Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia wegerariańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia wegerariańska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Soba ze smazonym tofu i kalafiorem czyli obiady półtoraroczniaka

Z przyjemnością patrzymy na nasze dziecko z radością odkrywa nowe smaki, kształty i konsystencję. Lubi bawić się surowymi warzywami, rozmazywać po stoliku pasty, nabijać na palce maliny. Jak dotąd kategorycznie odrzuciło tylko mleko modyfikowane i dość sceptycznie podeszło do brukselki, choć za każdym razem dzielnie próbowało A nuż ta będzie dobra. Pozostałe rzeczy bywają przez kilka dni przysmakiem, by potem ustąpić na chwilę miejsca innym produktom. I tak choć uwielbia seka, gdy ma do wyboru serek i hummus, wybierze humuś. Jednego dnia zajada się malinami, by innego dnia nawet na nie nie spojrzeć, bo jest gruszka i mięsek. Na jedno tylko zawsze ma ochotę: tofu.
Oto szybki obiad zbyt fusion jak powiedział On, w którym wykorzystałam resztki pałętające się po lodówce, na którego widok dziecko zawołało: O tofu, kalafali! I paskudne zdjęcie. Miłego poniedziałku. A na deser ciastka, które były wczoraj.

Soba ze smażonym tofu i kalafiorem*
 2-3 osoby

- półtorej wiązki makaronu soba na osobę
 
- kostka tofu
-1/3 kalafiora, pokrojonego na drobne różyczki
-garść zielonych szparagówek lub zielonego groszku
-ząbek czosnku
-1/2 małej papryczki chili
-imbiru tyle co opuszka kciuka
-3 łyżki sosu teriyaki
-1 łyżka jasnego sosu sojowego
-2 łyżeczki miodu
-1 łyżka ojeju sezamowego
-1 łyżka oliwy
-sól

Makaron ugotowałam według instrukcji na opakowaniu, tuż przed podaniem
Kalafiora i fasolkę ugotowałam al dente w osolonej wodzie.
Tofu pokroiłam w kostki i usmażyłam na złoto na oliwie.
Czosnek, chili i imbir pokroiłam w drobniuteńką kostkę, wrzuciłam do miski, dodałam pozostałe składniki sosu bez soli. wymieszałam i wylałam na patelnię. Gotowałam 3 minuty. Wrzuciłam tofu i warzywa i smażyłam 5 minut. Podałam na makaronie.

*inspiracja od Moniki

środa, 10 lipca 2013

Kalarepa ta jest krzepa czyli moje odkrycie sezonu


Od dziecka zajadałam się kalarepą. Obrana i pokrojona w ósemki po prostu znikała w mojej wiecznie głodnej paszczy. I może dlatego, nigdy nie przyszło mi do głowy, aby wykorzystać ją w kuchni. Swoją drogą, nigdy nie przyszło mi też do głowy, żeby kupić dwie kalarepy, jedną zjeść, a drugą przerobić. Dopiero we wczesnej dorosłości wpadłam na pomysł ugotowania dziwnej kapusty z marchewką. Chyba musiałam mieć wtedy założone szwy na dziąsłach, a jakże, ósemki. Dlaczego  nie zjadłam jej na surowo, pozostaje do dzisiaj zagadką. Owszem, z marchewką komponowała się niczego sobie. Nie przebiła jednak duetu z groszkiem, stąd szybko poszła w zapomnienie. Mój apetyt na kalarepę osiągnął swoje apogeum, kiedy zeszłej jesieni trafiłam na kilka miesięcy do szpitala. Nie był to co prawda sezon na warzywo, ale ja po prostu musiałam ją jeść. Pytana przez potencjalnych odwiedzających co mi przynieść, Kalarepę i dwuzłotówki na telewizor, mówiłam bez zastanowienia. Ze szpitala wyszłam, świat przewrócił mi się do góry nogami, sezon znowu przeminął, a ja nadal chcę jeść kalarepę. Kupuję po dwie, trzy. L. nauczony tygodniami wycieczek do szpitala donosi swoje i tak co raz staję przed wyzwaniem przerobienia kalarepy na coś innego niż ósemki do pogryzania. I tak zrobiłam kalarepę do chińsku!

Przepis pochodzi z najnowszej książki Fuschii Dunlop Every Grain of Rice, której zdecydowanie należy się osobny wpis. Obiecuję!

Cały widz tej prostej surówki, polega na odpowiednim pokrojeniu kalarepy. Tak, tak kształt jest tu ważny. Najlepiej pewnie skorzystać z mandoliny, której nie wiem dlaczego jeszcze nie posiadam. Zwykłym nożem też idzie. Drugi ważny element to maceracja w soli i dokładne odciśnięcie. Tak przygotowane warzywo, może być bazą też do innych, bardziej europejskich surówek na przykład z cytrynowo-oliwnym winegretem z dużą porcją oregano czy innym ulubionym. Nie skłamię, jeśli powiem, że jemy ją średnio raz w tygodniu. Mówiłam, że się zakochałam w kalarepie.


Surówka z kalarepy po chińsku

Porcja dla dwóch osób jako solidna przystawka
-1 solidna kalarepka
-1 czubata łyżeczka soli
-2 łyżki siekanej zielonej cebuli/młodej dymki
-1 łyżeczka jasnego sosu sojowego
-1 łyżeczka drobniutko pokrojonego czosnku (daję ząbek)
-1 łyżeczka chińskiego octu Chinkiang (w każdym sklepie z żywnością orientalną powinien być)
-1/4 łyżeczki cukru
-1 łyżeczka oleju sezamowego

Kalarepę kroję na pół, potem w cieniutkie plasterki, a następnie każdy w cieniutkie paseczki. Otrzymuję górę cienkich zapałek. Wkładam do miseczki i mieszam z solą. Odstawiam na kilkanaście minut i potem rękami, wyciskam jak najwięcej płynu, który odlewam. Tak przygotowana kalarepka, jest miękka i stanowi bazę do innych surówek.
Cebulki kroję drobno.
Z pozostałych składników robię sos: mieszam wszystko w miseczce. Zalewam sosem kalarepę, mieszam. Na wierzchu posypuję cebulką. 

Aż mi głupio, że to takie proste, ale naprawdę pyszne. W poprzednim wpisie znajdziecie sposób bliskowschodni na kalarepę.


poniedziałek, 8 lipca 2013

Moje i jej Jerusalem

Czytam jej bloga od początku. Wiem, że jej post jest już gotowy. Pisała go długo, pieczołowicie wygładzając szczegóły. Zrobiła  piękne zdjęcia. Ja siadam w ostatniej chwili i naprędce sklecam swoje zdania. Zdjęcia mam gotowe, ale umówmy się: nie poświęcam im specjalnie dużo uwagi.

Czytam jej bloga od początku i w co drugim poście znajduję coś, z czym się nie zgadzam. Oj, mam ochotę się z kłócić i przekonywać ją do swoich racji. Szczęśliwie udaje mi się powstrzymać. Wiele rzeczy bierze na poważnie, podczas gdy ja obracam wszystko w (kiepski?) żart. Wiele spraw poddaje głębszej analizie, gdy ja tylko prześlizguję się po powierzchni. Jest odważna, ja podkulam tylko ogon. Inna jest zupełnie niż ja. A jeszcze: lubi sprzątać, nie chcecie widzieć jak wygląda aktualnie mój dom. Nie chce mieszkać tu gdzie ja, nigdy jej tego nie wybaczę. Nie widzi perspektyw tam, gdzie dla mnie jest morze możliwości. Nie lubi makaronu, słyszał ktoś coś takiego. Nie przepada za herbatą, pozostawię bez komentarza. Lubi koty, ja pewnie nigdy się do nich nie przekonam. Drażnią ją opowieści o dziadkach i babciach, a ja tak je uwielbiam. Wymieniać mogę bez końca, bo z pozoru różni nas wszystko. Wyglądem też się różnimy, na moją niestety niekorzyść.

Czytam jej bloga od początku. Ciągnie mnie coś do niej, czy jak? Czasem uda nam  spotkać wirtualnie, rzadziej tak prawdziwie. A wtedy znikają gdzieś  różnice (oprócz tej w wyglądzie). Łapię się na tym, że może, może coś nas łączy. Każda chce być po prostu, choć na swój sposób, szczęśliwa, szuka swojego miejsca. I wiecie co? Nie chcę zapeszać: obie znalazłyśmy. Sól z Maldon też lubimy obie.

A dziś obie zapraszamy na sałatki z książki, która o dziwo podbiła dwa tak różne serca. Każda wybrała, coś dla siebie i dla tej drugiej. Jestem przekonana, że żaden z wyborów się nie pokryje. Polko oto moje sałatki.

Dla ciebie wybrałam sałatkę z młodych liści szpinaku, wydała mi się piękna w swojej prostocie, jak ty. Kulinarnie kojarzysz mi się też z zielonym (designersko z białym, a modowo z żółtym), stąd musiało być z liściem roli głównej. Pomyślałam, że lubisz bakalie i połączenie z młodym szpinakiem może ci się spodobać: zdrowe i pełne energii. Przyznaję, miałam wątpliwości co do kawałków pity, ale zawsze można użyć pełnoziarnistej czy razowej mąki i zrobić wszystko w domu, u mnie były orkiszowe. Postaw na dobre składniki, wiesz najlepiej jakie to ważne. Nie wiem tylko, co ze smażeniem i masłem, ale to było takie dobre. Spróbuj koniecznie!

Sałatka z liści młodego szpinaku z daktylami i migdałami dla Polki

-1łyżka białego octu winnego (u mnie z Sherry)
-1/2 czerwonej cebuli pokrojonej w cienkie pasterki
-100g dobrych daktyli bez pestek, pokrojonych wzdłuż na ćwiartki.
-30g masła
-2 łyżki oliwy
-2 małe pity podarte na kawałki
-75g migdałów grubo pokrojonych
-2 łyżeczki sumaku 
-1/2 łyżeczki płatków chili
-150g młodych liści szpinaku (wzięłam więcej)
-2 łyżki soku z cytryny
-sól do smaku

Cebulę, ocet i daktyle wrzucamy do miseczki. Dodajemy szczyptę soli i dobrze mieszamy dłońmi, dobrze wyciskając. Zostawiamy na 20 minut. Po tym czasie odcedzamy, płyn wylewamy.
Masło i łyżkę oliwy rozgrzewamy na patelni. Smażymy kawałki pieczywa i migdały 4-6 minut, mają być chrupiące, złotobrązowe. Mieszamy z sumakiem, chili i 1/4 łyżeczki soli. Studzimy.
W misce mieszamy liście szpinaku, cebulę z daktylami i smażoną pitę z migdałami. Dodajemy łyżkę oliwy, sok z cytryny i szczyptę soli. Jemy bez zwłoki.

Dla siebie wybrałam sałatkę z kalerepy. Tak po prawdzie skojarzyła mi się też z Polką: zielona, świeża i (wtedy jeszcze) sezonowa, ale na pewno nie wybrałyśmy tej samej sałatki, a ja musiałam mieć kalarepę. Od prawie roku nieustannie jem kalarepę, zaczęło się kiedy trafiłam zeszłej jesieni do szpitala. Na pytanie czy coś ci przynieść: Dwuzłotówki na telewizor i kalarepę, informowałam potencjalnych odwiedzających. Żarłam te kalarepę bez opamiętania, choć wcale nie była to pora i tak mi zostało. O moim kalarepowym hicie tej wiosny będzie kolejny post. A dziś kalarepa z rukwią. Proszę!

Sałatka z kalarepy

-3 średnie kalarepki
-80g greckiego, gęstego jogurtu
-70g gęstej kwaśnej śmietany
-50g gęstej słodkiej śmietany (u mnie po prostu kubek 22% gęstej śmietany)
-1 mały ząbek czosnku, drobno pokrojony
-2 łyżki soku z cytryny
-1 łyżka oliwy
-3 łyżki świeżej mięty, posiekanej
-solidna garść rukwi wodnej
-1/4 łyżeczki sumaku
-sól i biały pieprz 

Kalarepę obieramy i kroimy w kostkę około 2cm. W misce mieszamy jogurt, śmietanę, oliwę, czosnek, przyprawy bez sumaku, sok z cytryny. Mieszamy  z kalarepą, miętą i połową rukwi. Ewentualnie dodajemy soli i pieprzu. Podajemy przybrane pozostałą rukwią i sumakiem.

Oba przepisy pochodzą z książki Ottolenghi i Tamimi Jerusalem

niedziela, 16 czerwca 2013

Świeć przykładem: marchewka

 Czy rodzice mogą mieć oczekiwania wobec dzieci? Czy raczej powinni stać z boku. Podtrzymywać, podawać pomocną dłoń, a gdy trzeba zastawiać drogę? Często zastanawiamy jaka będzie nasza córka. Jak będzie wyglądać. Gdzie będzie ją ciągnąć, a od czego odpychać. Jakich dokona wyborów. Nie mamy dużych oczekiwań.Jednego tylko będzie nam żal: Co my zrobimy jak będzie niejadkiem?
 W tym celu już od małego wzięliśmy się do pracy. Kochanie, nauka przez modelowanie. Od tygodnia jesteśmy w fazie warzyw, głównie nieśmiertelnej marchewki. Siadamy wspólnie do stołu i jemy: marchewkę. My w kawałkach, ona w wersji piure (jak to przeczytałam w jakiejś książce). Jest wesoło pycha, mniam, mniam mniam (rodzice), ej, aj, agu (dziecko), ale chyba działa. 

Młoda marchewka* po marokańsku
według Ottolenghi a jakże

Trzy porcje jako solidny dodatek obiadowy. Podane zostało z pilawem z bulguru i sałatką z burakiem buraka to nie będziemy jej dawać tak od razu, chyba, że kupisz mi fartuch

-1kg młodych marchewek

-4 łyżki oliwy
-1 średnia cebula, drobno pokrojona w piórka
-1 łyżeczka cukru
-3 ząbki czosnku posiekane lub przepuszczone przez praskę
-1 czerwone chili drobno pokrojone
-1 zielona cebula drobno pokrojona
-1/8 łyżeczka mielonych goździków**
-1/4 łyżeczka mielone imbiru
-1/2 łyżeczka mielonej kolendry
-3/4 łyżeczki mielonego cynamonu
-1 łyżeczka słodkiej papryki
-1 łyżeczka mielonego kuminu
-1 łyżka octu z sherry
-1 łyżka siekanej skórki kiszonej cytryny***
-spora garść siekanej kolendry
-120ml greckiego, gęstego jogurtu
-sól
-ewentualnie liście młodziutkich marchewek do przybrania

Marchewki obrałam i pokroiłam  w dość grube talarki, większe przekroiłam na pół. Wrzuciłam do dużego garnka z wodą, zagotowałam i na małym ogniu gotowałam 10 minut. Odcedziłam. Na patelni rozgrzałam oliwę i smażyłam cebulę, mieszając około 10 minut, nie powinna za nadto zbrązowieć. Dodałam marchewki i pozostałe składniki oprócz jogurtu i kolendry. Chwilę mieszałam, zestawiłam z ognia. Wystudziłam. Na talerzu rozłożyłam natkę, marchewkę, jogurt i kolendrę.

Danie w sam raz do pudełka lunchowego. Chyba też w miarę szybkie, także dołączam do moich osobistych: Pudełko dla Joanny i 5 minut dla Dominiki.

 *niemowlętom o tej porze roku radzi się nie podawać młodych marchewek, ze względu na ewentualną zawartość azotanów, stare warzywa zdążą sobie azot z ziemi lepiej przyswoić, młode odkładają właśnie w postaci tychże.

 **lub tłuczonych w moździerzu

 ***przepis mam nadzieję wkrótce

czwartek, 6 czerwca 2013

Medytacje nad miską soczewicy dla M.

A wiesz mi to już chyba nic do szczęścia nie brakuje - wyraziłam w rozmowie z E. mało popularny pogląd. No wiesz, bo to zależy jak ktoś sobie ustawia poprzeczkę - odpowiedziała jak zwykle zanurzona w swoich myślach, po raz kolejny przegapiając chwilę, by cieszyć się moim szczęściem. Długo potem myślałam, o tej poprzeczce. I wiecie co? Doszłam do wniosku, że rzeczywiście, to zależy. To zależy, jak ktoś sobie ustawia poprzeczkę. A najlepiej tym, którzy sobie nie ustawiają. Samemu sobie kłody walić pod nogi, jakież to dziwne? Trzymam z tymi, co cieszą się tym co mają, nie tracąc czasu na to, co im niepisane. Nie zdobywam, nie zgarniam, nie uganiam się. Redukuję. Marnuję swój cenny czas? Los i tak sobie o mnie przypomni. A dania z soczewicy dedykuję M., której los poprzeczkę postawił naprawdę wysoko. Dasz radę, jedz na zdrowie! I medytuj!


Wszystkie dania pochodzą z książek firmowanych przez Ottolenghi (nie nie zapominam o drugim panu, tu puszczam oko do Polki), o których pisały już chyba wszystkie moje ulubione blogerki. Nie będę powielać zachwytów, chociaż może je właśnie warto mnożyć. To  książki doskonałe i póki o nie mogę się zdecydować, która najlepsza. Dania może mało sezonowe, ale za to dobre, gdy za oknem burza i nie chce się wychodzić po zakupy: bo IV piętro bez windy, bo wózek ciężki, bo mogłabyś już w tym wieku mieszkać lepiej, no wiesz. Pyszne, sycące na długie godziny przy stole z browarnikiem (kolejna odsłona szalonego szkutnika i budowniczego) lub do koszyka na lunch z budowniczym (patrz szkutnik, piekarz, browarnik). Zresztą zawsze można zamieszkać w stodole.

  
Soczewica z selerem korzeniowym i orzechami

Zaskakująco dobra przekąska, sałatka, danie jak chcecie i kolejna osłona, mam wrażenie pomijanego w naszej kuchni, selera korzeniowego. W oryginale był jeszcze olej z orzechów laskowych pominęłam z braku. Świeża mięta doskonale rośnie na balkonie, tylko odsuńcie doniczkę od innych kwiatów, bo wam się rozejdzie diablica. Podobnie tymianek cytrynowy, mniej podstępny za to konsekwentny.

Składniki na 4 porcje lub 2 solidne dla głodomorów na wsi:
-60g orzechów laskowych
-200g zielonej soczewicy
-700ml wody
-2 liście laurowe
-4 gałązki tymianku cytrynowego lub zwykłego
-jeden solidny seler korzeniowy
-6 łyżek dobrej oliwy
-3 łyżki białego octu balsamico
-4 łyżki siekanej mięty
-sól i pieprz do smaku

Soczewicę ugotowałam w wodzie z solą przez 25-30 minut. Mój L. nie lubi za bardzo al dente, nie może się jednak rozpadać. I weź tu uchwyć ten moment. Selera pokroiłam w centymetrowe plastry, a następnie w takież zapałki długości 3-4 cm. Ugotowałam 12 minut w osolonej wodzie. Zmieszałam w misce składniki. W tym samym czasie prażyłam orzechy w temp.140 st. C przez 15 minut, gorące grubo posiekałam i do miski. Dodałam oliwę, ocet, sól do smaku i pieprzu dużo oraz miętę. I już, i dobry chleb, i jemy!

Soczewica z suszonymi/pieczonymi pomidorami i gorgonzolą

Sałatka wymaga nieco więcej zachodu i zużytych misek. W wersji oryginalnej ćwiartki pomidorów pieczemy 1,5 godziny w niskiej (120-130 st.C) temperaturze z odrobina oliwy, ciemnym balsamico i tymianku. Ja dwa pomidory upiekłam, ale resztę zastąpiłam dobrej jakości suszonymi, które zamarynowałam z tymiankiem, oczywiście cytrynowym i balsamico. Dobre sycące, w sam raz na przerwę w trakcie warzenia piwa. Według L. pieczone pomidory lepiej podkreślają smak sera.

Składniki:
- mała czerwona cebula pokrojona w cienkie plastry
-1 łyżka octu z sherry
-1 łyżka obrej soli morskiej
-250g zielonej soczewicy
-3 łyżki oliwy
-ząbek czosnku posiekany drobniutko
-3 łyżki siekanej natki
-3 łyżki szczypioru
-3 łyżki koperku
-80g gorgonzoli
-pieprz
-10 suszonych pomidorów (20 połówek) lub pieczone 5 pomidorów

Cebulę, ocet i sól włożyłam do miseczki, dobrze pomieszałam i zostawiłam do zamarynowania na czas gotowania soczewicy. Soczewicę ugotowałam jak w poprzednim przepisie. Gdy wystygła pomieszałam z cebulą w zalewie, pomidorami (usunęłam tymianek), czosnkiem, oliwą i zieleniną. Doprawiłam. Podałam przybrane kawałkami sera.


Mejadra czyli soczewica z ryżem i chrupką cebulą

To bliskowschodnia wersja jednego z naszych ulubionych dań gdy nic nie ma w lodówce, a coś trzeba wziąć na drogę: ryżu z fasolą mung. Danie to ma swoją nazwę, ale ja mówię na nie kaczadi.  Kaczadi dostawałam nawet czasem w pudełku do szpitala (jako pacjent). Tu jak widać nazwa równie wyszukana. Przyjemność jedzenia nie mniejsza. Wizualnie nie odpowiada? To zamknijcie oczy, gwarantuję, że przeniesiecie się w błogi czas dziecięcych zabaw na dworzu, kiedy to dzieci mogły latać do woli czyli zmroku bez opieki dorosłych, a głodne wpadały do któregoś z domów na racuchy, bigos czy zabielany barszcz.

Składniki:
-250g zielonej lub czarnej soczewicy
-700g cebuli
-3 łyżki mąki
-250g neutralnego oleju do głębokiego smażenia u mnie ryżowy
-2 łyżeczki ziaren kuminu lub łyżeczka mielonego
-1 czubata łyżka ziaren kolendry
-2 łyżki oliwy
-1/2 łyżeczki kurkumy
-1 czubata łyżeczka tłuczonego ziela angielskiego
-1 czubata łyżeczka cynamonu
-1 łyżeczka cukru
-200g ryżu basmati u mnie brązowy
-350-500 ml wody
-sól i pieprz

Soczewicę gotujemy około 15 minut w lekko osolonej wodzie. Odcedzamy. Cebulę kroimy w plasterki, mieszamy porządnie (brudźmy dłonie panie i panowie) w misce z mąką i łyżeczką soli i partiami smażymy na rozgrzanym (198 st.C i potem redukujemy ogień na czas smażenia, sprawdzamy od czasu do czasu temperaturę i ewentualnie podkręcamy) po 5-7 minut. Wykładamy na talerz lub durszlak wyłożony papierowym ręcznikiem i posypujemy delikatnie solą. Cebula ma być złota i chrupka. Garnek opróżniamy z oleju (olej zlewamy prze sito do puszki i oddajemy do jakiegoś zaprzyjaźnionego warsztatu na opał). Do garnka wrzucamy przyprawy w ziarnkach i chwilę prażymy. Dodajemy oliwę, pozostałe przyprawy, ryż, odrobinę soli, chwilę smażymy, następnie wlewamy  wodę i wrzucamy soczewicę gotujemy około 30-40 minut na malutkim ogniu (biały ryż około kwadransa). Ugotowane mieszamy z połową cebulą. Odstawiamy pod przykryciem na 10 minut. Połową posypujemy wierzch.
Całość podaję z gęstym jogurtem wymieszanym z dużą ilością posiekanej mięty, odrobiną oliwy i soku  z cytryny, ewentualnie drobno posiekanego ogórka.
 

sobota, 13 kwietnia 2013

Śmigać na spacer!


Parafrazując słynne blogowe hasło: Nie siedź przy garach, gdy słońce na niebie. Śmigaj na spacer. Buro? Oj a niedawno narzekałeś, że biało, to się zdecyduj. A jak nie odpowiada to odrobina zielonego w sałatce pomoże. Lekki wiosenny lunch: miska sałaty i świeży zakwasowiec. Pycha!

Zmykam na spacer. Kawa na zewnątrz, gazeta i śpiący w wózku ludek: wymarzony sobotni poranek. A ta sałatka jest naprawdę pyszna, nawet On nie miał zastrzeżeń!

Hiszpańska zielona sałata prosto z Barcelony

-1/2 szklanki suszonych moreli pokrojonych w cieniutkie plasterki
-1/2 orzechów laskowych, podprażonych na suchej patelni i otarty ze skórek
-miska mieszanych sałat (około 10 szklanek) najlepiej ostrych: u mnie rukola, endywia, roszponka i szpinak
-3 łyżki bardzo dobrego octu z czerwonego wina lub białego balsamico
-1 łyżka soku z pomarańczy
-1/2 łyżeczki miodu
-1/4 szklanki dobrej oliwy z oliwek
-sól i pieprz do smaku

Do miski wrzucamy opłukane i osuszone sałaty, morele i orzechy. Mieszamy w miseczce składniki sosu. Polewamy. I jemy. Dobra też wersja z suszonymi figami. z dodatkiem gęstego kremu balsamico, u mnie figowego.


wtorek, 19 lutego 2013

Obiad z szafki i domowe dolmy.

Tym przepisem miałam się z wami podzielić już nie raz (i nie dwa). Jednak zawsze  coś stawało mi na drodze. A to za szybko zjedzone, a to zdjęcia nieudane, a to ja zabiegana czy innym razem uziemiona (w pozycji leżącej). Choć teraz myślę, że podświadomie chodziło o coś zupełnie innego. Jaki sens ma dzielenie się przepisem, jeśli najważniejszy składnik pochodzi ze sklepu. Kto mnie zna, wie że największą radość mam z robienia rzeczy pozornie nie do zrobienia. Uwielbiam jak ktoś mi mówi A po co skoro można kupić? Z tym większym zapałem robię ketchup, musztardę, tofu...A on? On ma frajdę większą niż ja. Ostatnio po szale miso (przyda się osobny post, ale poczekam, aż dojrzeją kolejne partie) przyszedł czas na piwo. Szkoda tylko, że nie mogę go pić, ale obiecał zrobić mi bezalkoholowe. I jest umowa można je robić tylko w weekend przed dużym sprzątaniem. Tymczasem dziś banalnie prosto. Faszerowane liście winogron, dolmy. To obiad z tego co w szafkach, pod warunkiem, że ktoś ma szafki takie my. Doskonały na dni, kiedy nie w głowie wam maszerowanie po zakupy: bo katar, bo deszcz, bo woła was mały ssak. Zapraszam.

Kiszone liście można kupić w sklepach z turecką albo arabską żywnością, lecz jak już wiecie żaden to dla nas fun. Najlepiej dostać torbę liści od zaprzyjaźnionego działkowicza: mogą to być rodzice koleżanki, a nawet szefowa męża. Tak! Polska, pozornie nieciekawa winorośl sprawdza się znakomicie. Liście zbieramy w pełni wiosny, są dorodne i świeże. Kiszone dobrze się przechowują, ot te z wiosny właśnie teraz doczekały się otwarcia. A po otwarciu można je trzymać jeszcze kilka tygodni w lodówce. Nie musicie zużywać całej porcji. No i uwaga: "A wiesz w tym obiedzie to bym nic już nie zmienił" bezcenna.

Kiszone liście winogron
całkiem miłe źródło tu

-liście 30-40
-sól
-1/2 szklanki soku z cytryny lub pół łyżeczki kwasku cytrynowego
-miska z lodowatą wodą
-czysty słój

Zagotuj gar wody i dopraw ją solą, by smakowała jak morze. Cóż zdecydowałam się na znaną z kiszenia ogórków opcję czyli łyżka soli na litr. Wrzuć weń liście na 30-40 sekund i natychmiast przerzuć je do miski z lodowatą wodą. Wody nie wylewaj. Bierz po kilka liści i zwijaj je jak dywan. Następnie upychaj rulony w słoiku. Zagotuj szklankę wody z kwaskiem cytrynowym i zalej liści, dopełnij słoną wodą. Pasteryzuj około 15 minut w garnku z wrzątkiem.

Faszerowane liście winogron
inspiracje tu i tu
Nadzienie z pomidorem:
- szklanka krótkoziarnistego ryżu
-1 i 1/2 łyżeczki soli
-1 cebula, drobno pokrojona
-pęczek natki pietruszki
-6 siekanych ząbków czosnku
-1/2 szklanki oliwy
-duża szczypta tłuczonego ziela angielskiego
-duża szczypta cynamonu
-2 pomidory z puszki lub słoika
-garść rozynek
-garść orzeszków pini lub grubo siekanych migdałów
-szczypta cukru
-sok z cytryny
-pieprz do smaku

W garnku zagotować 3/4 szklanki wody, wrzucić ryż i gotować pod przykryciem 10 minut. Dodać pozostałe składniki i szklankę wody, gotować na bardzo małym ogniu ciągle mieszając, aż ryż wchłonie całą wodę.

Wersja mięsna była przy okazji nadziewanych cebul, które można też zrobić na wegetariańsko. Ponadto nadziewałam już w ten sposób ziemniaki, cukinie, papryki.


Rozkładamy liść na desce, żyłkami do nas. Kładziemy łyżeczkę nadzienia. Składany do środka górę i dół liścia, a następnie zwijmy jak naleśnik. Układamy w dość płytkim garnku garnku. Gdy dolmy wypełnią dno dolewamy szklankę wody i kilka łyżek oliwy i gotujemy na wolnym ogniu 10-15 minut. Można dodać kilka suszonych moreli, resztę pomidorów z puszki lub pastę z tamaryndowca. Smacznego!

sobota, 1 września 2012

Praca wre, a jeść trzeba. Dwa ekspresowe dania, gdy lodówka świeci pustkami.


No umówmy się nigdy u nas nie świeci. Mnóstwo w niej słoików z jego orientalnymi kiszonkami i domowym miso, moich słoików a niedojedzonymi dżemami. Tymczasem jesteśmy pochłonięci nowym przedsięwzięciem (pamiętacie to sprzed roku?). On montuje zblocza, ja piekę i gotuje na potęgę. Będziemy stawiać dom. Mam nadzieję razem z niektórymi z was. Sami rozumiecie, że nie mamy czasu na żadne wykwintne obiady. Oto, więc dwa dania z resztek, które można zrobić w ekspresowym tempie, ot pomiędzy jedną partią ciastek a smalcem. Zapraszam.

Lasangne z porami i boczkiem
przepis własny, choć dam głowę, że podobny jest w którejś z moich książek

Jedno z moich ulubionych kryzysowych dań. Można zrobić je w wersji wegetariańskiej z włoskimi orzechami i podać z gruszką i rokpolem. Jeśli wolicie bardziej wykwintne lasagne zajrzyjcie tutaj. A tu z kolei kolejna kryzysowa wersja z cebulą. 

-płaty makaronu lasagne (można zrobić samemu tak jak w przepisie na lasagne cebulową)
-3 pory, pokrojone w plastry (biała i jasnozielona część)
-20g boczku
-sól, pieprz, gałka muszkatołowa i ostra papryczka do smaku
-kilka gałązek świeżego tymianku
-kieliszek białego porto lub madery
-3 łyżki masła
-szklanka mleka
-czubata łyżka mąki
-tarty ser pecorino romano lub inny

Naczynie do zapiekania nasmarować masła. Dwie łyżki masła rozpuszczam w rondlu i rozprowadzam w nim mąkę na gładką masę, robię to małym ogniu. Następnie stopniowo dodaję mleko, cały czas mieszam. Ma powstać gładki sos. Doprawiam solą, gałką i pieprzem.
W drugim wytapiam tłuszcz pokrojonego w kostkę boczku, odlewam. Dodaje pozostałe masło i pory, tymianek. Duszę do miękkości. Na koniec dodaje maderę i czekam, aż odparuje. Doprawiam solą, pieprzem i papryką. 
Na dno naczynia do zapiekania wylewam łyżkę sosu, rozprowadzam, na to kładę warstwę makaronu, sos, warstwę porów, makaron i tak dalej. Na wierzchu musi być warstwa makaronu z sosem. Całość posypuje tartym pecorino lub parmezanem. Zapiekam w temp. 180 st. C przez 45 minut.

Zapiekanka ze starego chleba
Pounti rodem z Owernii
The whole hog czyli jedna z moich książek o świni

To moje ulubione danie w którym upycham zeschłe resztki domowego chleba. Podczas przygotowywanie nie prezentuje się zbyt apetycznie, ale wierzcie mi jest dobre. Do tego micha sałaty. Czy trzeba czegoś więcej?

-4 kromki starego, suchego chleba, połamanego na kawałeki
-250g mleka
-10 plasterków wędzonego boczku, pokrojonego w kostkę
-1/2 cebuli pokrojonej drobno
-175g surowego boczku pokrojonego w kostkę
-2 łyżki natki pietruszki
-2 łyżki siekanego szcypiorku
-jajko
-140g mąki
-40 suszonych śliwek bez pestek
-sól i pieprz do smaku

Piernik nagrzewamy do 200 st.C. Natłuszczamy kawałkiem boczku okrągłe, płytkie naczynie do zapiekania. W misce zalewamy mlekiem chleb i moczymy 10 minut lub dłużej, jeśli jest rzeczywiście stary. Na patelni Podsmażamy wędzony boczek i cebulkę około 10 minut, dodajemy sól i pieprz do smaku. Namoczony chleb i mleko miksujemy na gładką masę, dodajemy jajko, mąkę, boczek surowy i wędzony z cebulą, zieleniny, doprawiamy. Mieszamy z 30 śliwkami i wykładamy do naczynia. Wygładzamy powierzchnię i na wierzch wtykamy pozostałe śliwki. Pieczemy około 30 minut przykryte folią aluminiową, a następnie 45 minut bez folii. Voila!

piątek, 9 grudnia 2011

Adwentowo, kryzysowo: przeświąteczna tarta z makiem i cebulą.

Uwielbiam święta, ale chyba właśnie dlatego, że trwają ot tyle. Lubię ten żal, po minionym. Siedzenie w kupie na kanapie. I zapisywanie. W przyszłym roku to zrobimy więcej tego śledzia, a tego słodkiego to nie. I ta sałatka, była niepotrzebna. Ale sernik w dechę! A dostanę do domu uszek? Nie ma! Zapisz koniecznie w kalendarzu: więcej uszek.
I łza mi się kręci, że to już. Już po. W miejscu niespodzianki piętrzy się stos papierów i niedopowiedziane nie pozostaje nic. Ktoś wisi na telefonie, składając transoceanicznym życzenia. Inny zbiera chętnych na spacer, a chętny jest tylko pies. Ktoś bierze do rąk kostropatą bombkę O popatrz, ta bombka ma tyle lat co ja! I w gardle mnie ściska, bo to już po. I obiecuję sobie, że za rok nie dam tak szybko minąć tej chwili. Daje, bo w tej ulotności cały smak.
Nie przedłużam świat na siłę. Choinkę ubieram w wigilię z rana. Prezenty choć w głowie siedzą od dawno, kupuję na ostatnią chwilę. I nie jem ryb, ciast, uszek. Cieszę się, że to jeszcze przed. Ale śnieg to mógłby już spaść.

A dziś, awentowo, kryzysowo, sezonowo Tarta z cebulą w roli głównej. I piniole, luksusu garść. A dla tych co lubią święta przed świętami akcent: mak. A gdybym jednak zniknęła jak zapowiadałam, to już dziś życzę Wam pięknych świąt. Zdążyliście jednak zauważyć z moich zapowiedzi nici. Panie i panowie: Tarta!

Tarta z cebulą
stara książka o tartach i modyfikacje

-75g masła
- po 2 łyżeczki ziaren gorczycy czarnej i maku
-125g gram ugotowanych i utłuczonych ziemniaków
-150g mąki orkiszowej
-2 łyżki oliwy
-2 duże cebule pokrojone w plasterki
-125g sera mozzarella w plastrach
-25g orzeszków piniowych
-25g rodzynek
-sól i pieprz do smaku

Na patelni rozgrzałam 25g masło i smażyłam gorczycę, aż zaczęła podskakiwać. Pozostałe masło wrzuciłam do miski wraz mąką i roztarłam w palcach, dodałam ziemniaki, gorczycę z masłem, mak, sól i pieprz do smaku. Zagniotłam ciasto. Wylepiłam nim wysmarowana masłem formę prostokątną o dłuższym boku 25 cm, tak by brzegi były wyższe. Na patelni rozgrzałam oliwę i smażyłam cebulę 5 minut. Rozłożyłam na cieście, rozrzuciłam na niej piniole, rodzynki i plastry mozzarelli. Posypałam solą i pieprzem. Piekłam 30 minut w temp. 190 st.C. pyszna na zimno i na gorąco.

środa, 9 listopada 2011

Jarmuż na dwa sposoby.

Gdy oglądam jesienne stragany, oczy śmieją mi się na sam widok. Produkty, które jeszcze jakiś czas temu znałam tylko z zagranicznych, książek i artykułów ładuję szczęśliwa do rowerowej sakwy. Mamy tu dynię piżmową Butternut, arugule, karczochy i nawet te piękne białe bakłażany.

Gdy oglądam jesienne stragany, czegoś mi jednak brak. Lubię nowinki i zagraniczne cuda, ale mam wrażenie, że zbyt łatwo przyjmujemy obce mody. Z łatwością równą tej, z jaką zapominamy o rodzimych przysmakach. Gdzie podziały się stare odmiany jabłek: te wszystkie koksy i kronselki? Irgę i irysa zastąpiły jakieś amerykany. Próżno szukać stosów brukwi, skorzonery czy jarmużu.

Gdy oglądam jesienne stragany, to chciałbym widzieć więcej polskich warzyw. Dlaczego muszę kupować skorzonerę pochodzącą z Niemiec, a po brukiew jeździć aż do Sopotu (i dodam, że nie mieszkam w Trójmieście). Oczywiście dla chcącego nic trudnego, ale przyznacie, że bywa to kłopotliwe. No i zawsze pozostaje własna uprawa. W tym roku jeszcze nie, ale od czego są blogowe znajomości. Ptasiu dziękuję za siatkę jarmużu. Oto co z niego zrobiłam.

Portugalska zupa z jarmużem
Caldo Verde

Przepis to moja kompilacja różnych dostępnych receptur. Ta zupa to nic wielkiego. prosta, szybka, ale naprawdę pyszna.

-1kg ziemniaków
-300g jarmużu ( łodygi usunięte)
-1 cebula, posiekana
-1 ząbek czosnku, drobno krojony
- 1/2 czerwonego chili, drobno siekane
-1 mała kiełbasa chorizo lub z braku węgierska kiełbasa paprykowa (długo dojrzewająca) pokrojona na plasterki,
-1l rosołu, bulionu warzywnego
-3 łyżki oliwy
- sól, pieprz

Ziemniaki obrałam i pokroiłam w kostkę. Gotowałam w bulionie około 15 minut, po tym czasie wrzuciłam posiekany jarmuż. W tym czasie na oliwie zeszkliłam posiekaną cebulę przez 5 minut, dodałam czosnek i chili, smażyłam 2 minuty. Wrzuciłam do zupy wraz z plasterkami kiełbasy. Gotowałam 10 minut. doprawiłam solą i pieprzem.

Kolejny przepis pochodzi z książki The New Spanish Table Anyi von Bremzen, I przyznam Wam się, że miałam co do niej mieszane uczucia. Bo choć autorka pisze dla Food & Wine i jest laureatką James Beard Award, to książka w pierwszej chwili mnie odrzuciła. I nie pomogła zachęta Ferrana Adrii na okładce, w końcu nie wiadomo nigdy ile za to dostał. Dość, że książka wygląda jak przewodnik Wiedzy i Życia po Hiszpanii, a tych jako miłośniczka Lonely Planet nie cierpię. Te wszystkie rameczki, czcionki i wszystkie kolory tęczy. I zdjęcia nie wiadomo czego, zamiast solidnej patelni z paellą. Jednym słowem przewodnik dla Amerykanów z Zachodniego Wybrzeża, łzy, rozczarowanie i dlaczego Ty zawsze wierzysz tym opiniom na Amzonie. I cholera wiecie co? Ta książka jest niezła. Co przepis to dobry. Obiad czy deser, pamiętacie ten tu, wszystko znika z talerzy. Nie jest to klasyka hiszpańskiej kuchni. Pani von Bremzen podróżowała po Półwyspie i wyciągała przepisy od hiszpańskich szefów Kuchni. Mamy tu tradycję przemieszaną z nowoczesnością. Dużo prostych jednogarnkowych dań, po przymknięciu oka na grafikę, przejrzysty układ rozdziałów. Trochę anegdotek i opisów lokali. Nie ma zdjęć wszystkich potraw, ale od czego jest wyobraźnia. W sumie: polecam!

Zapiekanka z ziemniaków i jarmużu
Trinxat de la cerdanya

-600g ziemniaków, obranych pokrojonych w kostkę
-300g jarmużu, twarde łodygi usunięte, posiekany
-sól
-pieprz
-3 łyżki oliwy
-50g pancetty w plasterkach, drobno posiekanej, może być chudy boczek
-2 ząbki czosnku, posiekane

Ziemniaki gotujemy przez 15 minut w osolonej wodzie, dodajemy do nich jarmuż i gotujemy kolejne 1o minut. Odcedzamy dobrze i przekładamy do miski. Niedbale tłuczemy. Na łyżce oliwy smażymy pancette przez minutę, dodajemy cebulę i szklimy 5 minut. Dodajemy czosnek i smażymy 2 minuty. Całość łączymy z masą ziemniaczaną, mieszamy. Naczynie do zapiekanie smarujemy oliwą i wykładamy masę ziemniaczaną, wierzch smarujemy też oliwą. zapiekamy 15 minut w temp. 180 st.C

Update: W moim sklepiku eko jest jarmuż kurka! I to wcale niedrogo jak na sklepik eko.

poniedziałek, 31 października 2011

Dyniowe zupy na Festiwal.


Kiedy byłam młodsza bardzo często rezygnowałam z zupy. - Zup nie jadam! Samo drugie danie! Ale bez zupy poproszę! Krzyczałam do cioć, babć, obozowych kucharek i kolonijnych wychowawców. Zupa była niemodna w świecie rachitycznych dziewczynek wiecznie dbających o linię. Zresztą ziemniaki z drugiego dania też ciągle lądowały w śmieciach. Nie wiem skąd wzięło się to umieszczanie zup na indeksie, tak jak nie wiem skąd wzięło się to chorobliwie, a często i chorobowe odchudzanie. Wiem jedno: mam to za sobą! Choć trzeba przyznać, że nigdy nie byłam za bardzo w temacie. Lubię jeść! Zupy też.

Zupę można zrobić dosłownie ze wszystkiego, nawet z przysłowiowego gwoździa. Na szczęście o tej porze roku nie musimy szukać koloru w zardzewiałym żelastwie. Mamy dynie! Oto moje dwie dyniowe zupy ostatnich dni. Pyszne, pożywne i kolorowe. Doskonałe w domowym zaciszu, jako lunch do pudełka i na długie godziny po gołym niebem przy budowie domu. Dołączam i je do Dyniowego Święta.
Hiszpańska zupa z dynią i gruszką
Olla gitana

A właściwie treściwe warzywne danie jednogarnkowe, podawane z kuskusem. Ja zrobiłam do niego pełnoziarnisty drobny bulgur, jako że unikam wysokoprzetowrzonych przetworów zbożowych. Ciekawe jest tu zestawienie całkiem deserowej gruszki i warzyw.

-1 szklanka suszonej ciecierzycy namoczonej przez noc
-1 spora marchew pokrojona w kostkę w grubą kostkę
-10 szklanek bulionu lub wody
-1/2 kg dyni najlepiej piżmowej pokrojona w 2-3 cm kostkę
-300g zielonej fasolki szparagowej, pokrojonej w 3 cm kawałki
-2 małe, twarde gruszki, obrane i pokrojone w kostkę jak wyżej
-sól morska i świeżo mielony pieprz
- 2 łyżki oliwy extra-virgin
-3 spore ząbki czosnku, drobno siekane
-8 obranych ze skórki migdałów
-1 cebula drobno szatkowana
-1 łyżeczka wędzonej papryki słodkiej
-2 dojrzałe, drobno krojone pomidory
-szczypta szafranu
-2 łyżeczki dobrego octu z czerwonego wina
-2 łyżki liści świeżej mięty

-kuskus do podania, ew. grillowane kromki domowego chleba

Szafran rozcieramy na puder w moździerzu i zalewamy 3 łyżkami wrzątku.
Do garnka wrzucamy marchew i namoczoną przez noc cieciorkę, zalewamy 6 szklankami bulionu lub wody, doprowadzamy do wrzenia. Zmniejszamy ogień i gotujemy przez 1 godzinę i 15 minut pod przykryciem. Od czasu do czasu odszumowujemy.
Dodajemy pozostały bulion/wodę, wrzucamy dynię, fasolkę szparagową i gruszki, doprawiamy solą i pieprzem. Zwiększamy ogień, aż się zagotuje. Redukujemy ogień i wolno gotujemy pod przykryciem 15-20 minut. Warzywa powinny być miękkie.
W tym czasie na rozgrzaną oliwę wrzucamy czosnek i migdały. Smażymy 2 minuty. Przekładamy do moździerza i rozcieramy na pastę. Na tej samej patelni szklimy cebulę przez 5 minut. Dodajemy paprykę i chwilę mieszamy. Dodajemy pokrojone pomidory i dusimy 7 minut.
Do ganka z warzywami dodajemy wodę z szafranem, pomidory z cebulę i gotujemy kolejne 5 minut, część warzyw powinna się rozpaść. Na koniec dodajemy pastę czosnkowo-migdałową, ocet i ew. sól i pieprz. Posypujemy listkami mięty.

Przepis z wspominanej już przeze mnie książki The New Spanish Table


Zupa z dyni piżmowej i masła orzechowego
Butternut and nut butter soup

Pyszna bez dwóch zdań, zwłaszcza jeśli masło orzechowe zrobicie sami. Przepisów na nie znajdziecie mnóstwo w sieci, ja swoje zawsze robię tak. Wolę gdy masło jest crunchy, niż gładkie jak nie wiem co.

-1kg dyni piżmowej: obrana, pokrojona na kawałki, pozbawiona gniazd nasiennych
-łyżka masła
-1 cebula, poszatkowana
-1 mała papryczka chili, pozbawiona nasion i drobno pokrojona
-kawałek imbiru ok. 3 cm, starty
-1 ząbek czosnku, drobno pokrojony
-1 litr warzywnego bulionu lub wody
-230g masła orzechowego
-sok z 1 limonki
-3 łyżki siekanej natki kolendry plus do podania
-prażone pestki dyni do podania
-kilka płatków chili do podania

W garnku roztapiamy masło, szklimy na nim cebule, dodajemy chili, imbir i czosnek i smażymy kilka minut. Dodajemy dynię, solimy, pieprzymy i mieszając smażymy 5 minut. Wlewamy bulion/wodę, doprowadzamy do wrzenia, redukujemy ogień i gotujemy pod przykryciem około 20 minut. Miksujemy na krem. Dodajemy masło orzechowe i dalej miksujemy. Wrzucamy kolendrę. Podajemy posypane pestkami dyni, chili i kolendrą. Zaskakująco pyszne.

Przepis z książki River Cottage Everyday.

Zapisuję w osobistym cyklu Pudełko dla Joanny, który pokazuję jak radzić sobie z jedzeniem poza domem.

Zupy biorą udział:

niedziela, 23 października 2011

Pikle roku: koreańskie pikle ze wszystkiego.

Nie wiem jak to się stało, że dotąd nie podzieliłam się z wami przepisem na te koreańskie pikle. Są pyszne i nie skłamię, jeśli powiem, że na stałe zagościły w naszej kuchni. Obok kimchi, koreańskiej tradycyjnej kiszonki z kapusty, ale nie tylko, stanowią naszą codzienną przystawkę do azjatyckich dań. Jednak w przeciwieństwie do kimchi, która jest trudna w smaku te pikle zadowolą delikatne podniebienia europejczyków. Są łagodne na tyle, że pasują też do naszych rodzimych dań. No i przygotowanie: banalne. Podczas gdy kimchi wymaga wielkiej powierzchni, wielosiatkowych zakupów i wielkiej pięciolitrowej kanki, a kuchnia podczas przygotowania przypomina salę plastyczną dla pięciolatków, pikle to danie dla opornych kawalerów, którzy mają tylko jeden nóż. O mojej trudnej miłości do kimchi pisałam tutaj, a dziś Panie i Panowie nasz PIKIEL ROKU.
Przepis pochodzi z książki Davida Changa właściciela restauracji Momofuku, o której zdarzyło mi się kilka razy napisać, więc tym bardziej zadziwia prostotą, bo pan Chang potrafi sprawy niezwykle komplikować. Klikając na nazwę restauracji znajdziecie inne jego pomysły w tym też kimchi z ogórka i szybkie ogórkowe pikle.


Pikle z grzybów shitake
I miejsce w kategorii pikiel roku

-4 luźno upakowane szklanki suszonych shitake
-1 szklanka cukru
-1 szklanka jasnego sosu sojowego
-1 szklanka octu sherry lub łagodnego octu ryżowego
-kawałek imbiru dł. 8 cm, obrany

Grzyby wrzucamy do wrzątku i zostawiamy na 15 minut. Odsączamy, dwie szklanki wody pozostawiamy na potem. Grzybom odcinamy twarde nóżki, a kapelusze kroimy w cienkie 5 mm paski. Wodę przelewamy przez gazę, aby pozbyć się wszelkich latających farfocli. Dodajemy do niej cukier, sos sojowy, ocet i imbir oraz pokrojone kapelusze shitake. Gotujemy około 30 minut na wolnym ogniu. Studzimy. Imbir wyrzucamy, a grzyby ciasno pakujemy w czystych słoikach, zalewamy płynem. Można jeść natychmiast, ja lubię odczekać 1-2 dni. Przechowujemy w lodówce do miesiąca. Aromatyczne, słodkawe, pyszne. Jeśli choć trochę przypadną wam do gustu poeksperymentujcie z ilością cukru i rodzajem octu, my zwykle dajemy nieco mniej tego pierwszego.

Poprzednie pikle należą do rodziny: piklowane w sosie sojowym. Czy wiecie, że całkiem podobny przepis znalazłam kiedyś w jednej z książek Hanny Szymanderskiej, nie wiem z jakiego rejonu polski pochodził (podejrzewam, że z żadnego) ale, był to bardzo smaczny wyrób. Wtedy poddałam piklowaniu przydomowe pędy gorczycy. I pewnie kiedyś do tego wrócę, jak dojdę dlaczego gorczyca, nie chce rosnąć na moich eko grządkach. Tymczasem pora na drugą rodzinę pikli: octowych. Tu można naprawdę zaszaleć, ale po kolei.

Piklowany koper włoski
II miejsce ex-aequo w kategorii pikiel roku

-1 szklanka wrzącej wody
-1/2 szklanki octu z wina ryżowego
-6 łyżek cukru
-2 łyżeczki soli
-2 duże ( lub 4 małe) bulwy kopru włoskiego
- ew. 1 łyżeczka ziaren kolendry

Koper kroimy wzdłuż na cztery, a następnie w cienkie piórka w osi korzenia. W garnku mieszamy wodę, ocet, sól i cukier, mieszamy, aż cukier się rozpuści. Pocięte warzywa i ew, ziarno kolendry wrzucamy do słoika. Zalewamy ciepłą zalewą, zakręcamy. gdy wystygnie wkładamy do lodówki. Dobre po 3-4 dniach. Można przechowywać do miesiąca.


Piklowane buraki
Niekwestionowany lider

-1 szklanka wrzącej wody
-1/2 szklanki octu z wina ryżowego
-6 łyżek cukru
-2 łyżeczki soli
-ok. 1 kg jędrnych małych buraczków, obranych, przekrojonych na pół i pociętych w cienkie, cieniutkie plasterki

W garnku mieszamy wodę, ocet, sól i cukier, mieszamy, aż cukier się rozpuści. Pocięte warzywa i ew, ziarno kolendry wrzucamy do słoika. Zalewamy ciepłą zalewą, zakręcamy. gdy wystygnie wkładamy do lodówki. Dobre po 3-4 dniach. Można przechowywać do miesiąca. Czy ten przepis wam czegoś nie przypomina? Tak jest identyczny jak poprzedni, bo w ten sposób można piklować inne warzywa. Jak dotąd jedliśmy rzepki, rzodkiewki, marchewki, topinambur, daikon, pietruszkę i seler, ale możliwości są nieograniczone.

A dla zawiedzionych prostotą pikli: kimchi z daikonu (długiej białej rzodkwi) jako, że ten właśnie dojrzewa do jesiennych zbiorów na naszej eko grządce (bardzo lubi nawóz z rybek czort!!!). A tych, którzy chcieli by zmierzyć się z domowym kimchi z kapusty odsyłam do wpisu sprzed dwóch lat znajdziecie tam klasyczny koreański przepis ( choć pewnie każda koreańska pani ma swój). Wierzcie mi domowe kimchi jest o wiele lepsze od tego kupowanego w azjatyckich sklepach. Chang w taki sam sposób robi klasyczne kimchi z kapusty pekińskiej, ale uważam, że nie ma tej głębi smaku co kapustka robiona według koreańskiej książki.

Kimchi z daikonu

-3 średnie daikony pocięte na 2 cm kawałki
-2 łyżki soli morskiej
-1/2 szklanki + 2 łyżeczki cukru
-20 ząbków czosnku, zmiażdżony
-20 plasterków obranego imbiru, zmiażdżonych
-1/2 szklanki kochukaru (sproszkowanej ostrej papryki koreańskiej, do kupienia w sklepach z azjatycką żywnością - pisałam o jednym takim tutaj)
-1/4 szklanki sosu rybnego
-1/4 szklanki jasnego sosu sojowego
-2 łyżeczki solonych krewetek z zalewy w słoiku (do kupienia jak wyżej), posiekanych
-1/2 szklanki pociętej na 2,5 cm kawałki malutkiej dymki, a może raczej grubego szczypioru, białe i zielone części
-1/2 szklanki marchewek pociętych w piórka

Daikon zasypujemy solą i dwoma łyżkami cukru, mieszamy i odstawiamy na noc do lodówki. Następnego dnia w misce mieszamy: czosnek, imbir, papryke, sos rybny, sos sojowy, krewetki, pozostały cukier, ewemtualnie dolewamy 1/3 szklanki wody, ale całość nie powinna być zbyt rzadka. Dodajemy szczypior i marchewkę. Rzodkiew odsączamy na sicie, ewentualnie płuczemy, jeśli widzimy nierozpuszczoną sól. Mieszamy z zaprawą, przekładamy do słoików i wkładamy do lodówki. Mozna jeść już po 24 godzinach, ale proponuję odczekać tydzień, dwa. Przechowywać do 6 tygodni.

środa, 12 października 2011

Okara to nie kara i mam na nią ulubione sposoby: batony i obiad.

Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że tofu jemy częściej niż mięso. To produkt tak powszedni w naszej kuchni jak mąka czy masło. I oczywiście zwykle robimy go sami. Pisałam już o tym tutaj i tutaj, choć od tego czasu repertuar naszych dań z sojowego sera wzrósł niepomiernie. Wegetarian nie trzeba do tofu przekonywać, ale mięsożerców szczerze namawiam na to urozmaicenie. Produktem ubocznym wytwarzania tofu jest okara czyli rodzaj wytłoczyn sojowych: jasno beżowej, wilgotnej papki podobnej do drobnych wiórków kokosowych. Okara zawiera mało tłuszczu, jest bogata w błonnik. Zawiera też około 3,5g białka na 100g czyli tyle samo co ciemny ryż czy pełne mleko. Mimo to długo nie mogłam się przekonać do okary. Nie pomogło mi nawet to, że w Japonii o- dodaje się przed słowem by nadać mu cześć . Pomysły w stylu dodaj okary do płatków powodowały niebezpieczne pęcznienie policzków. A wrzuć do chleba, wołanie o pomstę do nieba. Do chleba mam stosunek nabożny i na wszelkie fusion patrzę spode łba. A produkcja tofu trwała, w kompoście wyrastały kolejne pokolenia mało pożytecznych za to łasych na białko glizd. No bo przecież nie wyrzucę do śmieci komunalnych bądź co bądź jedzenia. I pewnego dnia mnie oświeciło. Dodałam podprażoną okarę do batonów musli i to był strzał w dziesiątkę. To chyba najlepsze batony musli jakie jadłam. Okara nadaje im ciekawej konsystencji i to białko! Jak chce by było wegańsko dodaję skondensowane mleko sojowe, też własnej roboty. Innym razem idę na łatwiznę i sklejam syropem miodowo-cukrowym. Poniżej wersja ze słodkim mlekiem skondensowanym (litr mleka szklanka cukru i gotujemy całość aż zacznie przypominać mleko z puszki, dłużej gdy chcemy dulche de leche).


Batony musli z okary

Na jedną dużą blachę z piekarnika. Trudno mi podać proporcje, ale chodzi o to by ziaren, orzechów i suszonych owoców było 3/4 tego co okary i płatków

-2 szklanki okary (po produkcji tofu z 1 szklanki soi)
-1 szklanka płatków owsianych
- 1/2 szklanki rodzynek
-1/2 szklanki siekanych do wyboru: daktyli, fig, żurawiny, suszonych moreli, śliwek suszonych
-ew. garść wiórków kokosowych
-1/2 szklanki siekanych dowolnych orzechów
-3 łyżki sezamu ( czarnego sezamu, maku)
-3 łyżki słonecznika( pestek dyni)
- 200ml słodkiego mleka skondensowanego
-2 łyżki masła lub oleju z pestek winogron

Okarę rozrzucamy warstewką na blasze i suszymy w temp. 100 st C, aż wyparuje cała wilgoć.
Suchą mieszamy w misce ze wszystkimi składnikami. Proporcje i kombinacje są dowolne. Masło i mleko podgrzewamy i zalewamy suche składniki. Mieszamy. Powinniśmy otrzymać, gęstą, lepką masę. Niezbyt suchą, ale też nie płynącą. Całość wyrzucamy na blachę wyłożona pergaminem. Przykrywamy drugim i równo rozpłaszczamy: wałkiem lub deską. Zdejmujemy papier z wierzchu. Pieczemy 60-90 minut w temp. 130 st.C. Kroimy na prostokąty. Przechowujemy nawet ponad tydzień w puszce lub pudełku.

Drugie danie może stanowić samodzielny posiłek. To nasz sposób na szybką kolację lub lunch do pudełka. Smakuje jak ot kasza z warzywami. Przepis pochodzi z książki Kansha Elisabeth Ardon, która wspaniale opisuje japońskie tradycje wegetariańskie i wegańskie. Dzięki niej polubiłam daikon na ciepło. Książka jest pięknie wydana, niestety prawie każdy przepis zawiera jakiś dziwny składnik, nie zawsze dostępny w Polsce. Dlatego albo stosujemy zamienniki albo robimy długie listy do Ameryki. Na szczęście okarę możemy zrobić sami.

Prażona okara z warzywami
U No Hana

-1 szklanka okary ( mocno upakowana)
-1/2 pora pokrojonego wzdłuż na cienkie piórka
-1/2 szklanki pokrojonych w kostkę marchwi, pietruszki i/lub korzenia lotosu ( my dajemy też selera, skorzonere, rzepki)
-1/3 szklanki pokrojonych pieczarek lub innych łagodnych grzybów: shitake, boczniaki, enokitake
-1 łyżka sake
- 1 szklanka bulionu* z
-1 łyżka mirinu ( słodkiego wina ryżowego)
-2 łyżki jasnego sosu sojowego
-2 łyżki młodego groszku cukrowego lub groszku śnieżnego, świeżej soi lub małego bobu bez łupek.

*Bulionu można użyć warzywnego lub przygotować bulion japoński na suszonych grzybach shitake (8-10) lub suszonym daikonie (1/2 szklanki), do tego kawałek glona kombu i 4 szklanki wody. Najpierw namaczamy składniki w ciepłej wodzie przez 30 minut. Wszystkie składniki do kupienia w sklepach z żywnością azjatycką.

Okarę wykładamy na grubą mocno rozgrzaną patelnię, żeliwna jest niezastąpiona, prażymy około 4-5 minut, cały czas mieszając i rozbijając duże grudki. Następnie dodajemy pora i warzywa korzeniowe, dalej smażymy przez 1-2 minuty. Dodajemy grzyby. Wlewamy sake i bulion, zmniejszamy ogień, przykrywamy i gotujemy 5 minut. Dodajemy mirin i da;ej gotujemy bez przykrywki 5-6 minut. Dodajemy sos sojowy i czekamy kolejne 2 minuty. Dodajemy groszek. Zestawiamy z gazu . Doprawiamy ew. sosem sojowym i mirinem, pozwalamy daniu ostygnąć i letnie. nakładamy do miseczek lub pudełek.

środa, 28 września 2011

Dzień Jabłka 2011 i znowu Julia Child.


Jak to się dzieje? Niektóre na pozór ważkie wydarzenia umykają naszej pamięci. Inne całkiem błahe zostają na dłużej. A w nas rośnie chęć ich powtarzania. Czy tak rodzi się tradycja? I kto określa, że to właśnie już?

Już od początku września czułam, że się zbliża. Wyczekiwałam go, choć nie do końca pamiętałam kiedy jest. Dzień Jabłka. Kulinarne święto kuszącego owocu organizowane już po raz piąty przez Tatter. Z obawy, że Tatter się nie odezwie, napisałam nawet do Poli. Ale blogowa telepatia działa, w tym samym czasie pojawił się wpis u Tatter. Po raz kolejny dziękuję i przystępuję do dzieła. Przeglądając swoje poprzednie wpisy zauważyłam, że i ja mam swoją maleńką tradycję. Moje jabłkowe wpisy mają francuski sznyt ( tutaj i tutaj). W tym roku nie może, być inaczej. Zapraszam na Jabłkową Tartę Julii Child i mały, niezwykle udany, akcent do słoika. A gdyby wydało wam się mało i prozaicznie, na pocieszenie jeszcze jedna tarta jabłkowa, tym razem hiszpańska i z moim ulubionym rozmarynem. A miało być z umiarem i elegancko. Dodatkowo uczciliśmy to święto zamawiając jabłonie do naszego przyszłego sadu. Trzymajcie kciuki za Szkutnika-Sadownika. A ja w piątek zapraszam was na chleb dla zapracowanych.


Galaretka jabłkowa z miętą
Seasonal Preserves

-1kg kwaskowatych jabłek
-garść listków świeżej mięty
-600ml łagodnego octu jabłkowego
-350g cukru na każde 500ml soku

Jabłka grubo kroimy, ze skórką i wrzucamy do garnka. Dolewamy 600 ml wody i gotujemy pod przykryciem około 30 minut. Wlewamy ocet i gotujemy jeszcze 5 minut. Całość wylewamy na sito wyłożone gazą i zostawiamy na noc, aby sok ściekł. Mierzymy objętość soku i dodajemy odpowiednią ilość cukru, jeśli damy go mniej, aby uzyskać galaretkę będziemy musieli dłużej gotować. Delikatnie pogrzewamy, aż cukier się rozpuści, dorzucamy połowę mięty i gotujemy około 30 minut. Oszumowujemy, wyjmujemy rozgotowaną miętę. Odstawiamy na 15 minut. Po tym czasie wlewamy do wyparzonych słoiczków, do każdego wrzucamy po kilka małych listków mięty. Zakręcamy i odstawiamy do góry nogami, aby słoik się zassał. Można też pasteryzować w piekarniku przez 15 minut w temp. 150 st.C, pamiętając, żeby nie wypełniać słoika po brzeg, a zostawić około 2-3 cm.

Galaretka z założenia ma być dodatkiem do mięs, ale mimo sporej zawartości octu nadaje się też do jedzenia na słodkie śniadanie. Tak samo można zrobić galaretkę z rozmarynem.

Normandzka tarta jabłkowa Julii Child
DFSK i moje modyfikacje

Ciasto jest delikatne w smaku, takie trochę babciowe. Podpiekłabym jabłka może nieco dłużej i dodała więcej alkoholu.

Ciasto:
-1 i 1/3 szklanki mąki
-2 łyżki cukru
-1/4 łyżeczki soli
-8 łyżek masła
-2 łyżki smalcu*
-3 łyżki lodowatej wody



Mieszamy wszystkie składniki oprócz wody w misce, aż całość zacznie przypominać okruchy, dodajemy wodę i szybko zagniatamy ciasto. Zawijamy w folię i wstawiamy do lodówki. Zimne wałkujemy i wykładamy nim formę do tarty 25 cm. Nakłuwamy widelcem i wstawiamy do zamrażarki, by w tym czasie nagrzać piekarnik do 200 st.C. Pieczemy 20 minut, przy czym pierwsze 10 można nakryć folią aluminiową ( zamiast tego całego wysypywania fasolą).

Nadzienie:
-500g twardych słodko-winnych jabłek
-1/3+1/3 szklanki cukru
-1/2 łyżeczki cynamonu
-1 jajko
-4 łyżki mąki
-1/2 szklanki śmietanki 30%
-3 łyżki Calvadosu (lub brandy)
-cukier puder do posypania

Jabłka obieramy, dzielimy na ćwiartki i pozbawiamy gniazd nasiennych. Kroimy wzdłuż na plastry grubości 5 mm. Delikatnie mieszamy je w misce z 1/3 szklanki cukru i cynamonem. I układamy na upieczonym spodzie. Pieczemy przez 20 minut na górnej półce piekarnika w temp. 170 st.C.
Jajko ubijamy z cukrem do białości. Dodajemy mąkę, a na koniec śmietankę i alkohol. Wylewamy delikatnie na upieczone ciasto i wstawiamy do piekarnika na środkową półkę na 10 minut. Posypujemy cukrem pudrem i ponownie zapiekamy przez 20 minut. Podajemy na ciepło, choć na zimno też jest niczego sobie. Można odgrzać ją w piekarniku.

Hiszpańska tarta orzechowo-jabłkowa na rozmarynowym spodzie
Tarta de manzana perfumada con romero
Xavier Canal
Do tego przepisu podeszłam sceptycznie. Rozmaryn z jabłkiem uwielbiam, ale migdały, orzechy, kakao, myślałam, że co za dużo to niezdrowo. Tymczasem ciasto jest bardzo dobre. Pewnie je powtórzę i chętnie z włoskimi. A jesli chodzi o orzechy i jabłka kiedyś pokazywałam już taką tartę ( zresztą tamta nazywała się o ironio babuni)

Spód:
-1 i 1/4 szklanki mąki
-1/2 szklanki cukru pudru
-1 łyżeczka utartego świeżego rozmarynu
-125 g masła
-3-4 łyżki zimnej wody

Z podanych składników zagniatamy ciasto metodą jak w poprzednim przepisie. Można zrobić na 2 dni przed pieczeniem i przechować w lodówce, w szczelnym pudełku wielorazowym
Ciasto wałkujemy, można skorzystać z metody między dwoma warstwami papieru, ale zwykle to zbędne. Wyklejamy formę do tarty 25 cm i wkładamy na 20 minut do zamrażarki. Pieczemy jak wyżej.

Nadzienie:
-2 jajka
-1/2+1/3 szklanki cukru
-1/2 szklanki lekko podprażonych pinioli
-1/4 szklanki lekko podprażonych migdałów, a najlepiej płatków migdałowych
-3 łyżki mąki
-125 g masła
-2 solidne gałązki rozmarynu
-4 jabłka pokrojone w kostkę ( bez skórek)
-kakao do posypania

Piekarnik nagrzewamy do 170 st.C. Jajka ubijamy z 1/4 szklanki cukru. Orzechy i migdały mielimy w melakserze, dodajemy mąkę i 1/4 szklanki cukru i dalej mielimy. Dodajemy 3/4 całego masła i dalej mieszamy. Powoli, cały czas mieszając dodajemy ubite jajka. Wylewamy na podpieczone ciasto i pieczemy około 30 minut.
W tym czasie na patelni rozpuszczamy 1/3 szklanki cukru z 1/2 szklanki wody i podgrzewamy z posiekanym rozmarynem. Odstawiamy syrop na 30 minut.
Rozgrzewamy na patelni pozostałe masło. Dodajemy jabłka i dusimy 3 minuty. Dodajemy syrop rozmarynowy, zmniejszamy ogień i dusimy pod przykryciem 5 minut. Zdejmujemy pokrywkę i odparowujemy kolejne 5 minut.
Wyciągamy ciasto z piekarnika, studzimy. Na wierzch wykładamy też wystudzone jabłka i posypujemy kakao.
*Nie burzcie się na ten smalec, zawiera mniej cholesterolu niż masło, a nadaje ciastu niesamowitej kruchości. Można użyć oczywiście utwardzonego tłuszczu roślinnego, ale wolę smalec niż nikiel. Zresztą robię go sama, właśnie na takie okazje, z eko słoniny.

LinkWithin

Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin