletki makowe z pomidorami


Nie pamiętam kiedy zrobiłam pierwszą tartę. Na pewno była ze szpinakiem. Piekłam ją potem do znudzenia: na powitania, pożegnania, przeprosiny i wejście do Unii. Z czasem tarty, tarteletki rozpanoszyły na moim stole. Chętnie wędrują ze mną po domach znajomych. Kruchy spód to bezapelacyjnie mój number one. Z masłem, śmietaną, oliwą, twarożkiem, a nawet smalcem. Nadzienia i formy rozmaite. Potem szybko piekarnik. I... ot choćby południowe plotki z mamą.

Przepis na 12 małych tarteletek
ciasto:
-225g mąki,
-2 łyżki maku,
-100g zimnego masła,
-szczypta soli,
-zimna woda.

Szybko zagnieść zwarte ciasto, wodę dodają na końcu. Uformować kulę i odstawić do lodówki.
Formy do muffinów wysmarować masłem i wylepić cienko zimnym ciastem. Wylepioną formę włożyć na około 20 minut do zamrażalnika (wtedy można zrezygnować z akcji z pergaminem i fasolkami. Dla mnie kłopotliwej. A to się parzę, a to rozrzucam ziarno lub nie daj Boże gotuję zupę ze spalonej fasoli). Rozgrzać piekarnik do 200 st.C. Podpiec tarteletki 15 minut.

Nadzienie:
-24 pomidorki koktajlowe lub 4 duże, soczyste pomidory
-25 g masła
- 2 łyżki mąki
-270 ml mleka
-100g ementalera
-100g twarogu
-łyżeczka parmezanu
-sól, pieprz biały i gałka muszkatołowa
-rozmarynu liści garść

Masło roztopić w garnku, dodać mąką i podsmażyć. Wlewać powoli mleku, mieszając, aż powstanie beszamel. Gotować sos około 10 minut na bardzo małym ogniu. Dodać sól, biały pieprz, gałkę na na końcu sery.
Do każdej tarteletki nałożyć listek rozmarynu, łyżkę nadzienia, kilka cząstek pomidora lub dwa koktajlowe i znowu porcję nadzienia.
Zapiekać 15 min. w temperaturze 200 st. C. Podawać ciepłe przybrane rozmarynem.

przepis za Sarah Banbery: "Tarty i tarteletki", nie obyło się bez modyfikacji.

LinkWithin

Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin