Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia żydowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia żydowska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 listopada 2013

Korzenny tydzień i Lekach do kwadratu.

Dni mijają, tygodnie i ciągle mnie tu nie ma. W takt obrotu kółek spacerówki przez głowę przelatują nowe posty, by zniknąć potem na zawsze pomiędzy karmieniami , a składaniem małych ubranek. Dni wypełnia pierwsze mama. Coraz trudniej znaleźć chwilę by skupić się na tym co dawniej.
Za to kuchnia i owszem, otwarta każdego dnia, zyskała nowego pomocnika. Małe nóżki w kolorowych rajstopkach już od rana kręcą się wokół koszy z warzywami i pojemnika na mąkę. Tych ostatnich na szczęście nie potrafią otwierać. Mój pomocnik  testuje wszystko: jabłka, surowe cebule, obłoconą marchewkę na zmianę z skórkami chleba i pomarańczy (eko). Ja zyskuję czas na krojenie, mieszanie i wkładanie do piekarnika, ten niestety budzi ogromną ciekawość. 
W tym roku wyjątkowo mam ochotę na świąteczne smaki. Własna przyprawa piernikowa bogata w pieprz, ziele angielskie i kardamon już dawno utłuczona. Na strychu dojrzewa ciasto na piernik staropolski i pierniczki, które, co zauważyłam dopiero w tym roku, są tym samym ciastem. A ja popijam kolejne piernikowo-miodowe latte, kroję pomarańczowe skórki do smażenia w syropie i biorę  udział w Korzennym Tygodniu Ptasi.
Wiem, że ciasto jest propozycją banalną i nawet miałam inny pomysł, który pewnie też zrealizuję. Co nie oznacza, że doczeka się posta. Tymczasem ciasta w pudełku czekają, Ptasi obiecałam. Oto moje propozycje na jej Tydzień.
Lekach to żydowskie ciasto na miodzie z przyprawami, które przypomina nasz rodzinny piernik. Nie wymaga podgrzewania składników, ani długiego dojrzewania w chłodzie. Pieczono je na święto Rosh Hashanah czyli żydowski Nowy Rok. oba przepisy zawierają orzechy, ale tradycyjnie żydowskie rodziny pomijały ten składnik piekąc ciasto na święto. Jedzenie orzechów podczas świąt było niezalecane.

Pierwsze ciasto pochodzi z książki Clarissy Hyman, a znalazłam je dawno temu u Liski. Pamiętałam, że jest proste i pysznie miodowe. Można je podjadać przez cały tydzień i bardziej smakowało mi, niż Jemu, ale to u nas dość powszechne zjawisko.I tym razem było podobnie. Za tłuste, usłyszałam na wstępie. Od siebie dodałam sporą garść skórki pomarańczowej smażonej w syropie. I chociaż po latach jestem bardziej wymagająca co do ciast, to nadal je lubię, niech mówi co chce.


Ciasto miodowe od Liski
Moje proporcje na kilogramową keksówkę
-1/2 szklanki cukru
-1/2 szklanki wody
-1/2 szklanki oleju
-1 szklanka i 4 łyżki mąki
-1/2 łyżeczki sody
-1/2 łyżeczki domowej przyprawy do piernika
-1/2 szklanki miodu lipowego
-2 małe jajka
-garść orzechów włoskich podprażonych
-garść paseczków skórki pomarańczowej z syropu

Wszystkie składniki wymieszałam w misce na dość rzadkie, gładkie ciasto. Wlać do posmarowanej olejem i wyłożonej papierem do pieczenia keksówki. Piec godzinę w temperaturze 175-180 st.C. Patyczek włożony w ciasto powinien być czysty. Dobrze wystudzić. Zawinąć w pergamin i folię aluminiową i dać mu odpocząć przynajmniej przez noc. Przechowywać zawinięte.

Drugie ciasto znalazłam w mojej ukochanej Maggie Glazer i to był strzał w dziesiątkę. Ciasto zawiera mniej oleju w stosunku do mąki, a dodatek kandyzowanego imbiru sprawia, że chciałoby się je jeść bez końca.Nawet On nie powiedział nic złego.


Lekach
Old-fashioned 

Proporcje na małą 500-gramową keksówkę
Uwaga: ciasto przygotowuje się na dzień przed pieczeniem.

-280g mąki pszennej chlebowej
-1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
-3 utłuczone w moźdzeżu goździki
-1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
-1/2 łyżeczki sody
-1/2 szklanki jasnego cukru muscavado
-1/4 szklanki oleju
-1/4 szklanki miodu
-50ml mocnej, gorącej kawy
-2 małe jajka
-1/2 szklanki orzechów włoskich
-100g drobno pokrojonego kandyzowanego imbiru

W misce ubijamy cukier, olej, miód i kawę. Dodajemy jajka i mieszamy. Dodajemy suche składniki i na końcu orzechy oraz imbir. Przekładamy do keksówki przygotowanej jak poprzednio. Wkładamy do zamykanej torby foliowej i odstawiamy na 12-24 godziny do lodówki. Następnego dnia pieczemy w 170 st.C przez godzinę. Można w połowie czasu pieczenia obrócić formę o 180 stopni. Studzimy w foremce. Zawijamy jak wyżej i przechowujemy. Autorka mówi, żeby w lodówce, ale to chyba amerykański zwyczaj. Najchętniej wszystko przechowywaliby w lodówce.

A moje poprzednie wypieki Korzenno Tygodniowe można znaleźć tutaj i tutaj. Fotki żałobne, bo jakiś taki klimat dziś.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Moje i jej Jerusalem

Czytam jej bloga od początku. Wiem, że jej post jest już gotowy. Pisała go długo, pieczołowicie wygładzając szczegóły. Zrobiła  piękne zdjęcia. Ja siadam w ostatniej chwili i naprędce sklecam swoje zdania. Zdjęcia mam gotowe, ale umówmy się: nie poświęcam im specjalnie dużo uwagi.

Czytam jej bloga od początku i w co drugim poście znajduję coś, z czym się nie zgadzam. Oj, mam ochotę się z kłócić i przekonywać ją do swoich racji. Szczęśliwie udaje mi się powstrzymać. Wiele rzeczy bierze na poważnie, podczas gdy ja obracam wszystko w (kiepski?) żart. Wiele spraw poddaje głębszej analizie, gdy ja tylko prześlizguję się po powierzchni. Jest odważna, ja podkulam tylko ogon. Inna jest zupełnie niż ja. A jeszcze: lubi sprzątać, nie chcecie widzieć jak wygląda aktualnie mój dom. Nie chce mieszkać tu gdzie ja, nigdy jej tego nie wybaczę. Nie widzi perspektyw tam, gdzie dla mnie jest morze możliwości. Nie lubi makaronu, słyszał ktoś coś takiego. Nie przepada za herbatą, pozostawię bez komentarza. Lubi koty, ja pewnie nigdy się do nich nie przekonam. Drażnią ją opowieści o dziadkach i babciach, a ja tak je uwielbiam. Wymieniać mogę bez końca, bo z pozoru różni nas wszystko. Wyglądem też się różnimy, na moją niestety niekorzyść.

Czytam jej bloga od początku. Ciągnie mnie coś do niej, czy jak? Czasem uda nam  spotkać wirtualnie, rzadziej tak prawdziwie. A wtedy znikają gdzieś  różnice (oprócz tej w wyglądzie). Łapię się na tym, że może, może coś nas łączy. Każda chce być po prostu, choć na swój sposób, szczęśliwa, szuka swojego miejsca. I wiecie co? Nie chcę zapeszać: obie znalazłyśmy. Sól z Maldon też lubimy obie.

A dziś obie zapraszamy na sałatki z książki, która o dziwo podbiła dwa tak różne serca. Każda wybrała, coś dla siebie i dla tej drugiej. Jestem przekonana, że żaden z wyborów się nie pokryje. Polko oto moje sałatki.

Dla ciebie wybrałam sałatkę z młodych liści szpinaku, wydała mi się piękna w swojej prostocie, jak ty. Kulinarnie kojarzysz mi się też z zielonym (designersko z białym, a modowo z żółtym), stąd musiało być z liściem roli głównej. Pomyślałam, że lubisz bakalie i połączenie z młodym szpinakiem może ci się spodobać: zdrowe i pełne energii. Przyznaję, miałam wątpliwości co do kawałków pity, ale zawsze można użyć pełnoziarnistej czy razowej mąki i zrobić wszystko w domu, u mnie były orkiszowe. Postaw na dobre składniki, wiesz najlepiej jakie to ważne. Nie wiem tylko, co ze smażeniem i masłem, ale to było takie dobre. Spróbuj koniecznie!

Sałatka z liści młodego szpinaku z daktylami i migdałami dla Polki

-1łyżka białego octu winnego (u mnie z Sherry)
-1/2 czerwonej cebuli pokrojonej w cienkie pasterki
-100g dobrych daktyli bez pestek, pokrojonych wzdłuż na ćwiartki.
-30g masła
-2 łyżki oliwy
-2 małe pity podarte na kawałki
-75g migdałów grubo pokrojonych
-2 łyżeczki sumaku 
-1/2 łyżeczki płatków chili
-150g młodych liści szpinaku (wzięłam więcej)
-2 łyżki soku z cytryny
-sól do smaku

Cebulę, ocet i daktyle wrzucamy do miseczki. Dodajemy szczyptę soli i dobrze mieszamy dłońmi, dobrze wyciskając. Zostawiamy na 20 minut. Po tym czasie odcedzamy, płyn wylewamy.
Masło i łyżkę oliwy rozgrzewamy na patelni. Smażymy kawałki pieczywa i migdały 4-6 minut, mają być chrupiące, złotobrązowe. Mieszamy z sumakiem, chili i 1/4 łyżeczki soli. Studzimy.
W misce mieszamy liście szpinaku, cebulę z daktylami i smażoną pitę z migdałami. Dodajemy łyżkę oliwy, sok z cytryny i szczyptę soli. Jemy bez zwłoki.

Dla siebie wybrałam sałatkę z kalerepy. Tak po prawdzie skojarzyła mi się też z Polką: zielona, świeża i (wtedy jeszcze) sezonowa, ale na pewno nie wybrałyśmy tej samej sałatki, a ja musiałam mieć kalarepę. Od prawie roku nieustannie jem kalarepę, zaczęło się kiedy trafiłam zeszłej jesieni do szpitala. Na pytanie czy coś ci przynieść: Dwuzłotówki na telewizor i kalarepę, informowałam potencjalnych odwiedzających. Żarłam te kalarepę bez opamiętania, choć wcale nie była to pora i tak mi zostało. O moim kalarepowym hicie tej wiosny będzie kolejny post. A dziś kalarepa z rukwią. Proszę!

Sałatka z kalarepy

-3 średnie kalarepki
-80g greckiego, gęstego jogurtu
-70g gęstej kwaśnej śmietany
-50g gęstej słodkiej śmietany (u mnie po prostu kubek 22% gęstej śmietany)
-1 mały ząbek czosnku, drobno pokrojony
-2 łyżki soku z cytryny
-1 łyżka oliwy
-3 łyżki świeżej mięty, posiekanej
-solidna garść rukwi wodnej
-1/4 łyżeczki sumaku
-sól i biały pieprz 

Kalarepę obieramy i kroimy w kostkę około 2cm. W misce mieszamy jogurt, śmietanę, oliwę, czosnek, przyprawy bez sumaku, sok z cytryny. Mieszamy  z kalarepą, miętą i połową rukwi. Ewentualnie dodajemy soli i pieprzu. Podajemy przybrane pozostałą rukwią i sumakiem.

Oba przepisy pochodzą z książki Ottolenghi i Tamimi Jerusalem

czwartek, 6 czerwca 2013

Medytacje nad miską soczewicy dla M.

A wiesz mi to już chyba nic do szczęścia nie brakuje - wyraziłam w rozmowie z E. mało popularny pogląd. No wiesz, bo to zależy jak ktoś sobie ustawia poprzeczkę - odpowiedziała jak zwykle zanurzona w swoich myślach, po raz kolejny przegapiając chwilę, by cieszyć się moim szczęściem. Długo potem myślałam, o tej poprzeczce. I wiecie co? Doszłam do wniosku, że rzeczywiście, to zależy. To zależy, jak ktoś sobie ustawia poprzeczkę. A najlepiej tym, którzy sobie nie ustawiają. Samemu sobie kłody walić pod nogi, jakież to dziwne? Trzymam z tymi, co cieszą się tym co mają, nie tracąc czasu na to, co im niepisane. Nie zdobywam, nie zgarniam, nie uganiam się. Redukuję. Marnuję swój cenny czas? Los i tak sobie o mnie przypomni. A dania z soczewicy dedykuję M., której los poprzeczkę postawił naprawdę wysoko. Dasz radę, jedz na zdrowie! I medytuj!


Wszystkie dania pochodzą z książek firmowanych przez Ottolenghi (nie nie zapominam o drugim panu, tu puszczam oko do Polki), o których pisały już chyba wszystkie moje ulubione blogerki. Nie będę powielać zachwytów, chociaż może je właśnie warto mnożyć. To  książki doskonałe i póki o nie mogę się zdecydować, która najlepsza. Dania może mało sezonowe, ale za to dobre, gdy za oknem burza i nie chce się wychodzić po zakupy: bo IV piętro bez windy, bo wózek ciężki, bo mogłabyś już w tym wieku mieszkać lepiej, no wiesz. Pyszne, sycące na długie godziny przy stole z browarnikiem (kolejna odsłona szalonego szkutnika i budowniczego) lub do koszyka na lunch z budowniczym (patrz szkutnik, piekarz, browarnik). Zresztą zawsze można zamieszkać w stodole.

  
Soczewica z selerem korzeniowym i orzechami

Zaskakująco dobra przekąska, sałatka, danie jak chcecie i kolejna osłona, mam wrażenie pomijanego w naszej kuchni, selera korzeniowego. W oryginale był jeszcze olej z orzechów laskowych pominęłam z braku. Świeża mięta doskonale rośnie na balkonie, tylko odsuńcie doniczkę od innych kwiatów, bo wam się rozejdzie diablica. Podobnie tymianek cytrynowy, mniej podstępny za to konsekwentny.

Składniki na 4 porcje lub 2 solidne dla głodomorów na wsi:
-60g orzechów laskowych
-200g zielonej soczewicy
-700ml wody
-2 liście laurowe
-4 gałązki tymianku cytrynowego lub zwykłego
-jeden solidny seler korzeniowy
-6 łyżek dobrej oliwy
-3 łyżki białego octu balsamico
-4 łyżki siekanej mięty
-sól i pieprz do smaku

Soczewicę ugotowałam w wodzie z solą przez 25-30 minut. Mój L. nie lubi za bardzo al dente, nie może się jednak rozpadać. I weź tu uchwyć ten moment. Selera pokroiłam w centymetrowe plastry, a następnie w takież zapałki długości 3-4 cm. Ugotowałam 12 minut w osolonej wodzie. Zmieszałam w misce składniki. W tym samym czasie prażyłam orzechy w temp.140 st. C przez 15 minut, gorące grubo posiekałam i do miski. Dodałam oliwę, ocet, sól do smaku i pieprzu dużo oraz miętę. I już, i dobry chleb, i jemy!

Soczewica z suszonymi/pieczonymi pomidorami i gorgonzolą

Sałatka wymaga nieco więcej zachodu i zużytych misek. W wersji oryginalnej ćwiartki pomidorów pieczemy 1,5 godziny w niskiej (120-130 st.C) temperaturze z odrobina oliwy, ciemnym balsamico i tymianku. Ja dwa pomidory upiekłam, ale resztę zastąpiłam dobrej jakości suszonymi, które zamarynowałam z tymiankiem, oczywiście cytrynowym i balsamico. Dobre sycące, w sam raz na przerwę w trakcie warzenia piwa. Według L. pieczone pomidory lepiej podkreślają smak sera.

Składniki:
- mała czerwona cebula pokrojona w cienkie plastry
-1 łyżka octu z sherry
-1 łyżka obrej soli morskiej
-250g zielonej soczewicy
-3 łyżki oliwy
-ząbek czosnku posiekany drobniutko
-3 łyżki siekanej natki
-3 łyżki szczypioru
-3 łyżki koperku
-80g gorgonzoli
-pieprz
-10 suszonych pomidorów (20 połówek) lub pieczone 5 pomidorów

Cebulę, ocet i sól włożyłam do miseczki, dobrze pomieszałam i zostawiłam do zamarynowania na czas gotowania soczewicy. Soczewicę ugotowałam jak w poprzednim przepisie. Gdy wystygła pomieszałam z cebulą w zalewie, pomidorami (usunęłam tymianek), czosnkiem, oliwą i zieleniną. Doprawiłam. Podałam przybrane kawałkami sera.


Mejadra czyli soczewica z ryżem i chrupką cebulą

To bliskowschodnia wersja jednego z naszych ulubionych dań gdy nic nie ma w lodówce, a coś trzeba wziąć na drogę: ryżu z fasolą mung. Danie to ma swoją nazwę, ale ja mówię na nie kaczadi.  Kaczadi dostawałam nawet czasem w pudełku do szpitala (jako pacjent). Tu jak widać nazwa równie wyszukana. Przyjemność jedzenia nie mniejsza. Wizualnie nie odpowiada? To zamknijcie oczy, gwarantuję, że przeniesiecie się w błogi czas dziecięcych zabaw na dworzu, kiedy to dzieci mogły latać do woli czyli zmroku bez opieki dorosłych, a głodne wpadały do któregoś z domów na racuchy, bigos czy zabielany barszcz.

Składniki:
-250g zielonej lub czarnej soczewicy
-700g cebuli
-3 łyżki mąki
-250g neutralnego oleju do głębokiego smażenia u mnie ryżowy
-2 łyżeczki ziaren kuminu lub łyżeczka mielonego
-1 czubata łyżka ziaren kolendry
-2 łyżki oliwy
-1/2 łyżeczki kurkumy
-1 czubata łyżeczka tłuczonego ziela angielskiego
-1 czubata łyżeczka cynamonu
-1 łyżeczka cukru
-200g ryżu basmati u mnie brązowy
-350-500 ml wody
-sól i pieprz

Soczewicę gotujemy około 15 minut w lekko osolonej wodzie. Odcedzamy. Cebulę kroimy w plasterki, mieszamy porządnie (brudźmy dłonie panie i panowie) w misce z mąką i łyżeczką soli i partiami smażymy na rozgrzanym (198 st.C i potem redukujemy ogień na czas smażenia, sprawdzamy od czasu do czasu temperaturę i ewentualnie podkręcamy) po 5-7 minut. Wykładamy na talerz lub durszlak wyłożony papierowym ręcznikiem i posypujemy delikatnie solą. Cebula ma być złota i chrupka. Garnek opróżniamy z oleju (olej zlewamy prze sito do puszki i oddajemy do jakiegoś zaprzyjaźnionego warsztatu na opał). Do garnka wrzucamy przyprawy w ziarnkach i chwilę prażymy. Dodajemy oliwę, pozostałe przyprawy, ryż, odrobinę soli, chwilę smażymy, następnie wlewamy  wodę i wrzucamy soczewicę gotujemy około 30-40 minut na malutkim ogniu (biały ryż około kwadransa). Ugotowane mieszamy z połową cebulą. Odstawiamy pod przykryciem na 10 minut. Połową posypujemy wierzch.
Całość podaję z gęstym jogurtem wymieszanym z dużą ilością posiekanej mięty, odrobiną oliwy i soku  z cytryny, ewentualnie drobno posiekanego ogórka.
 

wtorek, 19 lutego 2013

Obiad z szafki i domowe dolmy.

Tym przepisem miałam się z wami podzielić już nie raz (i nie dwa). Jednak zawsze  coś stawało mi na drodze. A to za szybko zjedzone, a to zdjęcia nieudane, a to ja zabiegana czy innym razem uziemiona (w pozycji leżącej). Choć teraz myślę, że podświadomie chodziło o coś zupełnie innego. Jaki sens ma dzielenie się przepisem, jeśli najważniejszy składnik pochodzi ze sklepu. Kto mnie zna, wie że największą radość mam z robienia rzeczy pozornie nie do zrobienia. Uwielbiam jak ktoś mi mówi A po co skoro można kupić? Z tym większym zapałem robię ketchup, musztardę, tofu...A on? On ma frajdę większą niż ja. Ostatnio po szale miso (przyda się osobny post, ale poczekam, aż dojrzeją kolejne partie) przyszedł czas na piwo. Szkoda tylko, że nie mogę go pić, ale obiecał zrobić mi bezalkoholowe. I jest umowa można je robić tylko w weekend przed dużym sprzątaniem. Tymczasem dziś banalnie prosto. Faszerowane liście winogron, dolmy. To obiad z tego co w szafkach, pod warunkiem, że ktoś ma szafki takie my. Doskonały na dni, kiedy nie w głowie wam maszerowanie po zakupy: bo katar, bo deszcz, bo woła was mały ssak. Zapraszam.

Kiszone liście można kupić w sklepach z turecką albo arabską żywnością, lecz jak już wiecie żaden to dla nas fun. Najlepiej dostać torbę liści od zaprzyjaźnionego działkowicza: mogą to być rodzice koleżanki, a nawet szefowa męża. Tak! Polska, pozornie nieciekawa winorośl sprawdza się znakomicie. Liście zbieramy w pełni wiosny, są dorodne i świeże. Kiszone dobrze się przechowują, ot te z wiosny właśnie teraz doczekały się otwarcia. A po otwarciu można je trzymać jeszcze kilka tygodni w lodówce. Nie musicie zużywać całej porcji. No i uwaga: "A wiesz w tym obiedzie to bym nic już nie zmienił" bezcenna.

Kiszone liście winogron
całkiem miłe źródło tu

-liście 30-40
-sól
-1/2 szklanki soku z cytryny lub pół łyżeczki kwasku cytrynowego
-miska z lodowatą wodą
-czysty słój

Zagotuj gar wody i dopraw ją solą, by smakowała jak morze. Cóż zdecydowałam się na znaną z kiszenia ogórków opcję czyli łyżka soli na litr. Wrzuć weń liście na 30-40 sekund i natychmiast przerzuć je do miski z lodowatą wodą. Wody nie wylewaj. Bierz po kilka liści i zwijaj je jak dywan. Następnie upychaj rulony w słoiku. Zagotuj szklankę wody z kwaskiem cytrynowym i zalej liści, dopełnij słoną wodą. Pasteryzuj około 15 minut w garnku z wrzątkiem.

Faszerowane liście winogron
inspiracje tu i tu
Nadzienie z pomidorem:
- szklanka krótkoziarnistego ryżu
-1 i 1/2 łyżeczki soli
-1 cebula, drobno pokrojona
-pęczek natki pietruszki
-6 siekanych ząbków czosnku
-1/2 szklanki oliwy
-duża szczypta tłuczonego ziela angielskiego
-duża szczypta cynamonu
-2 pomidory z puszki lub słoika
-garść rozynek
-garść orzeszków pini lub grubo siekanych migdałów
-szczypta cukru
-sok z cytryny
-pieprz do smaku

W garnku zagotować 3/4 szklanki wody, wrzucić ryż i gotować pod przykryciem 10 minut. Dodać pozostałe składniki i szklankę wody, gotować na bardzo małym ogniu ciągle mieszając, aż ryż wchłonie całą wodę.

Wersja mięsna była przy okazji nadziewanych cebul, które można też zrobić na wegetariańsko. Ponadto nadziewałam już w ten sposób ziemniaki, cukinie, papryki.


Rozkładamy liść na desce, żyłkami do nas. Kładziemy łyżeczkę nadzienia. Składany do środka górę i dół liścia, a następnie zwijmy jak naleśnik. Układamy w dość płytkim garnku garnku. Gdy dolmy wypełnią dno dolewamy szklankę wody i kilka łyżek oliwy i gotujemy na wolnym ogniu 10-15 minut. Można dodać kilka suszonych moreli, resztę pomidorów z puszki lub pastę z tamaryndowca. Smacznego!

środa, 27 lipca 2011

Letnie pasty kanapkowe: strączkowe.

Ostatnimi czasy mój pan i Szkutnik nie jada mięsa. I nabiału też! Mąki białej i ryżu. Cukier omija szerokim łukiem, jajom patrzy wnikliwie na numery. Prycha jak koń na herbatę, o kawie nie wspomnę. I męczy mnie. Kaszą. Jaglaną o piątej trzydzieści. Ostatnimi czasy mojemu panu robię pasty kanapkowe ze strączków. I nie narzekam. Są pyszne, choć czasem skubnę po kryjomu koziego sera. Zanim, więc zniknę na kilka tygodni pochłonięta kolejną drewnianą przygodą przedstawiam Wam wybór strączkowych past. Na zakwasową kromkę, do domowego chapati lub po prostu do wyjadania łyżką. W misce czy przenośnym pudełku, w domu czy pod gołym niebem smakują wyśmienicie.

A przygoda ze strączkowymi pastami (uważam, że moje życie to pasmo przygód) zaczęła się oczywiście od hummusu. Pamiętam jak pierwszy raz poczęstowała mnie nim dobra Macocha (lubię to słowo co ja poradzę). Po cichu podjadałam łyżkami aksamitną pastę prosto z pudełka, win zwalając na szopa pracza. Sprawcę wszelkiego zniknięcia na amerykańskich kempingach. Wiele lat nie dawała mi spokoju tajemnicza przyprawa, która niczym nie dawała się zastąpić. A moim zdaniem była kwintesencją hummusu. Swój pierwszy kumin znalazłam w Lidlu, we Francji. Oczywiście był też w innych sklepach, ale wtedy we Francji tylko na Lidla było mnie stać. Jechał w plecaku wraz kuskusem przez pół Europy. Używałam go z umiarem i dużą dozą skąpstwa, aż zwietrzał straszliwie. Wreszcie mogłam robić hummus i falafele, i tabbouleh.

Mój hummus miał obowiązkowo czosnek. Robiłam go bez przepisu. Cieciorka, oliwa, sok z cytryny, czosnek, kumin. Zamiast tahini mieliłam sezam mikserem. Proporcje? Miał być po prostu dobry. Tak jest z innymi moimi pastami fasolowymi, dodaje, zamieszam, doczynię jak mówi matka i już. Ma być dobre.

Jeden przepis na hummus podawałam już tutaj, autorstwa pani Dweck, jak wszystko z jej książki bardzo cytrynowy. A poniżej hummus Basi, rewelacja.

Hummus z sumakiem

-2 szklanki suszonek ciecierzycy
-2 łyżeczki sody oczyszczonej
-1 szklanki tahini
-1 łyżka soku z cytryny
-sól
-najlepsza oliwa
-garstka piniowych orzeszków
- łyżeczka sumaku

Ciecierzyce zalać zimną woda (około 1 litr), dodać 1 łyżeczkę sody i zostawić na noc. Po 12 godzinach zlać wodę, wrzucić do garnka, zalać wodą (około litr), dodać 1 łyżeczkę sody i gotować na bardzo małym ogniu przez 2 godziny (czasem godzina wystarczy). Gdy ciecierzyca będzie ugotowana (ma się rozpadać), zlać wodę do innego naczynia, nie wylewać. Ciecierzyce zmiksować z tahini na maksymalnie gładką pastę, jeśli masa będzie zbyt gęsta dolać odrobinę wcześniej odlanego płynu z gotowania ciecierzycy. Posolić, dodać sok z cytryny. Hummus rozsmarować na talerzyku tak by przykrywał jego brzegi i lekko ponad nie wystawał (no cóż nie udało się), polać oliwą, posypać orzeszkami piniowymi i sumakiem.

Inspiracją do kolejnej pasty była ta włoska sałatka, która jest moim zdaniem bezbłędna. Robimy ją bardzo często. Pasta okazała się rewelacyjna, zwłaszcza, że można ją zrobić z tego co w szafce. Gdybym wpadła na nią podczas mojego miesiąca bez zakupów...ho ho.

Pasta z białej fasoli i wędzonych szprotek

-szklanka ugotowanej fasoli cannellini lub mały jaś lub fasola z puszki
-10 wędzonych szprotek lub mała puszka tych rybek
-mała cebula drobno pokrojona
-garść kaparów i dla ozdoby
-sól, pieprz, oliwa

Fasolę, szprotki i cebulę miksujemy na gładko, mieszamy z kaparami, najlepsze drobne. Doprawiamy solą, pieprzem i oliwą. Po wierzchu posypujemy kaparami.

Pasta z bobu i cząbru

-2 szklanki ugotowanego bobu, obranego z łupek
-sok z cytryny
-2 ząbki czosnku upieczone lub ugotowane np. razem z bobem
-ugotowana lub upieczona cebula, jw.
-garść świeżego cząbru
-garść świeżej natki pietruszki
-oliwa z oliwek
-sól i pieprz

Wszystkie składniki miksujemy na gładką masę. Doprawiamy. Jemy z ciepłymi orkiszowymi chapati jak tutaj.
Pasta z czerwonej fasoli z prażonymi rodzynkami
inspirowana wizytą tutaj, oryginału nie chcieli mi zdradzić

- 1 szklanka czerwonej fasoli, namoczonej i ugotowanej do miękkości
-1/2 szklanki rodzynek
-2 łyżki orzechów włoskich
-1 łyżka czerwonej słodkiej papryki
- 1 łyżeczka wędzonej ostrej papryki
- oliwa, kumin, sól, cukier do smaku

Rodzynki i orzechy uprażyć na suchej patelni. Rodzynki powinny ładnie napęcznieć. Wszystkie składniki zmiksować na gładką pastę. Doprawić do smaku. Ewentualnie można zostawić kilka rodzynek i dodać je w całości lub przekrojone na pół.

Pasta z zielonego groszku z miętą

-1/2 kg zielonego groszku ugotowanego z solą
-mały pęczek mięty
-garść natki pietruszki
-oliwa
-łyżeczka soku z cytryny
-sól, pieprz


Wszystkie składniki zmiksować na średnio gładką masę. Można nadziać małe pierożki typu ravioli. U mnie ciasto z 1/2 szklanki semoliny, 1/2 szklanki przesianej mąki pszennej razowej i 2 jajek.
Miłych wakacji, przygód, pracy i czego tam jeszcze chcecie. Zakładam rękawice chroniące przed drzazgami, do zobaczenia.

czwartek, 10 lutego 2011

Sambusek, bliskowschodnie pierogi i pytanie do Was.

Pamiętam zagorzały spór z pewną Litwinką o eskimoskich rysach na temat pochodzenia pierogów. Oczywiście ja i siostra byłyśmy zdania, że są polskie. A ona, że litewskie. Co nie przeszkodziło jej spałaszować porcji z dokładką polskich-amerykańskich-ruskich pierogów. Tymczasem skłonność do nadziewania ciasta wytrawnym farszem odszukać można w wielu kulturach. Włosi mają swoje ravioli, tortellini i cappellaci. Chińczycy dim sumy. Pelmeni, boraki i vereniki królują u naszych wschodnich sąsiadów. Czym jak nie pierogiem nazwać cornish pastie i hiszpańskie empanadas? Swoje pierogi mają Skandynawowie i mieszkańcy obu Ameryk. A Ja dziś zapraszam na bliskowschodnie o pięknej nazwie sambusek. Oczywiście według autorki nikt tak nie nadziewa farszem ciasta jak bliskowschodnie kobiety. Z pewnością nie zna pań z mojej rodziny.

Sambusek
Pierogi pieczone z serem
M.Glezer

ciasto:

-250g mąki
-4g soli
-85g lodowatej wody
-1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
-115g masła
-2 łyżki (27g) oleju

Sól rozpuszczamy w wodzie. Mąkę mieszamy z proszkiem, dodajemy do nich masło i rozcieramy, aż całość zacznie przypominać okruchy. Wlewamy wodę i olei i zagniatamy ciasto. Ciasto jest miękkie i lepkie. Przykrywamy je folią i pozwalamy mu odpocząć czas jakiś. jeśli jest zbyt ciepło wstawiamy do lodówki.

nadzienie serowe
-120 sera twarogowe przepuszczonego przez praske
-1 jajko
-1 łyżka mąki
-sól
-garść posiekanych natki, szczypioru i mięty
-sezam do posypania
-ew, jajko do posmarowania

Wszystkie składniki nadzienia mieszamy na gładką pastę. Ciasto rozwałkowujemy na grubość 3-4 mm i wycinamy z niego 8-10 cm kółka. Na środku każdego układamy łyżeczkę nadzienia i zlepiamy pieroga. Ponoć falbanka jest w tym wypadku nieodzowna, w książce jest nawet stosowna instrukcja ale jej oszczędzę mieszkańcom ojczyzny pierogów. Pierogi układamy na blasze, smarujemy jajkiem i posypujemy sezamem, nakłuwamy widelcem. Pieczemy w temperaturze 200 stopni przez 20-25 minut. Jemy na ciepło lub zimno. Można je też zamrozić, czego nie lubię, ale czasem jestem zmuszona.

A teraz niech mi ktoś powiem, czemu owe pierogi pękają i wypływa z nich nadzienie?

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Rugelach z daktylami, żydowskie rogaliki świąteczne.

To smutne, że żydowskich specjałów trudno dziś szukać w polskich cukierniach i kawiarenkach. Napisała o tym niedawno Monika i mam podobne odczucia. Szkoda mi, że moje wyobrażenia o kulturze Żydów polskich pochodzą tylko z książek Singera i spacerów po zniszczonym krakowskim Kazimierzu. Żałuję, że bajgle i bialys kojarzą mi się z Nowym Jorkiem, a nie naszym Podlasiem. Smutno mi, że gdy myślę o grudniowych świętach przed oczami mam tylko Boże Narodzenie, podczas gdy przed wojną trzy miliony mieszkańców mojego państwa obchodziło Chanuka.

Może na przekór historii upiekłam na te święta rugelach. Małe rogaliki z orzechowo-cynamonowym nadzieniem. Tradycyjnie z tłustego serowego ciasta posypywane są cukrem. Ja swoje upiekłam prawie bez cukru. A zamiast często mieszanych z orzechami rodzynek użyłam daktyli, jako że obok mnie często oblizuje się jeden daktylojad. Ciasto można upiec ze zwykłym białym serem lub po amerykańsku z serkiem śmietankowym typu Philadelphia. Piekłam obie wersje i niestety muszę przyznać rację Amerykanom, co prawda ja użyłam serka Piątnicy, który w ilościach dużych przywędrował do mnie ze świątecznymi życzeniami. Bardzo dziękuję, choć pozostanę wierna tylko jednemu produktowi Piątnicy, a na inne spuszczę zasłonę milczenia (dodatki!). Ciasto jest bardzo tłuste i plastik fantastic amerykański patent z wałkowaniem pomiędzy warstwami folii jest tu niezawodny. Inaczej trzeba by dosypać garście mąki, a wtedy ciasto nie jest już tym ciastem. Można upiec z orzechami pecan i syropem klonowym z dodatkiem czekolady. Ale wierzcie mi daktylowo-orzechowy środek jest bezbłędny.


Rugelach
Cook's Illustrated i ja
Ciasto:
-350g mąki (2 i 1/2 szklanki)
-1 i 1/2 łyżki cukru
-szczypta soli
-225g masła
-225g sera białego mielonego na gładko lub śmietankowego u mnie Piątnica. ( czuję się zobowiązana)
-2 łyżki kwaśnej śmietany

Do posypania:
-cukier puder
-cynamon

Z podanych składników zagniatamy tłuste, lepkie ciasto. Dzielimy je na 6-10 części. Z każdej lepimy kulę, którą rozpłaszczamy i rozwałkowujemy pomiędzy dwoma warstwami folii spożywczej. Przycinamy nożyczkami do wymiarów koła. Wymaga to pewnej wprawy folia się marszczy zawija, ale można to wyprawować. Ja podzieliłam na 10 części i wałkowałam koła wielkości talerza o średnicy 21 cm. Ofoliowane koła wkładamy do lodówki jeśli pieczemy tego samego dnia lub do zamrażarki, nawet na tydzień. Przed pieczeniem wyciągamy po jednym, zdejmujemy folię i rozkładamy warstwę nadzienia, u mnie dwie solidne łyżki. Rozprowadzamy równo. Tniemy na 12-16 trójkątów. Każdy zwijamy delikatnie w rogalik. Jeśli zmrożone ciasto się łamie czekamy minutę, dwie. Nie za długo zbyt ciepłe lepi się. Pieczemy na blasze w temp. 195 st. C przez 21-23 minuty. Posypujemy cukrem zmieszanym z cynamonem.


Nadzienie:
-2 szklanki daktyli bez pestek
-2 szklanki i 4 łyżki orzechów włoskich
-1 łyżka mielonego cynamonu

Im lepsze daktyle tym smaczniejsze ciastka. Daktyle siekamy drobno. Połowę wrzucamy do garnka i gotujemy z dodatkiem wody na jednolitą masę. Wody należy użyć w zależności od rodzaju daktyli. Dodajemy do masy cynamon. Orzechy siekamy drobno. Mieszamy ciepłą masę z pozostałymi daktylami i orzechami. Studzimy.


A to było jeszcze w ramach ;-)

piątek, 14 stycznia 2011

Pigwa kandyzowana na dwa sposoby.


Stare koreańskie przysłowie przysłowie mówi Sagwa mangsinum mogwaga sikinda co w wolnym tłumaczeniu znaczy: Pigwa przynosi wstyd jabłku. Zupełnie się z tym nie zgadzam.
Czy wiecie, że zawiera dużo pektyn i dodatek pigwy do przetworów sprzyja ich żelowaniu?
Czy wiecie, że słowo marmolada pochodzi właśnie od pigwy zwanej po portugalsku marmelo?
Czy wiecie, że wyciąg z tych kwaśnych owoców używany był w Rosji do leczenia niedokrwistości?
Czy wiecie, że pigwa pachnie jak najpiękniejsze perfumy na świecie?
Czy wiecie, że jeszcze można spotkać tegoroczne pigwy na straganach? Kupiłam dwie.
Spójrzcie na nią jest piękna.


Pigwy kandyzowane po syryjsku z pistacjami
Membrillo
P.Dweck

-1kg owoców pigwy ( waga po obrania i usunięciu gniazd nasiennych)
-1 łyżeczka kwasku cytrynowego i szklanka wody
-1 szklanka wody plus 1/2 szklanki
-1/2 szklanki cukru
-2 goździki
-1 łyżeczka soku z cytryny
-4 łyżki pistacji

Pigwy pokroiłam na 2cm kostki i wrzuciłam do szklanki wody z kwaskiem, aby nie ściemniały. Pistacje niesolone pokroiłam ( solone należy namoczyć we wrzątku i obrać z cieniutkich skórek, jak migdały). Odsączyłam pigwy, wrzuciłam do garnka. Wlałam pół szklanki wody, Gotowałam pod przykryciem na średnim ogniu przez 15 minut. Dodałam cukier, u mnie brązowy trzcinowy, goździki i sok z cytryny. Gotowałam 45 minut, aż otrzymałam gęstą masę. Dodałam pistacje, wymieszałam. Całość rozprowadziłam w wyłożonej pergaminem formie i odstawiłam na 5 dni. Pokroiłam i włożyłam do słoja. Ze słoja wyjadałam, aż zniknęły.


Pigwy kandyzowane po koreańsku
Mogwa Chonggwa
S. Hepinstall

-1/2kg pigwy
-1 szklanka miodu
-1 łyżka syropu kukurydzianego
-1 łyżka cynamonu

Pigwy obieramy, usuwamy gniazda nasienne i kroimy na cienkie jak papier plasterki, które następne gotujemy na parze przez 30 minut. W tym czasie pozostałe składniki wrzucamy do rondla i dodajemy 2 łyżki wody, gotujemy przez 15 minut, aż zgęstnieje. W szerokim słoju układamy w fantazyjny wzór warstwy pigwy, każdą zalewamy łyżką syropu. Słój zakręcamy i trzymamy w lodówce przez kilka miesięcy. Używamy jako dodatek do deserów i herbaty.


niedziela, 28 marca 2010

Buraka strata. Cebula.


Burak stroni od cebuli,
A cebula don się czuli:
"Mój buraku mój czerwony,

Czy byś nie chciał takiej
żony?"
Burak tyko nos zatyka:

"Niech no pani prędzej zmyka,
Ja chce żonę mieć buraczą,
Bo od pani wszyscy płaczą".

Chodzi dziś ze mną opowieść pacjenta. Historia jakich wiele. Kto z nas nie był tu kiedyś bohaterem. Jemu spodobała się dziewczyna. On jej nie. Chciał się umówić. Wykręciła się nauka. Próbował znowu. Miała ważne zaliczenie. Jeszcze raz się odważył. I znowu usłyszał, ze nie, tego dnia. Zadzwoni jak czas będzie miała. On czeka. Traci nadzieje. Wątpi w miłość. Jak mu powiedzieć, ze przyjdzie i na niego pora, ze nie ona jedna. Ze kiedyś będzie się z tego śmiać. Jak mu powiedzieć, ze ten który wychodzi naprzeciw jest wygrany. Traci kto odrzuca. Tak, tak. Spójrzcie tylko na cebule!
A buraka strata.

Karmelizowane nadziewane cebule

Mehshi Basal
Poopa Dweck

-3 duże cebule
-500 g nadzienia
-3 łyzki pasty tamaryndowej (lub tamaryndowca rozprowadzonego w malej iloci wody)
-2 łyżki soku wycinietego z cytryny
-1 łyżeczka soli
-1 łyżeczka cukru

Nadzienie:
-500g mielonej wołowiny (lub kowałek karku wołowego do zmielenia)
- 1/3 szklanki białego, krotko ziarnistego ryżu
-1 łyżeczka mielonego ziela angielskiego
-2 łyżki oleju
-1 łyżeczka cynamonu
-1 łyżeczka soli
-1/4 łyżeczki białego, mielonego pieprzu
-1 cebula drobno pokrojona
-1 szklanka orzeszków piniowych (ja dałam siekanych migdałow)
(-garsc rodzynek)

Ryz zalać woda i moczyć przez 30 minut. Odsaczyc. W misce wymieszać mieso, ryz, cebule, orzechy, rodzynki i przyprawy. Nadmiar mozna zamrozić lub przeznaczyć o nadziania innych warzyw.

Cebule obrac i naciac wzdłuż do polowy. Włozyc cebule do garnka, zalc woda. Doprowadzić do wrzenia, zmniejszyć ogień i gotować przez 20 minut. Wyjąc z wody i poczekać az wystygną. Potem delikatnie rozdzielić poszczególne warstwy. Kazda warstwe nadziewac kulka nadzienia i zwijac. Zwinięte, nadziane cebule ulozyc scisle w garnku, ktory potem mozna wlozyc do piekarnika. W miseczce wymieszać paste z tamaryndowca, sok z cytryny i przyprawy ze szklanka wody. Zalać tym cebule. Garnek postawic na kuchence i doprowadzic do wrzenia. Zmniejszyć ogien i gotować na malym ogniu przez 30 minut. Po tym czasie wlozyc do piekarnika nagrzanego do 170 st. C i zapiekac przez godzine.

Pyszne! Cos mi szwankuje i alt i słownik. Stad braki w polskich znakach. A on w rozjazdach.

środa, 2 grudnia 2009

Aromaty Aleppo. Soczewica i bulgur. Zupa

Zmęczona pracą wpadłam do sklepu w dawnej księgarni. Przede mną starsza pani podawała ekspedientce plastikowy pojemniczek. Ta bez szemrania nabrała jakiejś smakowitej pasty w p nadstawione przez pomarszczoną dłoń pudełeczko. Uśmiechnęła się promiennie. Obok brodaty pan żywo opowiadał coś przez telefon swojemu arabskiemu koledze. Wokół pachniało przyprawami. W kącie stały worki z ryżem i innymi ziarnami. Kupiłam czerwonego pieprzu tyle co do słoika, czerwonej soczewicy i pobiegłam do domu na zupę.

Szybka, prosta, bardzo sycąca zupa z soczewicy i bulguru robi się sama. Ja w tym czasie mogę zaczytywać się w historiach z książki "Aromas of Aleppo", o której było już poprzednio. Dużo tu cytryny, tamaryndu, bulguru i czerwonego pieprzu. I jak zawsze fascynujęce i tajemnicze nazwy potraw. Jeszcze z niej ugotuję.
Kolkeh
Zupa z bulguru i soczewicy

Proporcje na 5 solidnych porcji:
-szklanka drobnego bulguru
-szklanka czerwonej soczewicy
-zielona papryka drobno pokrojona
-dwie całe cebule
- 1 łyżeczka soli
- 1/2 łyżeczki czerwonego pieprzu, zmiażdżonego
-1 łyżka oliwy
-1 cebula drobno posiekana

Bulgur myjemy w zimnej wodzie i odsączamy. Do garnka wrzucamy soczewicę, całe cebule, bulgur i paprykę. Gotujemy na dużym ogniu. Gdy zawrze zmniejszamy ogień i gotujemy przez 45 minut bez przykrycia od czasu do czasu mieszając. Doprawiamy solą i pieprzem. Siekaną cebulę mocno przeysmażamy na oliwie i posypujemy nią gotową zupę.
Smacznego!

poniedziałek, 30 listopada 2009

Prezenty. Hummus z Aleppo.


Lubiła dostawać prezenty. Najbardziej sam moment dostawania. Długo gładziła dłonią zapakowaną paczuszkę, wyrównywała wstążeczkę. Przez kolorową bibułkę próbowała odganąć zawartość. Przyglądała się. Zastanawiała. Potem powoli odwiązywała kokardkę. Chwilę męczyłą się nad supełkiem. Kawałek po kawałku odwijała ozdobny papier. Wpatrywała się w zawartość. Uśmiechała. I już czuła tę nutkę zawodu. Końca niespodzianki. Aby przedłużyć te chwilę odkładała prezent na bok. Do szafy, na półkę. Może o nim zapomni. Za tydzień, za dwa, da sobie go jeszcze raz.
Z prezentu imieninowego od Niego postanowiłam skorzystać od razu. Zwłaszcza, że warząca ponad dwa kilogramy książka dała nam się we znaki w podróży. Przy każdej lotniskowej bramce musieliśmy tłumaczyć, że to nie laptop. "Aromas of Aleppo" Poopy Dweck to zbiór tradycyjnych przepisów syryjskich Żydów. Dużo tu arabskich wpływów, pięknych zdjęć i bajecznych opowieści. Jedyne co zniechęca to zdjęcia autorki w śnieżnobiałych koszulach z falbankami i złotymi bransoletkami próbującej przekonać, że sama gotuje. Wygląda jak blond wersja Charlotte York szykujęcej swój pierwszy Shabbat. We mnie wzbudza uśmiech niedowierzania. A scenę, gdy Charlotte zwija challah bardzo lubię.
Na początek syryjska wersja Hummusu- cieciorkowej pasty z tahini, tu mocno cytrynowa, jak zawsze pyszna.

Hummus
Składniki:
-3/4 szklanki suchej cieciorki lub 400 g cieciorki z puszki
- 4 ząbki czosnku
-3 łyżki sezamowej pasty tahini
- 1 łyżeczka mielonego kuminu
- 1 łyżeczka soli
- 1/3 szklanki świeżo wyciśniętego soku z cytryny
- 3 łyżki oliwy
- 1/2 łyżeczki czerwonego pieprzu, utłuczonego w moździeżu

Suchą cieciorkę namaczamy na noc w 3 szklankach zimnej wody, odcedzamy, przekładamy do garnka, zalewamy 3-4 szklankami wody i gotujemy do miękkości, przez około 2 godziny. Odcedzamy zachowując odrobinę wody z gotowania.
Cieciorkę gotowaną lub z puszki wrzucamy do miksera, dodajemy tahini, oliwę, przepuszczony przez praskę czosnek i przyprawy. Miksujemy na gładką masę. Autorka przepisu radzi, by usunąć skórki z cieciorowych ziaren. Sciskając po kilka zierenek w dłoniach, wycisnać je ze skórek. W ten sposób hummus będzie bardziej kremowy.
Można przechowywać do kilku dni w lodówce.

wtorek, 25 sierpnia 2009

Taki oto. Churek. Koniec lata.


Dla mnie lato to lipiec i sierpień. Wraz z końcem wakacji czuję nadchodzącą jesień. Rano jadąc na rowerze do pracy przenika mnie chłód. Wyjęłam z szafy żółty sweter. Asfalt z dnia na dzień pokrywają żółte liście. Wieczorne spacery odbywamy po zmroku. Jeszcze zielono. W południe nadal upalnie, ale jesień nadchodzi. Cieszę się na długie wieczory z książką pod kocem. Rozgrzewające herbaty. Całe dnie w domu i chleby na zakwasie. Narazie każką wolną chwilę spędzam na moim pomarańczowym jednośladzie. Letnie chleby piekę na drożdżach. Pakuję do sakwy kanapki i jadę.

Oto churek. Chleb szabasowy z greckiej wyspy Rodos. Najlepszy z tegorocznym dżemem albo świeżym twarogiem. Dzięki dość długiej fermentacji nie czuć drożdży, ma leciutko kwaskowaty smak, całkiem grubą i chrupką skórę i długo pozostaje świeży. Do jego upieczenia nie potrzeba kamienia. A forma nie jest tak skomplikowana jak innych chałek.


Churek
wersja na drożdżach
przepis z tej książki

Czas: 5 i 1/2 godziny

Składniki:
Proporcje na jeden bochenek około 850g
-3,5 g (1 łyżeczka) suszonych drożdży lub 9 g świeżych
- 500g mąki pszennej chlebowej
-253 g ciepłej wody
-2 duże jajka i ew. 1 do posmarowania
-10g soli ( dla mnie to trochę za dużo, proponuję 7g)
-45 g oleju roślinnego
-ziarno sezamu do posypania

Wykonanie:
W misce mieszamy 150g mąki, drożdże i wodę. Jeśli używamy świeżych najpierw rozprowadzamy je w ciepłej wodzie i dopiero całość wlewamy do mąki. Niedbale mieszamy i odstawiamy na 20 minut.
W drugiej miskie rozkłocamy jajka, sól, olej, dodajemy mieszaninę mąki i drożdży. Mieszamy na gładką masę, a następnie dodajemy pozostałe 350g mąki. Wyrabiamy około 10 minut. Ciasto, mimo, że dość miękkie, powinno odstawać od ręki. Formujemy kulę, przykrywamy wilgotną ściereczką i odstawiamy do fermentacji na 2 godziny. Ciasto powinno podwoić swoją objętość. Blaszkę do pieczenia wykładamy pergaminem lub smarujemy olejem. Wyrośnięte ciasto chwilę wyrabiamy na stolnicy. Wałkujemy w prostokąt na grubość około 1 cm i dłuższym boku około 60 cm. Prostokąt zwijamy w długi wałek, kŧóry jeszcze rolujemy tak by mjał długość około 75cm. Z wałka formujemy bochenek poprzez złoenie go na trzy. Przenosimy na blachę i odstawiamy do wyrastania na 2 godziny, tak by potroiło objętość. Pod koneic wyrastania rozgrzewamy piekarnik do 200 st. C. Ciasto smarujemy jajkiem i posypujemy obficie sezamem. Pieczemy z parą 50-60 minut. Po 40 minutach można przekręcić chleb o 180 st. i ewentualnie wsunąć blachę pod górną grzałkę na ostatnie 10 minut pieczenia. Studzimy na kratce.
Smacznego!

czwartek, 20 sierpnia 2009

Specjalna okazja.Noon Rogani. Chleb z Azerbejdżanu.

Do wypieku chleba podchodziłam dwa razy. Uśmiecham się czytając na blogach i w komentarzach jak to obawiacie się zakwasu. Jak przymierzacie się do swojego pierwszego zakwasowca. Ja w swojej pysze, a może ignorancji zaczęłam od żytnich zakwasowców. No cóż wychodziły mi gliniaste kamienie, choć i tak byłam szczęśliwa. Dość na tym, że za ich sprawą poznałam Jego i na jakiś czas przerwaliśmy naszą chlebową przygodę. Długo natomiast bałam się drożdży. A że dzień nie ten, a że przeciąg, a że nie w tą stronę będę wyrabiać. Trwało to i trwało. W końcu się przełamałam. Teraz drożdżowe obok kruchego jest moim ulubionym. Nadal zdumiewa mnie jak pod wpływem wyrabiania z lepkiej masy powstaje lśniące, gładkie ciasto, które odstaje od brzegów miski. Lubię patrzeć jak wyrasta, uderzone opada i znowu wyrasta. Lubię jak z małego kopczyka mąki powstaje góra bułek. Nauczona doświadczenie dzielę proporcję na dwa, na trzy. Przychylnym okiem patrzę też na drożdżowe pieczywo.


Chciałabym zaproponować Wam kolejny chleb z książki Maggie Glezer. Poprzednio proponowałam chałkę w ramach Weekendowej Piekarni, na którą już nie mogę się doczekać (byłam z tych dzieci co lubiły powrót do szkoły).

Noon Rogani
Chleb z Azerbejdżanu na specjalne okazje.

Czas potrzebny do wykonania: 7 godzin

Składniki:
-500g mąki pszennej chlebowej
-1,5 g drożdży suchych instant (około pół łyżeczki) lub 4,5 g świeżych drożdży
-330 g ciepłej wody (nie gorącej)
- 10 g soli
-12 g cukru demerrara
- 12 g oleju roślinnego
-100 g roztopionego masła
- 30g pokruszonego sera fera albo dobrej twardej bryndzy
Proporcje na dwa chleby o średnicy około 16 cm ( w oryginale chleb robimy z bardzo długiego wałka ciasta około 1,5 m i zwijamy go w bochenek średnicy około 31 cm)

Wykonanie:
W dużej misce mieszamy mąkę i drożdże, dodajemy wodę. Mieszamy tak, by cała mąką była zawilgocona. Na tym etapie ciasto nie musi być gładkie. Odstawiamy na 20 minut. Przy użyciu haka miksera lub dłoni wyrabiamy ciasto przez kwadrans. Ciasto będzie miękkie i lepi się do rąk i naczynia. Dodajemy sól, cukier i olej i dalej wyrabiamy przez kilka minut, aż gładkie ciasto będzie odstawało od ścianek naczynia. Odrywamy kawałek i ciasto i robimy test membrany. Jeśli gluten jest dobrze rozwinięty uda nam się zoabczyć światło przez rozciągnięty kawałek ciasta, które nie będzie się rwało. Formujemy kulę i odstawiamy pod przykryciem na 2 godziny do fermentacji. W tym czasie ciasto podwoi swoją objętość.
Po tym czasie uderzamy mocno w ciasto, by opadło. Dzielimy je na dwie części. Formujemy w kule, smarujemy każdą cieniutką warstwą oleju i odstawiamy do ponownego wyrastania na 1 godzinę.
Roztapiamy masło. Odrobiną smarujemy blachę do pieczenia. Wyrośniętą kulę ciasta rozwałkowujemy na kwadrat o boku 30 cm. Palcami robimy małe wgłebienia w cieście. Polewamy je obficie roztopionym masłem i posypujemy rozkruszonym serem. Teraz rolujemy ciasto na cienki wałek (podobnie jak wprzepisie na chałkę). Uformowany cieniutki wałeczek chwilę rolujemy by się dobrze skleił. Teraz skręcamy wałek tak jak się skręcało sznurki od huśtawki, by potem kręcić się w zawrotnym tempie. Skręcony wałeczek zwijamy w koło, by powstał okrągły chleb. Odstawiamy do wyrastania na 2 godziny, przykryte wilgotną ściereczką. Ciasto powinno potroić swoją objętość. Pod koniec wyrastania rozgrzewamy piekarnik do 200 st. C. Smarujemy ciasto rozkłoconym jajkiem ze szczyptą soli (posmarowałam wodą z solą). Wkładamy do piekarnika i pieczemy przez 45-50 minut. Po 30 minutach możemy odwrócić chleb o 180 stopni. Ja wkładam też blachę pod górną grzałkę na ostatnie 1o minut. Autorka przepisu mówi by przed włożeniem do piekarnika puknąć chleb drewnianą łyżką, by pozbyć się pęcherzy. Ja dostrzegłam urok pęcherza i tego nie zrobiłam.

Chleb smakuje dobrze z pomidorem. Są tacy, którzy mówią, że zachował świeżość na trzeci dzień. Istnieje też wersja na słodko, gdzie zamiast sera można posypać ciasto garścią cukru i łyżeczką cynamonu. Do wypróbowania.
Jaka to okazja? Każdy dzień może być małym świętem. Smacznego!

LinkWithin

Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin