Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czekolada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czekolada. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2014

Dla Niego, ciastka z czekoladą, marcepanem i płatkami migdałowymi.


 Dziś wstałam od razu, tylko zamknęły się za nim drzwi. Wiedziałam, że wróci o osiemnastej. Z obłędem w oczach będzie biegał po domu pakując ostatnie klamoty. Do tego czasu wszystko musi być gotowe. Od tygodnia w przedpokoju stoi pudło wypełnione planami, dłutami, kątownikami, kamieniami do ostrzenia. Wieczorami trwają debaty na temat złączeń i wpustów. Na stole piętrzy się stos książek o budowie drewnianych domów. Już jutro w siedzibie Cohabitatu mój wszechstronny On, wraz z dwójką nie mniej zakręconych panów, będzie uczył  jak zbudować drewniany szkielet domu. Załaduje samochód drewnianymi kozłami, rzeczonym pudłem i mnóstwem dziwnie wyglądających przedmiotów. Ode mnie dostanie chleb, hummus, termos imbirowego napoju i ciastka. Niestety zapomni piwa. Trzymajcie za niego kciuki!
 Przepis powstał z potrzeby chwili i żaden on tam mój. Ot zwykłe amerykańskie ciastka. Nie przeczę, że pomógł mi rzut oka na White Plate. Koniecznie chciałam upiec Mu coś słodkiego, na drogę. Nie miałam czasu na wymyślne ciasto, obiad był wystarczająco skomplikowany. Początkowo miał być bananowy chlebek, ale zapomniałam kupić, ale mama zagadała mnie na spacerze. Nieśmiertelne brownie też okazało się niemożliwe, bo w mojej tajemnej puszce była tylko jedna czekolada. znalazłam za to sporą kostkę marcepanu, z którego dwa miesiące temu lepiłam marchewki na urodzinowy tort małej H. I tak powstały ciastka. W przeciwieństwie do większości tego typu ciastek są mało słodkie, nie chciało mi się iść na strych uzupełnić zapasy cukru. Lekko ciągnące, migdałowo-czekoladowe, trudno poprzestać na jednym.

Ciastka z czekoladą, marcepanem i płatkami migdałowymi

-140g masła
-100g jasnego cukru muscavado
-jajko
-łyżeczka ekstraktu z wanilii
-3/4 łyżeczki sody
-170g maki orkiszowej typ 2000
-100g marcepanu pokrojonego w drobniutką kostkę
-100g drobno pokrojonej gorzkiej czekolady
-80g płatków migdałowych
-łyżeczka amaretto

W misce wymieszałam mąkę, sodę i marcepanowe kosteczki, inaczej, by się posklejały. 
Utarłam masło z cukrem*, gdy tylko masa była jednolita dodałam jajko, wanilię. Dodałam mąkę z sodą i marcepanem. Na koniec dodałam czekoladę i płatki oraz skropiłam ameretto. Z ciasta formowałam kulki, które wstawiłam w misce do lodówki. Piekłam na blasze wyłożonej matą silikonową partiami przez 15 minut w temp. 165 st.C. 

* Zbyt długie ucieranie masła powoduje, że ciastka nieregularnie się rozpływają i są płaskie jak mazowieckie pola.

czwartek, 16 stycznia 2014

Przynależność i słoiki pełne ciastek.


Będąc w ciąży obiecywałam sobie, że nie zgłupieje (bardziej). Nie będę zdrabniać, pieszczotliwie kwilić. Będę czytać mądre książki, spotykać się z niedzieciatymi i poruszać w rozmowach inteligentne tematy. Początek był całkiem udany. Długi pobyt w szpitalu i mocno skrócona ciąża zaoszczędziły mi tej całej ubrankowo-gadżetowej bieganiny. Moja wyprawka dla maleńkiego niemowlęcia zawierała absolutne minimum, które do dziś uważam za optimum, a gdyby nie pomoc krewnych i znajomych królika moje dziecko po wyjściu ze szpitala spałoby pewnie w kartonie. 
Zmiany przyszły powoli. Wtargnęły cichaczem pod osłoną nieprzespanych nocy i wymiętolonych poranków. Podczas długich nudnych (pamiętacie niekończącą się zimę 2013) spacerów. Pewnego dnia spostrzegłam, że rzucam ukradkowe spojrzenia w głąb cudzych wózków, a w knajpie przed obejrzeniem menu sprawdzam, czy mają przewijak. Stałam się członkiem grupy. I tak najchętniej spotykam się z nimi. Nie wznoszą oczu ku niebu, gdy po raz enty poruszam temat ekologicznych pieluch i domowych przecierów. Nie kręcą się nerwowo na krześle, gdy moje dziecię jęczy znudzone w kącie. Mają w domu te wszystkie przewijaki, krzesełka, plastikowe łyżeczki, zabezpieczenia kontaktów, a kocia kuweta stoi poza zasięgiem małych rączek (no bo przecież nie rąk!). Pakuję ciastka w słoiki, a ludka Lego w turbo wózek* i idę na kolejne spotkanie mam.
Podobno w ciąży obniża się kobietom intelekt o jakieś 20 punktów (co jest według mnie całkiem zrozumiałe ewolucyjnie ten świat taki straszny, a dziecko moje takie malutkie), mój prawdopodobnie nie podniósł się wraz z rozwiązaniem. Dawno już nie wspięłam się na żadne cukiernicze wyżyny. Ciastka to aktualnie moja ulubiona forma cukiernicza i jedna z niewielu na jakie mnie stać.

Wszystkie przepisy pochodzą z książki Dana Leparda, o której pisałam już jakiś czas temu. Dziś mogę tę książkę polecić z czystym sumieniem wielbicielom łatwych wypieków. Niestety wydana została koszmarnie i mocno się rozlatuje. 


Ciastka żytnio-rodzynkowe

Słodkie, mimo sporej redukcji (podaje tak jak piekłam) cukru i rodzynków, lekko ciągnące. Miła odmiana dla pszennych ciastek. Ze względu użycie białka, dobry duet do przepisów z żółtkiem. Gospodarność mi podpowiada, że każdy przepis z żółtkami powinien iść w parze z innym zawierającym analogiczną liczbę białek. Mało kształtne, ale dobre!

Proporcje na około 20 ciastek
-125 miękkiego masła
-100g cukru  jasnego muscavado
-75g cukru pudru
-2 czubate łyżki kakao
-1 białko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
-150g mąki żytniej typ 720
-1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
-200g drobnych rodzynków

Utrzeć masło z cukrem i kakao. Dodać białko, wanilię i dalej ucierać. Za pomocą drewnianej łyżki wmieszać mąkę z sobą. Na koniec połączyć z rodzynkami. Za pomocą łyżki formować kulki i rozmieścić, zachowując odstępy na blasze. Piec w temperaturze 170 st.C przez 15-17 minut. Studzić na kratce. Uwaga ciastka rozlewają się podczas pieczenia, stąd ważne zachowanie odstępów.

Ciastka sezamowo-daktylowe

Nieco mniej słodkie niż poprzednie, smakują organicznie;-). Dałam sezam do ciasta, zamiast obtaczać ciasteczka. Ważne by sezam był dobrej jakości! Smakowały na wizycie.

Proporcje na około 20 ciasteczek
-40g cukru jasnego muscavado
-40g syropu z daktyli (lub płynnej melasy)
-125g miękkiego masła
-1 żółtko
-175g mąki pszennej
-1/2 łyżeczki sody
-2 łyżeczki cynamonu
-mielone ziarnka z 4 strączków kardamonu
-175 g drobniutko siekanych ( a nawet zmiksowanych) daktyli
-100g sezamu

Masło, cukier i i syrop utarłam w misce.  Dodałam żółtko. Następnie mąkę, sodę i przyprawy. Na koniec połączyłam z daktylami i sezamem. Z ciasta formowałam kulki, które na blasze lekko spłaszczałam widelcem. Schłodziłam w lodówce przez 30 minut. Piekłam 16 minut w temp. 170 st.C. Gotowe ciasteczka były grubości 2-3 cm, autor zaleca piec cieńsze niż 1 cm, nie próbowałam.


Ciastka orzechowo-pomarańczowe

Hit sezonu. Piękny, pomarańczowy aromat. Piaskowe, mocno orzechowe i mało słodkie. Autor poleca też upiec z migdałami lub orzechami laskowymi. Ja zrobiłam z orzechami pecan, bo od czasu do czasu mam ich sporą dostawę. Na pewno wypróbuję  pozostałe wersje. Podobne do tych, ale lepsze. Oj lepsze!

Proporcje na około 45 ciastek

-200g miękkiego masła
-skórka otarta z dwóch pomarańczy
-100g cukru pudru
-1 żółto
-3 łyżeczki ekstraktu z wanilii
-30ml Cointreau lub innego likieru pomarańczowego
-200g mielonych orzechów pecan
-300g mąki pszennej chlebowej ( lub typ 500)
-1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
-cukier puder do obtoczenia ciastek

Masło utrzeć z cukrem i skórką, nie za długo. Dodać żółtko i dalej ucierać. Powoli wlewać ekstrakt i alkohol nie przestając ucierać. Dodać orzechy i mąkę z proszkiem. Z ciasta uformować kulki, ja użyłam do dzielenia ciasta miarki spoon czyli łyżki 15 ml. Otoczone kulki włożyłam do lodówki. nagrzałam piekarnik do 160 st.C. Połowę kulek rozłożyłam na blasze wyłożonej matą do pieczenia i piekłam 30 minut. Podobnie upiekłam drugą porcję. Ciepłe ciastka obtoczyłam w cukrze pudrze. Czas na pieczenie wykorzystałam na ćwiczenia mięśni brzucha.

* mój wózek ma wielkie koła i amortyzatory co wzbudza duże zainteresowanie wśród...napotykanych mężczyzn. Chyba, że to jakiś nieznany mi wcześniej sposób podrywu na wózek , ale kto by podrywał matkę?

środa, 3 lipca 2013

W głowie mnóstwo, a w lesie jagody




W głowie mam całe mnóstwo postów. Podczas codziennej dziesięciokilometrowej marszrutki pchając czterokołowy mam czas na myślenie. Czasem nawet żałuje, że te posty nie mogą iść bezpośrednio z głowy na bloga. No, ale jak to zrobić, by nie zahaczyć o inne myśli, których na bloga wcale posyłać nie chcę. Tymczasem wracam do domu i najchętniej bym się zdrzemnęła. Niestety wyspany dziób właśnie wtedy chce się bawić żyrafką. I z posta znowu nici. Na szczęście na spacerach czasem śpi i można myśleć o kolejnych postach i zbierać jagody, dużo jagód. Można też wstać o świcie albo raczej nie położyć się spać i upiec ciasto. Można też odłożyć myśli na bok i po prostu podać przepis, bo to w końcu tylko kulinarny blog. Moje drożdżowe na bogato. Pokazywałam wam już je przy okazji: zimowego spaceru: z czekoladą i słonecznej końcówki lata: z malinami. Tym razem wersja* z jagodami i białą czekoladą. A co!** Jak mawiają stare kumy: musisz mieć teraz duuużo siły. 

Drożdżowe zwijane z jagodami

Składniki na 500-gramową keksówkę (u mnie tak zwana cała porcja czyli razy 2, oddam pół spokojnie)

Uwaga: L.kręci nosem, mniej jagód do ciasta, zmieniam w przepisie.

-3g drożdży instant lub 7g świeżych
-250g mąki pszennej
-2-3 łyżki ciepłej
-75g kwaśnej śmietany
-100g serka śmietankowego
-60g drobnego cukru lub pudru
-75g roztopionego masła
-1jajko

-niecała szklanka jagód
- maks. pół białej czekolady, wedle uznania

 W miseczce mieszamy drożdże z dwoma łyżkami mąki i wodą, na gładkie ciasto. Przykrywamy folią i odstawiamy na 2 godziny, powinno ładnie urosnąć.
W dużej misce mieszamy (można mikserem) ser, śmietanę, cukier, masło i jajka na gładką masę. Mieszając dodajemy zaczyn i pozostałą mąkę. Wyrabiamy gładkie ciasto. Dodajemy sól. Dalej wyrabiamy, aż ciasto zacznie odstawać od ręki lub od ścianek miski miksera. To tłuste ciasto, stąd trwa to dość długo. Wkładamy do miski, przykrywamy folią i wstawiamy na 8-12 godzin do lodówki. Na pół godziny przed planowanym formowaniem wyciągamy z lodówki. 

Czekoladę ścieramy na tarce. Jagody myjemy, suszymy na durszlaku.

Ciasto wałkujemy na prostokąt. Posypujemy czekoladą i jagodami. Zwijamy w rulon. Rulon przecinamy nożem na pół wzdłuż i splatamy luźno dwa ramiona. Wkładamy do wysmarowanej masłem formy. To co wypadnie wrzucamy do foremki. Odstawiamy do wyrastania  na 1,5-2 godziny. Przed pieczeniem można posmarować wierzch jajkiem, ale nie zawsze to robię. Pieczemy w temp.180 st.C przez 15 minut i 35-40 minut w 160 st.C plus minus 10 minut. Studzimy w blaszce.

*przepis oryginalny z Exceptional Cakes Dana Leparda. Przepis na Kranz Cake. Podobny znajdziecie w sławnym Jerusalem Ottolenghi i Tamimi.

**Ciasto jest tłuste i długo pozostaje jadalne, w sensie dość świeże. Zdarzyło mi się przechować je w ukryciu pięć dni. Raz nawet piekłam na sobotnią imprezę w czwartek i nikt się nie poznał ;-)


środa, 10 kwietnia 2013

Cały świat pachnie chlebem z czekoladą.

To jeszcze raz już teraz pełnym głosem: Oto on, chleb z czekoladą zaproponowany do pieczenia przez Anię. Podobno piekło go pół świata, co z łezką w oku przypomniało mi dawne Weekendowe Piekarnie. U nas oczywiście nie obyło się bez bitwy o piekarnik. Oj weź ja miałem piec, a ty znowu upieczesz jakiś chleb z dodatkami. Bo po prawdzie w chlebie najbardziej lubię chleb, a wszelkie udziwnienia uważam za zbędne. Szczęśliwie czasem lubię też zaszaleć i jest. Smakuje dobre z masłem, serkiem śmietankowym i kandyzowaną skórką cytrusa, z miodem. Przy dobrze odżywionym pszennym zakwasie zaliczam go do kategorii: łatwy.
Chleb z czekoladą oryginalnie pochodzi z Włoch, a my szybko ustaliliśmy, że w źródle Ani znalazł się dzięki książce Michela Suasa, a właściwie księdze bo waży ponad trzy kilo. Fakt ten rozjaśnił nieco jego marsowe oblicze Jak z Suasa to moesz piec. Książka Advanced Bread and Pastry to nic innego jak amerykański podręcznik dla szkół piekarskich. Zawiera bardzo rzetelną wiedzę na temat chlebów, ciast, ciasteczek, bułeczek, kremów i tak skomplikowane desery, że tylko Fela mogłaby się ich podjąć. Obok książki Hamelmana to chyba nasza ulubiona pozycja.  Oryginalnie zaczyn na chleb zawierał dodatkowo łyżeczkę mąki żytniej. Nieistotny szczegół? Być może, choć według mnie to właśnie skład zaczynu, zakwasu stanowi o charakterze chleba. Inaczej smakują te na żytnim inaczej na pszennym. Ważna jest też hydracja czyli nic innego jak gęstość zakwasu. Nie zmieniam receptur. Chleb  czekoladą to nic innego jak pain au levain z dodatkiem miodu, kakao i czekolady. Dodatki te sprawiają, że ciasto nie jest tak rozciągliwe patrz gluten nieco się drze. Dodałam nieco mniej drożdży. Można też z nich zrezygnować, ale zależało mi na czasie. Bitwa o piekarnik nie była do końca wygrana, na plecach czułam jego oddech, bo na kaloryferze rosły drożdżowe baby na żytnim zakwasie.
 Jeszcze mała uwaga na temat nacięć i pieczenia. Nacięcia robię najczęściej zwykłym nożem ząbkowanym do krojenia chleba. Aby ładnie się rozeszły w piekarniku chleb nie może być przerośnięty, a nawet w przypadku pszennym lekko niedorośnięty. Stan wyrośnięcia sprawdzamy lekko naciskając ciasto, jeśli nie całkiem wróci do poprzedniego stanu chleb jest akurat. Piekarnik nagrzewam zawsze o 20 stopni powyżej temperatury, w której ma się piec chleb. W ten sposób jak wsadzę bochenek do piekarnika i naparuję mam mniej więcej temperaturę pieczenia o której mowa w przepisie. Jeśli chodzi o parowanie, pisałam o tym wielokrotnie, ale bardzo dawno, mamy żeliwną fajerkę na dnie piekarnika i wylewamy na nią pół szklanki wrzątku po włożeniu chleba. Uzyskujemy w ten sposób dużo pary i mały spadek temperatury.

Pan de cioccolate
Chleb z czekoladą

Proporcje na dwa malutkie lub jeden bochenek do koszyka 500g

Zaczyn zakwasowy
-32g mąki pszennej chlebowej u mnie z braku typ 550
-1 łyżeczka mąki żytniej typ 1400
-18g wody
-28g gęstego pszennego zakwasu (u nas to zwykle 60 hydracji)

Wszystkie składniki wymieszałam. Całość przypomina dość gęste ciasto. Nie wyrabiałam. Przykryłam i odstawiłam do wyrastania w temp. 22 st.C na około 12-14 godzin (by nie było kolizji  babami na zakwasie) czyli dłużej niż w przepisie, ale tyle potrzebują moje zaczyny, sprawdziłam.

Ciasto chlebowe
-393g mąki pszennej chlebowej (i tym razem użyłam 550)
-250g wody
-3 łyżki płynnego miodu
-łyżka ekstratu z wanilii
-25 kakao
-1/8 łyżeczki drożdży suszonych (3/8 łyżeczki świeżych)
-8g soli
-zaczyn
-tabliczka czekolady pokrojona w drobną kostkę

Wszystkie składniki oprócz czekolady wrzuciłam do miksera, wymieszałam i wyrabiałam przez 4 minuty. Dodałam czekoladę i wymieszałam. Ciasto odkleja się od ścianek miksera i od ręki, natomiast nieco się rwie, próba okna/membrany raczej się nie powiedzie. Przykryłam miskę ściereczką i odstawiłam na 1 godzinę. Po tym czasie złożyłam i odstawiłam na kolejną godzinę.
Wyjęłam  miski i uformowałam luźną kulę, tak zwane formowanie wstępne. Odstawiłam na omączonym blacie na 15 minut. W tym czasie przygotowałam koszyk, ostatnio używam wyłożonych płótnem, daje mi to gwarancję, że chleb nie przyklei się do ścianek kosza, przy ograniczonym czasie to dla mnie ważne. Płótno w koszyku obsypałam obficie mąką, chyba zbyt obficie. Formuję właściwy bochenek, tu podłużny. Odstawiam do wyrastania na 3 godziny. Czas ten zależy od aktywności zaczynu, temperatury otoczenia i magicznych składników jak ręce piekarza. Pisałam już kiedyś o tym przy okazji lekcji u Hamelmana. Piekarnik nagrzałam do 220 st.C. Chleb wyłożyłam na posypaną semoliną łopatę, nacięłam i wsunęłam na kamień. Piekłam z parą 40 minut w temp. 205 st.C, pod koniec pieczenia nieco obniżyłam temperaturę.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Wspólne pieczenie i chleb czekoladowy.

Oto i on. Włoski chleb czekoladowy wspólnie pieczony przez cały świat dzięki Annie-Marii. Przepis z małymi modyfikacjami wkrótce. A teraz jem!
 A chleb znika, bo nie wiedziałam, że mamy czekać do środy i Wy musicie.

sobota, 23 lutego 2013

Czekoladowy weekend i szybkie lody

 

Przez ostatnie lata kulinarna blogosfera zmieniła się nie do poznania. I nie jestem pewna czy zawsze były to zmiany na lepsze. Wiele dobrego zniknęło i przyznaję, że sama też się do tego przyczyniłam. Patrz: Weekendowa Piekarnia. Wiele innych powstało, choć przyznam, że nie nadążam, by je wszystkie śledzić. Z przykrością? Nie wiem. Na szczęście jest też kilka niezmiennych. Wiem, że w każdym miesiącu dowiem się co lubi Ania. W poniedziałki zajrzę do Basi (o ile się nie mylę ostatnio we wtorki, ale to na pewno tylko chwilowe przesunięcie). W październiku objem się dynią w towarzystwie Bei, potem zanurzę w korzenne aromaty wraz z Ptasią. Brakuje mi Dnia Jabłka, na pocieszenie popatrzę co znów razem upiekły, a przecież każda w swojej kuchni, Majana i Anita. Przepisów na pierniki i faworki pójdę szukać do Ali. Nie zgodzę się z Polką. Powygłupiam z Okiem. I tradycyjnie wezmę udział w Weekendzie Czekolady.

Udział będzie skromny, wręcz symboliczny, gdyż moja kuchenna działalność ma miejsce jedynie w krótkich przerwach pomiędzy niespełna trzygodzinnymi cyklami, bo ktoś ma zegareczek w pupce ( nadal nie lubię zdrobnień, ale gdybyście widzieli te już i tak podwojone rozmiary...). Udział skromny, acz nie pozbawiony kalorii i zupełnie nieodpowiedni na zimę. Ponadto zawiera wszystkie te składniki, których karmiąca samica człowieka powinna unikać (dajcie mi naukowy artykuł, gdzie jest to napisane) i powiem wam to jest pyszne. Przepis nie przepis przewija się przez różne książki Nigelli, a ostatnio pojawił się w wersji kawowej u Ani. Dobra alternatywa dla tych, którzy nie mają specjalnych maszyn. Trudno w to uwierzyć, ale powstały w myśl zasady Nie marnuję jedzenia, ostatnio tak pięknie opisanej u Bei. L. robiąc pączki stwierdził, że otwarta przez niego półlitrowa śmietanka jest jakaś dziwna i poszedł po następną, niestety też półlitrową. I tak zostałam z 750ml śmietanki do wykorzystania w najbliższym czasie.
Lody czekoladowe z nutą pomarańczy

-150ml słodzonego mleka skondensowanego
-350 ml śmietanki
-75-100g gorzkiej czekolady roztopionej w kąpieli wodnej
- 2-3 łyżki Cointreau lub innego likieru pomarańczowego

Wszystkie składniki miksujemy na gęstniejącą masę i wstawiamy na noc do zamrażalnika. Proste nie?

Przy okazji i w związku z dużą ilością śmietanki zrobiłam też wersję z tahini: zamiast czekolady i likieru dodałam 1/2 szklanki tahini i 2 łyżki rumu. I wiecie co? Nie wiem, które lepsze.

Atino dziękuję za kultywowanie tradycji. A tu znajdziecie moje wpisy z poprzednich lat. Ciekawe, że też są lody. Inny pomysł na niekłopotliwe i lżejsze lody znajdziecie tutaj i tutaj.

piątek, 16 września 2011

Deser na sobotę: brownie orkiszowe i sorbet


Przy sobocie po robocie usiądziemy sobie. Panowie i ja. Zmęczeni pracą, jakiej żaden z nich dotychczas nie robił. Miesiące lektury i przygotowań, nie złagodzą lęku przed popękaną formą. Z betonem. No, ale fundamentem dobrego domu jest najedzony robotnik. Domowa bułka z pełnego orkiszu i ostry jak diabeł hamburger ukoi ból ramion. A na deser dam im cieple ciasto i lodowym akcentem. Tak, tak będzie. a teraz wezmę dokładkę sobie. No przecież muszę popróbować!

A wszystko za sprawą nowej książki, którą dostałam drogą pomyłki, a właściwie męskiej przypadłości zwanej A wiesz, nie słuchałem cię uważnie. Na szczęście książka okazała się całkiem udana, choć mało odkrywcza czy nowatorska, za to okraszona ciekawymi uwagami dla przyszłych samowystarczalnych mieszkańców mazowieckiej wioski. Lecę formować bułki, a Wam życzę udanego weekendu. A jaka to książka? Następnym razem.

Orkiszowe brownie z burakiem

Pomysł znany wszystkim. Wzbogaciłam go o cukier jasny muscavado, mąkę orkiszową typ 700. jak zwykle w moich brownie o dodatkowe kakao. Z dobrym skutkiem. Upiekłam w pojedynczych formach na kwadratowe babeczki. Nasmarowane masłem wnętrze, zapobiegło przywieraniu. Papilotki okazały się zbędne.

Proporcje na 12-15 babeczek

-125g masła
-125g dobrej czekolady 70%
-3 małe jajka
-125 cukru jasnego muscavado
-2 łyżki dobrego kakao
-szczypta soli
-150g upieczonego buraka startego na tarce
-75g mąki orkiszowej typ 700

Czekoladę, kakao i masło rozpuszczam w nagrzewającym się piekarniku. Jajka ubiłam z cukrem na białą, sztywną masę. Dodałam cienką strużką, lekko przestudzoną czekoladę. Następnie mąkę i buraki. Przełożyłam do foremek. Piekłam 20 minut w temp. 190 st.C


Sorbet z pieczonych śliwek

Ostatnio odkryłam świetne połączenie melasy ze śliwkami. Owoce te mają na tyle wyrazisty smak, że melasa go nie dominuje, a dodaje ciekawej nutki. Hmm żadne to odkrycie, po prostu mój Pan i Budowniczy nie je cukru, melasę toleruje ( mam nadzieję, że to chwilowe).

-1kg śliwek
-100g melasy trzcinowej
-2 laski wanilii
-200 ml wody
-dodatkowo czubata łyżka melasy i wody

Śliwki pozbawiłam pestek i przekroiłam na pół. Ułożyłam w brytfance, dodałam melasę, wodę i wyskrobane ziarenka wanilii oraz pokrojone laski. Piekłam 30 minut w temp. 200 st.C. Gdy ostygły wyjęłam laski i przetarłam przez sito. Puree wystudziałam i wstawiłam do zamrażalnika, co godzinę miksowałam trzy razy i jeszcze raz następnego dnia. Po ostatnim miksowaniu do całości dodałam gęstą masę ugotowaną z pozostałej melasy i wody, przerywaną strużką, tak by tworzyła melasowe kawałeczki.

niedziela, 20 lutego 2011

Czekoladowy Weekend 2011 - lody wieloczekoladowe

Post miał być o tym jak bardzo lubię zjeść zimą lody. Czuję się wtedy bardziej dorosła. Choć w tym wieku to już bardziej chyba czuć się nie można. Dzieciom to mama nie pozwalała na takie zimowo-lodowe szaleństwa. Gardło się mogło przeziębić. I klasówka z fizyki przepaść. Zresztą idąc za głosem mamy, sklepy nie sprzedawały mrożonych specjałów w zimowe miesiące. Nie licząc wieloowocowych Hortexów w pudełku jak po paście BHP.

I tak miało być o wielkiej przyjemności jedzenia lodów zimą. Wyjadaniu wielką łychą z pojemnika. Zamarzniętych paluszkach rozgrzewanych na wrzącej filiżance mocnego espresso. Nogach pod kocem i nosie w lodowej masie.

Nic z tego nie będzie, brr. Zmarzłam na psią kość na zimowym spacerze. Nie pomogło wino i kanapka z grillowanym sercem wołu (pycha!). Nie pomógł architektoniczny trucht: O tu będzie nasz dom. A tu salon. A tu piec. Pije herbatę, za herbatą nie mogąc rozgrzać gnatków. Ale Wy może lubicie zimowe lody. Te są naprawdę pyszne, wieloczekoladowe. I co ciekawe powstały całkiem przypadkiem. W zasadzie przez nieuwagę. Ot zrobiłam raz za rzadki mus czekoladowy. Wstawiłam do zamrażarki i proszę.

Paski nie są idealnie równe, ale może to i lepiej. Kto by mi wtedy uwierzył, że sama je robiłam.

Lody czekoladowe na czekoladowym spodzie
modyfikowana M. Stewart

Spód jest mało słodki. Oba musy słodkie i ciężkie, ale jako lody znakomite. Proporcje na 8 porcji o średnicy 8 cm. Są to duże porcje! Robiłam z połowy. Przepis szklankowy jak to w Ameryce ;-)

Spód:
-2/3 szklanki mąki
-1/3 kakao
-2/3 szklanki cukru
-3/4 łyżeczki sody
-1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
-szczypta soli
-1 jajko
-1/4 szklanki mleka
-3 łyżki oleju z pestek winogron( neutralnego w smaku)
-1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
-1/4 szklanki wody

Piekarnik nagrzewamy do 170 st.C. Mieszamy w misce mąkę, kakao, cukier, proszek, sodę, sól. Dodajemy jajko, mleko, wanilię, wodę i ubijamy na gładką masę. Wylewamy na płaską prostokątną blaszkę ( ciasto powinno mieć około 1 -2 cm grubości) i pieczemy przez 20 minut. Studzimy i okrągłą foremką wycinamy krążki. Resztę suszymy na bajaderki.

Lody z ciemnej i mlecznej czekolady:
-3 i 1/3 szklanki śmietany 30%
-8 żółtek
-1/2 szklanki cukru
-4 łyżki jasnego syropu kukurydzianego ( eko-eko)
-4 łyżki wody
-200g gorzkiej czekolady
-200g mlecznej czekolady
-szczypta soli
-2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

Potrzebne nam będę dwie miski. Mikserem ubijamy lekko całą śmietanę. Powinna być ubita, ale nie sztywna tak zwane soft peaks. Dzielimy na pół i przekładamy do misek. Wkładamy do lodówki na 2 godzinę. Miskę miksera dokładnie myjemy, suszymy.

Teraz będziemy robić wszystko z połowy składników: dla każdych lodów osobno.Potem powtórzymy całą czynność dla drugich lodów.

Ciemnej czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. W czystej ubijamy 4 żółtka na biało. W tym samym czasie w garnku podgrzewamy na dużym ogniu połowę cukru z połową syropu kukurydzianego, 2 łyżkami wody. Gotujemy 1 minutę. Gorący syrop wlewamy strużką do miski z żółtkami podczas gdy mikser pracuje na średnio wolnych obrotach. Ubijamy, aż całość nieco zgęstnieje. Dodajemy roztopioną czekoladę, odrobinę soli, połowę wanilii. Z lodówki wyjmujemy śmietanę, dodajemy do niej połowę masy czekoladowej, delikatnie mieszamy i dodajemy pozostałą bitą śmietanę. Ewentualnie przepuszczamy przez sito, jeśli mamy grudki zastygłego syropu. Chłodzimy zanim wypełnimy worek cukierniczy.

Tak samo postępujemy z lodami z mlecznej czekolady: Rozpuszczamy mleczną czekoladę w kąpieli wodnej...(jak wyżej)

Składanie deseru:
Z pergaminu wycinamy wysokie paski . Każdy krążek ciasta owijamy paskiem i zszywamy zszywaczem lub spinamy spinaczem. Tak by powstały wysokie na 10-15 cm rurki-kołnierze. Przy pomocy szprycy wyciskamy do każdego kołnierza warstwę ciemnego musu, wyrównujemy. Wkładamy na 30 minut o zamrażarki. Wyjmujemy wyciskamy jasny mus, wyrównujemy, mrozimy. Przed podaniem na talerzu kładziemy łyżkę, posypujemy kakao, zdejmujemy łyżkę, tak by powstał po niej biały ślad. lody odwijamy delikatnie z pergaminu i układamy na talerzu.Gwarantuje wam że teściowa westchnie z zachwytu i jeszcze zgani syna, że się czepia.

A tu będzie stał mój dom ;-) Nawet pies się cieszy!

Ostatnia już propozycja na tegoroczny Czekoladowy Weekend:



Beo i Atino dziękuję i melduję się za rok. A tu inne czekoladowo-weekendowe propozycje 2010 i 2011:
Deser z Momofuku:


Chińskie pączki:


Cukierki czekoladowe z zielem angielskim:

sobota, 19 lutego 2011

Czekoladowy weekend 2011 - deser z Momofuku

Cieszę się, że czekoladowy weekend jest zimą. O żadnej porze roku czekolada nie smakuje mi tak jak teraz. Ba! Jej nadmierne spożycie jest usprawiedliwione. Bo mróz, bo zawierucha, bo termoregulacja siada. I nie mam na myśli kaloryferów! Tak więc jedna fałdka więcej nie zaszkodzi. Zapraszam na deser. Przepis pochodzi z książki Momofuku. Momofuku to zarazem restauracyjne przedsięwzięcie Davida Changa, Koreańczyka z Nowego Jorku, który tą nazwą firmuje kilka swoich lokali. Kilka lat temu odniósł spory gastronomiczny sukces otwierając Noodle Bar w East Village, jednej z moich ulubionych dzielnic NY. W niewielkim lokaliku serwował tradycyjne koreańskie dania z zachodnim szlifem. Postawił na tak modny wówczas, zresztą słusznie, local food. I tak zamiast dashi wykoncypował bulion z bekonu rodem z New Jersey. I wierzcie mi wyszło mu to wspaniale. Dzięki popularności jaką zyskał jego pierwszy local, otwierał następne. Każdy kolejny lokal był bardziej ekskluzywny, co za tym idzie droższy. Przy tym te z niższej półki nadal świetnie prosperują, także każdy może znaleźć coś dla siebie w Momofuku. Odwiedziliśmy Noodle Bar, Saam Bar i Milk Bar, nie byliśmy tylko w Ko. Umówmy się, że powodem był brak rezerwacji. W każdym razie szczerze Wam lokale Changa polecam, ma ciekawe pomysły. Dania są świeże, lekkie i zaskakujące. Atmosfera niezobowiązująca. W najdroższym Ko nie ma kelnerów, po to by więcej szło dla kucharza, a klient nie musiał wychodzić spłukany ( mówimy o nowojorskiej klasie średnio- średniej). Oto deser z książki Davida Changa z przepisami z jego lokali. Może trochę przewaga formy nad treścią, ale fajna zabawa. Efekt ciekawy. Tylko jak to przetłumaczyć na polski?

Zrobienie deseru zajęło mi tydzień. Pewnie tyle czasu nie jest wymagane, ale ponieważ składał się z wielu elementów, robiłam go etapami, żeby się nie pogubić. Z całości polecam szczególnie praline paste, przygotowuje ją też niezależnie i wyjadam z moim L. łyżkami.

Mleczno-kukurydziany custard z czekoladowo-orzechowym krążkiem, karmelizowanymi płatkami kukurydzianymi i purée z awokado
David Chang

Proponuje następującą kolejność przygotowania:
-pasta pralinkowa
-karmelizowane płatki kukurydziane
-czekoladowo-orzechowe krążki
-mleczno-kukurydziany pudding
-purée z awokado

Pasta pralinkowa:
-70g orzechów laskowych
-100g cukru
-szczypta soli

Orzechy prażymy na blasze w 200 st. C przez 10-15 minut. Studzimy. Wsypujemy do miski blendera wraz ze szczyptą soli. Cukier wsypujemy do garnka o grubym dnie i podgrzewamy na średnim ogniu, dopóki nie zacznie karmelizować po brzegach. Wtedy mieszamy drewnianą łyżką, aż całkiem się nie rozpuści. Kiedy nabierze ciemno bursztynowego koloru, zdejmujemy z ognia i wlewamy cienką strużką do miski blendera, gdzie siedzą orzechy z solą i miksujemy przez 3-5 minut, aż masa będzie jednolita. Wymaga to pewnej wprawy, ale warto. Otrzymana pasta jest pysznie orzechowa i chrzęści w zębach. Można ją przechowywać w słoiku w lodówce podobno przez wiele tygodni. Pyszności!

Karmelizowane płatki kukurydziane:
-60g płatków (najlepiej takich bez zbędnych dodatków)
-3 łyżki odtłuszczonego mleka w proszku
-1 łyżka cukru
-szczypta soli
-45g masła

Piekarnik nagrzewamy do 130-140 st.C. Płatki wrzucamy do miski i nieco rozgniatamy. Mają powstać małe kawałeczki, a nie proszek. Mieszamy mleko, sól, cukier. Masło roztapiamy i mieszamy z płatkami, następnie dodajemy proszki i mieszamy. Wykładamy na blachę i prażymy przez 20 minut w piekarniku. Studzimy. Trzymamy w szczelnym pojemniczku do tygodnia.

Czekoladowo-orzechowe krążki:
-4 łyżki pasty pralinkowej
-4 łyżki pasty gianduja ( pasty czekoladowej - przepis na pyszną u Eli tutaj)
- 1/4 łyżeczki oleju roslinnego o neutralnym smaku
-szczypta soli
-1og gorzkiej czekolady
-1/2 łyżeczki syropu kukurydzianego
-2 łyżki karmelizowanych płatków kukurydzianych

Do miski wrzucamy obie pasty, olej, czekoladę, syrop kukurydziany, sól i rozpuszczamy nad garnkiem z gotującą się wodą. Masę wylewamy na blachę i rozsmarowujemy szpatułką na 4 mm równą warstwę. Po wierzchu posypujemy płatkami. Wkładamy do zamrażarki, aż stężeje. Wycinamy ausztychem kółka różnej wielkości. Przechowujemy w szczelnym pojemniku. Można trochę podjeść.

Mleczno-kukurydziany custard:
-265g płatków kukurydzianych
-3 szklanki mleka 3.2%
-2 szklanki śmietanki 30-36%
-30g cukru brązowego jasnego
-2g soli
-4g żelatyny

Piekarnik rozgrzewamy do 160 st. C. Płatki wysypujemy na blachę równą warstwą i pieczemy przez 12 minut. Studzimy trochę. Mleko mieszamy w misce ze śmietanką i zalewamy ciepłe płatki. Zostawiamy na 40-45 minut. Nie dłużej, bo za dużo skrobi z płatków przejdzie do mleka. Odcedzamy mleko, lekko odciskamy, by wycisnąć z płatków jak najwięcej cieczy. Płatki wyrzucamy sic! lub zjadamy z owocami na śniadanie. Melko ponownie przecedzamy przez szmatkę. Do mleka dodajemy cukier, sól i delikatnie je podgrzewamy. Dodajemy do niego żelatynę rozpuszczoną w odrobinie wrzątku. Mieszamy i rozlewamy do foremek, które wstawimy do lodówki.

Purée z awokado:
-ładne, dojrzałe awokado
-szczypta kwasku cytrynowego
-szczypta cukru
-szczypta soli

Robimy tuż przed podaniem. Awokado musi się dobrze schłodzić w lodówce, minimum 5 godzin. Obieramy je i usuwamy pestkę. wszystkie składniki wrzucamy do blendera i miksujemy na gładka masę.

Całość:

Na talerzu kładziemy sporą łyżkę purée, robimy maziaj. Na maziaj wyrzucamy z foremki custard. Można na chwilę zanurzyć foremkę we wrzątku. Kładziemy fantazyjnie kilka krążków czekoladowo-orzechowych i posypujemy płatkami. Wołamy: Kochanie deser!


Wiesz co? Mi to smakowało wszystko! - powiedział On. A to ci dopiero! Oto moja propozycja na Czekoladowy weekend:

niedziela, 12 września 2010

Nigella na chorobę i Blondie w łóżku.

A więc leżę i choruję. I wiem, nie zaczyna się się zdania od więc, ale jestem chora. Wolno mi! Tak więc leżę obłożona chusteczkami higienicznymi, stosem książek, gazet, kubków po herbacie, z herbatą i laptopem. Z niedowierzaniem myślę o czasach, kiedy nie było laptopów. Chory nadaktywny człowiek miał naprawdę ciężko. Może składał origami? Przerobiłam już wszystkie rodzaje chorobowych herbat. Z imbirem i sokiem z pomarańczy, z rokitnikiem, po indyjsku, klasyczną cynamonową, meksykańską, z różą, z pigwą, z cytryną, lipą i miodem... Z przerażeniem patrzę na słoik z miodem, jest prawie pusty. A nie ma komu uzupełnić zapasów. Szkutnik dotrze dopiero przed północą. Za to przywiezie dynie! Moje własne, wyhodowane. Noooo... to za dużo powiedziane, raczej posiane na pastwę losu, ale spisały się dzielnie. Wczorajszy murzynek Nigelli zniknął bez śladu. Nie patrzcie tak! Nie zjadłam go sama, choć ilość kalorii jaką wydatkuję na kaszel, pewnie równa jest kilku godzinom wyczynowego sportu. A poza tym jestem chora i mogę sobie chyba dogodzić nie? I dziś przeglądając od nowa i nowa Kitchen zapragnęłam czegoś słodkiego. Wybór nie był prosty. Ciasto musiało być niekłopotliwe: w stylu wrzuć i wymieszaj. A wszystkie składniki musiały być w domu. No bo przecież nie wyjdę. Nie to, że nie można w czasie choroby, ale komu by się chciało. Blondie spełniało wymienione wyżej kryteria. Co prawda czytałam przepis ze dwa razy w poszukiwaniu białej czekolady, bo tak kojarzę to ciasto. No, ale skoro wczorajsze czekoladowe było bez czekolady, zaufałam swoim chorobowym zmysłom. Wyszło niezłe. Znowu mało słodkie. Czyżby Nigella się zmieniła? Owsiane, czekoladowe, o delikatnym mlecznym posmaku. Choć może się mylę, pamiętajcie mam zatkany nos, a duża część naszego smaku zależy od zmysłu powonienia. A więc dalej leżę w łóżku. Z Blondie. I nie ma tym nic erotycznego.


Blondies
Nigella Lawson Kitchen

Proporcje na kwadratową foremkę o wymiarach 23 cm lub blaszkę 30x20 cm. Wychodzi 16 kwadratów. Zrobiłam z połowy porcji.

-200g płatków owsianych*
-100g mąki lub mąki bezglutenowej**
-1/2 łyżeczki sody
-150g masła
-100g jasnego cukru muscavado
- 400ml (1 puszka) mleka skondensowanego (niesłodzonego)
-1 duże jajko
-170 g ciemnej czekolady połamanej na malutkie kawałeczki

Piekarnik nagrzać do 180 st. C. Formę wysmarować lub wyłożyć pergaminem. Wymieszać w misce mąkę, płatki i sodę. W drugiej misce utrzeć mikserem masło i cukier na puch. Dodawać stopniowo suche składniki i mleko, wlewając je powoli. Gdy wszystkie składniki się połączę, wbić jajko, dalej miksując. Na koniec wymieszać z czekoladą. Przelać do formy. Uwaga ciasto nie wygląda apetycznie! Piec 35 minut. Wyjąć delikatnie, jest miękkie. Studzić na kratce. pokroić na kwadraty. Jeść i zdrowieć.

To nie jest żadne wybitne ciastko. Taka zdrowa żywność, przez te płatki. Naprawdę mało słodkie, w sam raz do lunchowego pudełka małego szkolniaka i dużego rozrabiaka. A tu moje ulubione owsiane i czekoladowe ciasteczka jeśli pragniecie czegoś słodszego.

* owies jako taki jest bezglutenowy, ale w Polsce i krajach UE jest zwykle zanieczyszczony pszenicą, sąsiadujące uprawy i te same linie produkcyjne. Tylko w USA jest dostępny owies i płatki z zielonym światłem dla bezglutenowych.

** użyłam niechcący mieszanki bezglutenowej z mąki ryżowe, sorgo, proso. Stąd moje rozmyślania o bezglutenowych.

sobota, 11 września 2010

Nigella jak nowa i ciasto czekoladowo-pomarańczowe.

Pisałam Wam kiedyś, że Nigelle polubiłam całkiem niedawno i to głównie za sprawą Ptasi. I jak tylko Ptasia zaćwierkała o nowej książce ciemnowłosej Kucharki, od razu ją zamówiłam. Rzecz jasna Ptasią pocztą. I tak od kilku dni na moim, nie nie stole, łóżku, bo wraz z książką przyniosłam jakąś grypę, mam nadzieję że nie Ptasią. Na moim łóżku obok mnie i pustej filiżanki po herbacie z rokitnika leży sobie grube tomisko. Kitchen Nigelli Lawson to kulinarna, dowcipna opowieść, niepopsuta koszmarnym tłumaczeniem. Mnóstwo przepisów tych szybkich i bardziej pracochłonnych. Dodatek o ulubionych sprzętach i tych wszystkich muszę to mieć. Ciepłe, klimatyczne zdjęcia z jednymi z moich ulubionych garnków ;-). Aaaa i wreszcie ktoś napisał: Przeczytaj uważnie cały przepis zanim zaczniesz gotować! Zawsze mówiłam, że to nie takie oczywiste. Na razie przeglądam, bo utrata węchu i spadek witalnych sił nie pozwalają beztroskie pichcenie. Dla poprawy humoru zrobiłam sobie coś prostego. Ciasto czekoladowo-pomarańczowe. W moim wydaniu z dodatkiem grejpfruta. Lekki, mało słodki, murzynek i pierwsze plamy na książce. Poczułam się jak u mamy. Teraz to na pewno wyzdrowieję.

Ciasto czekoladowe-pomarańczowe
Chocolate orange loaf cake
Nigella Lawson Kitchen

Proporcje na keksówkę 900g

-150g miękkiego masła plus odrobina na wysmarowanie formy
-kapka oleju na wysmarowanie łyżki do odmierzania syropu
-30ml (2 łyżki) golden syrup (nie miałam, więc dałam syropu z agawy)
-175g ciemnego muscavado (przyznaje dałam mniej ok 125g, ale to nie był chyba dobry pomysł)
-150g mąki
-1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
-25g dobrej jakości kakao
-2 jajka
-skórka z 2 pomarańczy i sok z jednej (u mnie pomarańcza i grejpfrut pół na pół i to był dobry pomysł)

Piekarnik rozgrzałam do 170st. C, a właściwie schłodziłam, bo wcześniej siedział w nim chleb. Formę wyłożyłam papierem zamiast smarować.
Masło utarłam mikserem z syropem i cukrem na gładko.
Mąkę wymieszałam z sodą i kakao. I dodałam kilka łyżek do masy maślanej, która cały czas się leniwie mieszała. Wbiłam jajko i wsypałam kilka łyżek mąki. Gdy masa stała się jednolita powtórzyłam operacje z drugim jajkiem i reszta mąki. Dodałam skórkę cytrusową. Na koniec cały czas mieszając wlałam cienką strużką sok.
Ciasto przelałam do formy. Piekłam 45 minut w 170 st. C. Studziłam początkowo w formie, a następnie na kratce. Kroimy na plastry i jemy w łóżku wertując nową książkę.

niedziela, 21 lutego 2010

Czekoladowy weekend. Tydzień bez zakupów.


Jeszcze jeden przepis na czekoladowy deser z tego co w szafkach. Chińskie ryżowe pączki w sezamowej skorupce z płynnym czekoladowym wnętrzem. Zaskakująca konsystencja, lekko ciągnąca i gumiasta. Chrupka, pysznie sezamowa skorupka. Doskonale okrągły kształt i ta wypływająca czekolada. Zjadam jednego i biegnę cieszyć się słońcem. Goście w drodze. Mam nadzieję, że coś dla nich zostanie. Zanim wąsaty nos zje wszystkie. A ja już myślę jak smakowałyby takie z cierpkimi owocami...


Chińskie pączki z czekoladą
12 kulek na 4 osoby
Ching-He Huang

-250g mąki z kleistego słodkiego ryżu
-65g cukru demerrara
-100ml wrzątku
-100ml zimnej wody
-80g ziaren jasnego sezamu
-100g połamanej dobrej, ciemnej czekolady
-olej do głębokiego smażenia

Cukier rozpuściłam we wrzątku. Mąkę wsypałam do miski, wlałam powoli gorący syrop, dolałam zimnej wody. Zmieszałam na gładką masę. Przez 5 minut wyrabiałam białe ciasto. Było elastyczne i miękkie. Z ciasta uformowałam 12 kulek, po 43g każda. W kulce robiłam wgłębienie, w które wtykałam kostkę czekolady, a nawet dwie. Zaklejałam i ponownie formowałam kulkę, kŧórą obtaczałam w sezamie. Smażył On na złoto. Podczas smażenia kulki pęcznieją i nabierają idealnego kształtu. Po rozkrojeniu ciepłej czekolada pięknie wypływa na talerz.

I jeszcze na szybko środek. Mniam! I to by było na tyle w ten Czekoladowy weekend. Beo w przyszłym roku w lutym...

sobota, 20 lutego 2010

Tydzień bez zakupów. Czekoladowy weekend.



O czekoladowym weekendzie rozmyślałam od dawna. Uwielbiam czekoladę. Inaczej tego nazwać nie można. A najbardziej tę w tabliczkach. Pamiętam jeszcze czasy prawdziwego kryzysu, kiedy to babcia wystawała dla nas w kolejce po sezamki i czekoladopodobny wyrób. Wtedy słowo tabliczka czekolady wywoływało we mnie przyjemny dreszcz. Gotowa byłam wpaść w sidła Baby Jagi, byleby choć przez chwilę móc cieszyć się smakiem okiennic, dachówek z owych tabliczek. Nic więc dziwnego, że kiedy pierwszy raz pojechałam do Belgii zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Malutkie sklepiki pełne czekoladowych pyszności: pralinek, tabliczek, fikuśnych figurek, obtaczanych w czekoladzie skórek cytrusów. Ulice całe, gdzie unosił się zapach czekolady. Można się spierać nad wyższością szwajcarskiej czy belgijskiej. Dla mnie ta z Beneluxu nie ma sobie równych. Kocham pyszne Neuhausy, szczególnie po tym jak odkryłam fabrykę i całkiem tani outlet. Lubię Gallera i jego małe wielosmakowe tabliczki (jednej jeszcze nie jadłam!) oraz nieśmiertelne kocie języki. Godziny mogę spędzać w pięknych sklepach Marcoliniego czy Wittamera i oglądać czekoladowe cudeńka. Nie pogardzę nawet Leonidasem. Tymczasem obok leciwych czekoladowych gigantów zakwitają w Brukseli nowe firmy, wnosząc powiew świeżości do czekoladowego światka.

Niedaleko osławionej Avenue Louise jest w Brukseli sklepik fabryczka, gdzie powstają czekoladowe niespodzianki. Twórcy Zaabaru podeszli do czekolady w niecodzienny sposób. I tak obok prozaicznych czekolad z cynamonem, chili, pistacjami mamy te z zielem angielskim, pieprzem syczuańskim, kolendrą. Połączenia tyleż zaskakujące, co pyszne. Na miejscu można skosztować wszystkiego, napić się gorącej czekolady i zaopatrzyć się pachnące tabliczki oraz przyprawy. Obejrzeć film o czekoladzie i wziąć udział w czekoladowych warsztatach. A nade wszystko patrzeć i patrzeć godzinami na obracające się koło z pysznie pachnącą masą.

Tydzień bez zakupów nie pozwolił mi na czekoladowe szaleństwo. Za to uruchomił czekoladową pomysłowość. Jak zrobić dobry i efektowny czekoladowy posiłek bez wizyty w sklepie. I oto są karmelki albo jak wolicie toffi. Z zielem angielskim to jedno z połączeń, które mnie urzekło.


Czekoladowe toffi z zielem angielskim
Pierre Hermes Desserts

Robiłam z połowy porcji

-280g glukozy (miałam tylko fruktozę i się nadała)
-280g cukru pudru
-440ml płynnej śmietanki kremówki
-120g dobrej gorzkiej czekolady
-40g masła
-utarte w moździerzu ziele angielskie (własny wymysł)

Czekoladę pokroiłam na wiórki. W rondelku podgrzewałam powoli śmietanę. W garnku z grubym dnem podgrzałam cukier prosty, do rozpuszczonego wsypałam cukier i podgrzewałam, aż powstał ciemnobursztynowy karmel. Do karmelu dodałam masło, zamieszałam. Wlałam powoli, uwaga buzuje, śmietankę. Wsypałam czekoladę. Mieszałam i podgrzewałam, aż masa miała 115-116 st. C (trwało to około 7 minut) Gorącą masę wylałam do prostokątnej formy dla całej porcji o wymiarach około 15x22. Formę proponuje wyłożyć papierem do pieczenia, bo inaczej trudno wyjąć zastygnięty prostokąt. Posypałam mielonym zielem i czekałam, aż zastygnie. Można wstawić do lodówki. Stężałe pokroiłam na prostokąty i zawinęłam w celofan jak cukierki.
Mam nadzieję, że gościom będzie smakować.


poniedziałek, 4 stycznia 2010

Drożdżowe na mrozy. Kranz cake Dana Leparda.

Lubię zimę. Śniegi, zaspy, zawieruchy. Mróz mrozi smutek i strach. Niepewność zostawia jesieni. Pozwala wiośnie zakwitnąć nadzieją. Gdy pada śnieg na chwilę przyklejam do szyby nos. Zakładam wielkie buty, swetrzysko, obwiązuje szalikiem pół siebie i idę. Na spacer. Jak pies biegam po zaspach. Wskakuję po uda w białe góry. Zdmuchuję z dłoni płatki. Tarzam się jak maluch, maluję orły i piszę śladami wiadomość chwili. Zmęczona i mokra wracam do domu na kawałek drożdżowego placka.

Drożdżowy zaplataniec z czekoladą i orzechami
czyli Kranz cake z Dan Lepard "Exeptional cakes:

Ciasto z tej książki musiało się udać. Jak wszystkie dotychczas. Pyszne, dość ciężkie, nie przesadnie czekoladowe. Zapraszam. Jak zwykle piekłam z połowy porcji. Starczyło na formę do keksa 25 cm.

Składniki:
-7g drożdży instant lub 21g świeżych
-500g mąki pszennej chlebowej lub wysokobiałkowej białej
-1 łyżka ciepłej wody źródlanej
-150g serka śmietankowego lub Philadelphia
-150g kwaśnej śmietany
-150g drobnego cukru
-150g roztopionego masła
-4 żółtka

Nadzienie:
-100g orzechów włoskich
-100g drobnego cukru
-100g dobrej gorzkiej czekolady

W miseczce mieszamy drożdże z dwoma łyżkami mąki i wodą, na gładkie ciasto. Przykrywamy folią i odstawiamy na dwie godziny, powinno ładnie urosnąć.
W dużej misce mieszamy ser, śmietanę, cukier, masło i żółtka na gładką masę. Mieszając dodajemy zaczyn i pozostałą mąkę. Wyrabiamy gładkie ciasto. Dodajemy sól. dalej wyrabiamy, aż ciasto zacznie odstawać od ręki lub od ścianek miski miksera. Ti tłuste ciasto, stąd trwa to dość długo. Wkładamy do miski, przykrywamy folią i wstawiamy na 8-12 godzin do lodówki. Na pół godziny przed planowany formowaniem wyciągamy z lodówki. Wszystkie składniki nadzienia mieszamy w melakserze, najpierw orzechy i cukier na drobno, potem czekoladę, tak by zostały większe kawałki. Na oprószonej mąką stolnicy wałkujemy ciasto na prostokąt dwa razy dłuższy niż foremka. Ja przed wałkowaniem uformowałam kulę, której dałam odpocząć kwadrans. Rozwałkowane ciasto posypujemy równomiernie nadzieniem i zwijamy jak makowiec. Następnie ostrym nożem rozcinamy wałek z ciasta wzdłuż i zaplatamy jak sznurki. Wkładamy niedbale do formy, wysmarowanej tłuszczem. Odstawiamy do wyrastania na 2 godziny. Pieczemy w 15 minut w temperaturze 180 st. C, a następnie 25-30 minut w temperaturze 160 st. C. studzimy przez kwadrans w foremce, a następnie na kratce. Kroimy całkowicie wystudzone.

Ewentualnie: żółtko z mlekiem do posmarowanie i woda z cukrem do posmarowania upieczonego ciasta. Posmarowałam mlekiem z cukrem tuż po wyjęciu z piekarnika.

LinkWithin

Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin