Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sałatki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sałatki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 lutego 2014

Gotowanie po chińsku

Jakiś czas temu L. podarował mi najnowszą książkę Fuschii Dunlop Spodoba ci się rzucił, Może wreszcie zaczniesz gotować po chińsku miał na myśli. Po chińsku, a właściwie po Dalekowschodniemu jemy przynajmniej kilka razy w tygodniu i gotuje  zawsze On. Jakoś nie bardzo lubię się z tym strasznym wokiem wielki, osmolony, okropnie wygląda na szafce, chiński tasaczek z rdzewnej stali, budzi podobne uczucia Czy nie mógłbyś tego, gdzieś schować głębiej? Gdy jednak przejrzałam Every Grain of Rice, stwierdziłam, że to książka dla mnie. Już sama okładka wzorek z ziarenek ryżu zachęca co przejrzenia. Autorka w bardzo przystępny sposób przybliża gotowanie Państwa Środka, a w zasadzie redukuje je do kilku prostych zasad i składników. Kilka osób pytało mnie czy potrzeba dużo wymyślnych przypraw, dziwnych ingrediencji do potraw z tej książki. No właśnie nie. Sos sojowy, ocet ryżowy, olej sezamowy, pasta chili z fasoli, czosnek, zielone cebulki, imbir i większość dań jest nasza. Uważajcie tylko na złodzieja szczypiorów! Wszystkie te produkty, dodam, że te same których używa autorka, kupicie w pierwszym lepszym azjatyckim sklepiku i  w internecie.
Na pierwszym zdjęciu widać wszystkie moje chińskie książki, każdą polecam, chociaż z dwóch pozostałych nie gotowałam, a jedynie jadłam. Niektóre przepisy znajdziecie na blogu w zakładce Kuchnia chińska. Na drugim zdjęciu pokazałam podstawowe przyprawy. Może z czasem uda mi się więcej o nich napisać i uzupełnić o te brakujące.
Macie ochotę na chińską przygodę? Postanowiłam przerobić wszystkie przepisy z książki, niech sobie L. nie myśli. Większość zdjęć w tym cyklu będzie należała do paskudnych. Jemy zwykle wieczorem, a przez lata prowadzenia bloga udało mi się udoskonalić tylko sztukę gotowania. Zresztą jak widać, mam ciężkie warunki pracy. Jeśli Was to nie martwi, zróbcie sobie dobrej zielonej herbaty i ruszamy!
Dziś zupa  i mała przystawka. Gdyby nie to, że zupa gotuje się kilka godzin, można powiedzieć ekspresowy posiłek. Moją ulubioną chińską surówkę pokazałam tutaj i zupełnie nie rozumiem, czemu nie zrobiła oszałamiającej kariery w internecie. I tak właśnie wygląda nasz chiński posiłek: danie, dwie surówki/przystawki. Serwujemy  też ryż biały lub częściej brązowy gotowany bez soli, metodą ziarno:woda 1:1,25 ( w przypadku brązowego nieco więcej wody), aż cała woda zostanie wchłonięta.
 Sałatka z pieczonego bakłażana z czosnkiem
Huo shao qie zi

-2 średnie bakłażany
-2 łyżeczki jasnego sosu sojowego
-2łyżeczki octu Chinkiang
-1-2 łyżki oleju z chili* wraz z osadem (daję nieco mniej)
-1-2 łyżeczki drobno siekanego czosnku (można przepuścić przez praskę, ale nie mówcie L.)
-1/2 łyżeczki prażonych ziaren sezamu
-2 łyżki siekanych drobno zielonych cebulek (biała i zielona część)

Bakłażany nakłuwam widelcem, układam na blasze i piekę około 40 minut w temp.180 st. Skóra powinna być pomarszczona, a miąższ miękki. Można wykorzystać do tego ciepło resztkowe piekarnika po pieczeniu chleba albo  grillować bakłażana.
W miseczce mieszam wszystkie składniki sosu.
Bakłażany studzę, obieram ze skórki, usuwam gniazdka nasienne, najwięcej jak się da. Robiąc to pierwszy raz zrozumiałam skąd wzięły się te wszystkie kawiory z bakłażana. Następnie miąższ bakłażana palcami rozdzielam na długie pasma.
Wkładam do miseczki, zalewam sosem i gotowe.
Chiński rosół z jagodami goji 
Qing dun niu rou

-700g mostka wołowego lub szpondra
-50g nieobranego imbiru
-1,25 litra bulionu drobiowego
-75ml wina Shaoxing (nie ma na zdjęciu, do kupienia w sklepach azjatyckich)
-1 łyżka pieprzu syczuańskiego
-2 łyżki jagód goji, opłukanych
-spora garść natki kolendry

W dużym garnku zagotowujemy wodę, do wrzątku wkładamy umyte mięso, ponownie doprowadzamy do wrzenia i gotujemy 5 minut.  Mięso płuczemy, garnek myjemy. Do czystego garnka wkładamy mięso, zalewamy bulionem, winem, dodajemy korzeń imbiru, wcześnie delikatnie zgnieciony uderzeniem wałka, pieprz. Ewentualnie dodajemy wody, by przykryć mięso. Doprowadzamy do wrzenia, zmniejszamy ogień do minimum i gotujemy pod przykryciem 3-4 godziny. W tym czasie spokojnie można iść na wielopokoleniowy spacer. Przed podaniem wyciągamy mięso, chwilę studzimy i kroimy na paski 1,5x5 cm. Mięso dodajemy do wywaru, wrzucamy jagody goji i gotujemy jeszcze 10 minut. Podajemy posypane obficie kolendrą. Doprawiamy dipem wedle uznania. Zauważcie, że zupa nie zawiera soli, pasta chili jest wystarczająco słona.
 Dip do zupy

-1 łyżka oleju
-4 łyżki pasty chili z fasoli (na zdjęciu w plastikowym słoiku), dla mnie stanowczo za dużo, dałam dwie
-2 łyżeczki drobniutko posiekanego świeżego imbiru
-1-2 łyżeczki oleju sezamowego (z prażonego sezamu)

Na patelni podgrzewamy olej, imbir i pastę, gdy zacznie pachnieć wyłączamy, dodajemy olej sezamowy i przekładamy do miseczki. Ostre!

* olej z chili to też popularna chińska przyprawa. Przepisów znajdziecie wiele, ale L. upiera sie przy tym jedynym: 
-szklanka oleju (ryżowy, z orzeszków ziemnych, kukurydziany)
-1/4 szklanki pokuszonych (w melakserze) papryczek syczuańskih papryczek chili Facing Heaven (szukaliśmy ich ponad rok i znaleźliśmy w Londynie, więc możecie użyć innych, chociaż jak ja to zrobiłam, było wielkie aj waj. Tajskie piri piri są moim zdaniem za ostre)
-ew.łyżeczka pieprzu syczuańskiego, plaster imbiru
 Olej rozgrzewamy, dodajemy do gorącego imbir i pieprz, wyłaczamy, studzimy 10 minut i dodajemy chili. Studzimy, przelewamy do słoiczka i przechowujemy w butelce.

To co przerabiacie ze mną książkę?

środa, 10 lipca 2013

Kalarepa ta jest krzepa czyli moje odkrycie sezonu


Od dziecka zajadałam się kalarepą. Obrana i pokrojona w ósemki po prostu znikała w mojej wiecznie głodnej paszczy. I może dlatego, nigdy nie przyszło mi do głowy, aby wykorzystać ją w kuchni. Swoją drogą, nigdy nie przyszło mi też do głowy, żeby kupić dwie kalarepy, jedną zjeść, a drugą przerobić. Dopiero we wczesnej dorosłości wpadłam na pomysł ugotowania dziwnej kapusty z marchewką. Chyba musiałam mieć wtedy założone szwy na dziąsłach, a jakże, ósemki. Dlaczego  nie zjadłam jej na surowo, pozostaje do dzisiaj zagadką. Owszem, z marchewką komponowała się niczego sobie. Nie przebiła jednak duetu z groszkiem, stąd szybko poszła w zapomnienie. Mój apetyt na kalarepę osiągnął swoje apogeum, kiedy zeszłej jesieni trafiłam na kilka miesięcy do szpitala. Nie był to co prawda sezon na warzywo, ale ja po prostu musiałam ją jeść. Pytana przez potencjalnych odwiedzających co mi przynieść, Kalarepę i dwuzłotówki na telewizor, mówiłam bez zastanowienia. Ze szpitala wyszłam, świat przewrócił mi się do góry nogami, sezon znowu przeminął, a ja nadal chcę jeść kalarepę. Kupuję po dwie, trzy. L. nauczony tygodniami wycieczek do szpitala donosi swoje i tak co raz staję przed wyzwaniem przerobienia kalarepy na coś innego niż ósemki do pogryzania. I tak zrobiłam kalarepę do chińsku!

Przepis pochodzi z najnowszej książki Fuschii Dunlop Every Grain of Rice, której zdecydowanie należy się osobny wpis. Obiecuję!

Cały widz tej prostej surówki, polega na odpowiednim pokrojeniu kalarepy. Tak, tak kształt jest tu ważny. Najlepiej pewnie skorzystać z mandoliny, której nie wiem dlaczego jeszcze nie posiadam. Zwykłym nożem też idzie. Drugi ważny element to maceracja w soli i dokładne odciśnięcie. Tak przygotowane warzywo, może być bazą też do innych, bardziej europejskich surówek na przykład z cytrynowo-oliwnym winegretem z dużą porcją oregano czy innym ulubionym. Nie skłamię, jeśli powiem, że jemy ją średnio raz w tygodniu. Mówiłam, że się zakochałam w kalarepie.


Surówka z kalarepy po chińsku

Porcja dla dwóch osób jako solidna przystawka
-1 solidna kalarepka
-1 czubata łyżeczka soli
-2 łyżki siekanej zielonej cebuli/młodej dymki
-1 łyżeczka jasnego sosu sojowego
-1 łyżeczka drobniutko pokrojonego czosnku (daję ząbek)
-1 łyżeczka chińskiego octu Chinkiang (w każdym sklepie z żywnością orientalną powinien być)
-1/4 łyżeczki cukru
-1 łyżeczka oleju sezamowego

Kalarepę kroję na pół, potem w cieniutkie plasterki, a następnie każdy w cieniutkie paseczki. Otrzymuję górę cienkich zapałek. Wkładam do miseczki i mieszam z solą. Odstawiam na kilkanaście minut i potem rękami, wyciskam jak najwięcej płynu, który odlewam. Tak przygotowana kalarepka, jest miękka i stanowi bazę do innych surówek.
Cebulki kroję drobno.
Z pozostałych składników robię sos: mieszam wszystko w miseczce. Zalewam sosem kalarepę, mieszam. Na wierzchu posypuję cebulką. 

Aż mi głupio, że to takie proste, ale naprawdę pyszne. W poprzednim wpisie znajdziecie sposób bliskowschodni na kalarepę.


poniedziałek, 8 lipca 2013

Moje i jej Jerusalem

Czytam jej bloga od początku. Wiem, że jej post jest już gotowy. Pisała go długo, pieczołowicie wygładzając szczegóły. Zrobiła  piękne zdjęcia. Ja siadam w ostatniej chwili i naprędce sklecam swoje zdania. Zdjęcia mam gotowe, ale umówmy się: nie poświęcam im specjalnie dużo uwagi.

Czytam jej bloga od początku i w co drugim poście znajduję coś, z czym się nie zgadzam. Oj, mam ochotę się z kłócić i przekonywać ją do swoich racji. Szczęśliwie udaje mi się powstrzymać. Wiele rzeczy bierze na poważnie, podczas gdy ja obracam wszystko w (kiepski?) żart. Wiele spraw poddaje głębszej analizie, gdy ja tylko prześlizguję się po powierzchni. Jest odważna, ja podkulam tylko ogon. Inna jest zupełnie niż ja. A jeszcze: lubi sprzątać, nie chcecie widzieć jak wygląda aktualnie mój dom. Nie chce mieszkać tu gdzie ja, nigdy jej tego nie wybaczę. Nie widzi perspektyw tam, gdzie dla mnie jest morze możliwości. Nie lubi makaronu, słyszał ktoś coś takiego. Nie przepada za herbatą, pozostawię bez komentarza. Lubi koty, ja pewnie nigdy się do nich nie przekonam. Drażnią ją opowieści o dziadkach i babciach, a ja tak je uwielbiam. Wymieniać mogę bez końca, bo z pozoru różni nas wszystko. Wyglądem też się różnimy, na moją niestety niekorzyść.

Czytam jej bloga od początku. Ciągnie mnie coś do niej, czy jak? Czasem uda nam  spotkać wirtualnie, rzadziej tak prawdziwie. A wtedy znikają gdzieś  różnice (oprócz tej w wyglądzie). Łapię się na tym, że może, może coś nas łączy. Każda chce być po prostu, choć na swój sposób, szczęśliwa, szuka swojego miejsca. I wiecie co? Nie chcę zapeszać: obie znalazłyśmy. Sól z Maldon też lubimy obie.

A dziś obie zapraszamy na sałatki z książki, która o dziwo podbiła dwa tak różne serca. Każda wybrała, coś dla siebie i dla tej drugiej. Jestem przekonana, że żaden z wyborów się nie pokryje. Polko oto moje sałatki.

Dla ciebie wybrałam sałatkę z młodych liści szpinaku, wydała mi się piękna w swojej prostocie, jak ty. Kulinarnie kojarzysz mi się też z zielonym (designersko z białym, a modowo z żółtym), stąd musiało być z liściem roli głównej. Pomyślałam, że lubisz bakalie i połączenie z młodym szpinakiem może ci się spodobać: zdrowe i pełne energii. Przyznaję, miałam wątpliwości co do kawałków pity, ale zawsze można użyć pełnoziarnistej czy razowej mąki i zrobić wszystko w domu, u mnie były orkiszowe. Postaw na dobre składniki, wiesz najlepiej jakie to ważne. Nie wiem tylko, co ze smażeniem i masłem, ale to było takie dobre. Spróbuj koniecznie!

Sałatka z liści młodego szpinaku z daktylami i migdałami dla Polki

-1łyżka białego octu winnego (u mnie z Sherry)
-1/2 czerwonej cebuli pokrojonej w cienkie pasterki
-100g dobrych daktyli bez pestek, pokrojonych wzdłuż na ćwiartki.
-30g masła
-2 łyżki oliwy
-2 małe pity podarte na kawałki
-75g migdałów grubo pokrojonych
-2 łyżeczki sumaku 
-1/2 łyżeczki płatków chili
-150g młodych liści szpinaku (wzięłam więcej)
-2 łyżki soku z cytryny
-sól do smaku

Cebulę, ocet i daktyle wrzucamy do miseczki. Dodajemy szczyptę soli i dobrze mieszamy dłońmi, dobrze wyciskając. Zostawiamy na 20 minut. Po tym czasie odcedzamy, płyn wylewamy.
Masło i łyżkę oliwy rozgrzewamy na patelni. Smażymy kawałki pieczywa i migdały 4-6 minut, mają być chrupiące, złotobrązowe. Mieszamy z sumakiem, chili i 1/4 łyżeczki soli. Studzimy.
W misce mieszamy liście szpinaku, cebulę z daktylami i smażoną pitę z migdałami. Dodajemy łyżkę oliwy, sok z cytryny i szczyptę soli. Jemy bez zwłoki.

Dla siebie wybrałam sałatkę z kalerepy. Tak po prawdzie skojarzyła mi się też z Polką: zielona, świeża i (wtedy jeszcze) sezonowa, ale na pewno nie wybrałyśmy tej samej sałatki, a ja musiałam mieć kalarepę. Od prawie roku nieustannie jem kalarepę, zaczęło się kiedy trafiłam zeszłej jesieni do szpitala. Na pytanie czy coś ci przynieść: Dwuzłotówki na telewizor i kalarepę, informowałam potencjalnych odwiedzających. Żarłam te kalarepę bez opamiętania, choć wcale nie była to pora i tak mi zostało. O moim kalarepowym hicie tej wiosny będzie kolejny post. A dziś kalarepa z rukwią. Proszę!

Sałatka z kalarepy

-3 średnie kalarepki
-80g greckiego, gęstego jogurtu
-70g gęstej kwaśnej śmietany
-50g gęstej słodkiej śmietany (u mnie po prostu kubek 22% gęstej śmietany)
-1 mały ząbek czosnku, drobno pokrojony
-2 łyżki soku z cytryny
-1 łyżka oliwy
-3 łyżki świeżej mięty, posiekanej
-solidna garść rukwi wodnej
-1/4 łyżeczki sumaku
-sól i biały pieprz 

Kalarepę obieramy i kroimy w kostkę około 2cm. W misce mieszamy jogurt, śmietanę, oliwę, czosnek, przyprawy bez sumaku, sok z cytryny. Mieszamy  z kalarepą, miętą i połową rukwi. Ewentualnie dodajemy soli i pieprzu. Podajemy przybrane pozostałą rukwią i sumakiem.

Oba przepisy pochodzą z książki Ottolenghi i Tamimi Jerusalem

niedziela, 16 czerwca 2013

Świeć przykładem: marchewka

 Czy rodzice mogą mieć oczekiwania wobec dzieci? Czy raczej powinni stać z boku. Podtrzymywać, podawać pomocną dłoń, a gdy trzeba zastawiać drogę? Często zastanawiamy jaka będzie nasza córka. Jak będzie wyglądać. Gdzie będzie ją ciągnąć, a od czego odpychać. Jakich dokona wyborów. Nie mamy dużych oczekiwań.Jednego tylko będzie nam żal: Co my zrobimy jak będzie niejadkiem?
 W tym celu już od małego wzięliśmy się do pracy. Kochanie, nauka przez modelowanie. Od tygodnia jesteśmy w fazie warzyw, głównie nieśmiertelnej marchewki. Siadamy wspólnie do stołu i jemy: marchewkę. My w kawałkach, ona w wersji piure (jak to przeczytałam w jakiejś książce). Jest wesoło pycha, mniam, mniam mniam (rodzice), ej, aj, agu (dziecko), ale chyba działa. 

Młoda marchewka* po marokańsku
według Ottolenghi a jakże

Trzy porcje jako solidny dodatek obiadowy. Podane zostało z pilawem z bulguru i sałatką z burakiem buraka to nie będziemy jej dawać tak od razu, chyba, że kupisz mi fartuch

-1kg młodych marchewek

-4 łyżki oliwy
-1 średnia cebula, drobno pokrojona w piórka
-1 łyżeczka cukru
-3 ząbki czosnku posiekane lub przepuszczone przez praskę
-1 czerwone chili drobno pokrojone
-1 zielona cebula drobno pokrojona
-1/8 łyżeczka mielonych goździków**
-1/4 łyżeczka mielone imbiru
-1/2 łyżeczka mielonej kolendry
-3/4 łyżeczki mielonego cynamonu
-1 łyżeczka słodkiej papryki
-1 łyżeczka mielonego kuminu
-1 łyżka octu z sherry
-1 łyżka siekanej skórki kiszonej cytryny***
-spora garść siekanej kolendry
-120ml greckiego, gęstego jogurtu
-sól
-ewentualnie liście młodziutkich marchewek do przybrania

Marchewki obrałam i pokroiłam  w dość grube talarki, większe przekroiłam na pół. Wrzuciłam do dużego garnka z wodą, zagotowałam i na małym ogniu gotowałam 10 minut. Odcedziłam. Na patelni rozgrzałam oliwę i smażyłam cebulę, mieszając około 10 minut, nie powinna za nadto zbrązowieć. Dodałam marchewki i pozostałe składniki oprócz jogurtu i kolendry. Chwilę mieszałam, zestawiłam z ognia. Wystudziłam. Na talerzu rozłożyłam natkę, marchewkę, jogurt i kolendrę.

Danie w sam raz do pudełka lunchowego. Chyba też w miarę szybkie, także dołączam do moich osobistych: Pudełko dla Joanny i 5 minut dla Dominiki.

 *niemowlętom o tej porze roku radzi się nie podawać młodych marchewek, ze względu na ewentualną zawartość azotanów, stare warzywa zdążą sobie azot z ziemi lepiej przyswoić, młode odkładają właśnie w postaci tychże.

 **lub tłuczonych w moździerzu

 ***przepis mam nadzieję wkrótce

czwartek, 6 czerwca 2013

Medytacje nad miską soczewicy dla M.

A wiesz mi to już chyba nic do szczęścia nie brakuje - wyraziłam w rozmowie z E. mało popularny pogląd. No wiesz, bo to zależy jak ktoś sobie ustawia poprzeczkę - odpowiedziała jak zwykle zanurzona w swoich myślach, po raz kolejny przegapiając chwilę, by cieszyć się moim szczęściem. Długo potem myślałam, o tej poprzeczce. I wiecie co? Doszłam do wniosku, że rzeczywiście, to zależy. To zależy, jak ktoś sobie ustawia poprzeczkę. A najlepiej tym, którzy sobie nie ustawiają. Samemu sobie kłody walić pod nogi, jakież to dziwne? Trzymam z tymi, co cieszą się tym co mają, nie tracąc czasu na to, co im niepisane. Nie zdobywam, nie zgarniam, nie uganiam się. Redukuję. Marnuję swój cenny czas? Los i tak sobie o mnie przypomni. A dania z soczewicy dedykuję M., której los poprzeczkę postawił naprawdę wysoko. Dasz radę, jedz na zdrowie! I medytuj!


Wszystkie dania pochodzą z książek firmowanych przez Ottolenghi (nie nie zapominam o drugim panu, tu puszczam oko do Polki), o których pisały już chyba wszystkie moje ulubione blogerki. Nie będę powielać zachwytów, chociaż może je właśnie warto mnożyć. To  książki doskonałe i póki o nie mogę się zdecydować, która najlepsza. Dania może mało sezonowe, ale za to dobre, gdy za oknem burza i nie chce się wychodzić po zakupy: bo IV piętro bez windy, bo wózek ciężki, bo mogłabyś już w tym wieku mieszkać lepiej, no wiesz. Pyszne, sycące na długie godziny przy stole z browarnikiem (kolejna odsłona szalonego szkutnika i budowniczego) lub do koszyka na lunch z budowniczym (patrz szkutnik, piekarz, browarnik). Zresztą zawsze można zamieszkać w stodole.

  
Soczewica z selerem korzeniowym i orzechami

Zaskakująco dobra przekąska, sałatka, danie jak chcecie i kolejna osłona, mam wrażenie pomijanego w naszej kuchni, selera korzeniowego. W oryginale był jeszcze olej z orzechów laskowych pominęłam z braku. Świeża mięta doskonale rośnie na balkonie, tylko odsuńcie doniczkę od innych kwiatów, bo wam się rozejdzie diablica. Podobnie tymianek cytrynowy, mniej podstępny za to konsekwentny.

Składniki na 4 porcje lub 2 solidne dla głodomorów na wsi:
-60g orzechów laskowych
-200g zielonej soczewicy
-700ml wody
-2 liście laurowe
-4 gałązki tymianku cytrynowego lub zwykłego
-jeden solidny seler korzeniowy
-6 łyżek dobrej oliwy
-3 łyżki białego octu balsamico
-4 łyżki siekanej mięty
-sól i pieprz do smaku

Soczewicę ugotowałam w wodzie z solą przez 25-30 minut. Mój L. nie lubi za bardzo al dente, nie może się jednak rozpadać. I weź tu uchwyć ten moment. Selera pokroiłam w centymetrowe plastry, a następnie w takież zapałki długości 3-4 cm. Ugotowałam 12 minut w osolonej wodzie. Zmieszałam w misce składniki. W tym samym czasie prażyłam orzechy w temp.140 st. C przez 15 minut, gorące grubo posiekałam i do miski. Dodałam oliwę, ocet, sól do smaku i pieprzu dużo oraz miętę. I już, i dobry chleb, i jemy!

Soczewica z suszonymi/pieczonymi pomidorami i gorgonzolą

Sałatka wymaga nieco więcej zachodu i zużytych misek. W wersji oryginalnej ćwiartki pomidorów pieczemy 1,5 godziny w niskiej (120-130 st.C) temperaturze z odrobina oliwy, ciemnym balsamico i tymianku. Ja dwa pomidory upiekłam, ale resztę zastąpiłam dobrej jakości suszonymi, które zamarynowałam z tymiankiem, oczywiście cytrynowym i balsamico. Dobre sycące, w sam raz na przerwę w trakcie warzenia piwa. Według L. pieczone pomidory lepiej podkreślają smak sera.

Składniki:
- mała czerwona cebula pokrojona w cienkie plastry
-1 łyżka octu z sherry
-1 łyżka obrej soli morskiej
-250g zielonej soczewicy
-3 łyżki oliwy
-ząbek czosnku posiekany drobniutko
-3 łyżki siekanej natki
-3 łyżki szczypioru
-3 łyżki koperku
-80g gorgonzoli
-pieprz
-10 suszonych pomidorów (20 połówek) lub pieczone 5 pomidorów

Cebulę, ocet i sól włożyłam do miseczki, dobrze pomieszałam i zostawiłam do zamarynowania na czas gotowania soczewicy. Soczewicę ugotowałam jak w poprzednim przepisie. Gdy wystygła pomieszałam z cebulą w zalewie, pomidorami (usunęłam tymianek), czosnkiem, oliwą i zieleniną. Doprawiłam. Podałam przybrane kawałkami sera.


Mejadra czyli soczewica z ryżem i chrupką cebulą

To bliskowschodnia wersja jednego z naszych ulubionych dań gdy nic nie ma w lodówce, a coś trzeba wziąć na drogę: ryżu z fasolą mung. Danie to ma swoją nazwę, ale ja mówię na nie kaczadi.  Kaczadi dostawałam nawet czasem w pudełku do szpitala (jako pacjent). Tu jak widać nazwa równie wyszukana. Przyjemność jedzenia nie mniejsza. Wizualnie nie odpowiada? To zamknijcie oczy, gwarantuję, że przeniesiecie się w błogi czas dziecięcych zabaw na dworzu, kiedy to dzieci mogły latać do woli czyli zmroku bez opieki dorosłych, a głodne wpadały do któregoś z domów na racuchy, bigos czy zabielany barszcz.

Składniki:
-250g zielonej lub czarnej soczewicy
-700g cebuli
-3 łyżki mąki
-250g neutralnego oleju do głębokiego smażenia u mnie ryżowy
-2 łyżeczki ziaren kuminu lub łyżeczka mielonego
-1 czubata łyżka ziaren kolendry
-2 łyżki oliwy
-1/2 łyżeczki kurkumy
-1 czubata łyżeczka tłuczonego ziela angielskiego
-1 czubata łyżeczka cynamonu
-1 łyżeczka cukru
-200g ryżu basmati u mnie brązowy
-350-500 ml wody
-sól i pieprz

Soczewicę gotujemy około 15 minut w lekko osolonej wodzie. Odcedzamy. Cebulę kroimy w plasterki, mieszamy porządnie (brudźmy dłonie panie i panowie) w misce z mąką i łyżeczką soli i partiami smażymy na rozgrzanym (198 st.C i potem redukujemy ogień na czas smażenia, sprawdzamy od czasu do czasu temperaturę i ewentualnie podkręcamy) po 5-7 minut. Wykładamy na talerz lub durszlak wyłożony papierowym ręcznikiem i posypujemy delikatnie solą. Cebula ma być złota i chrupka. Garnek opróżniamy z oleju (olej zlewamy prze sito do puszki i oddajemy do jakiegoś zaprzyjaźnionego warsztatu na opał). Do garnka wrzucamy przyprawy w ziarnkach i chwilę prażymy. Dodajemy oliwę, pozostałe przyprawy, ryż, odrobinę soli, chwilę smażymy, następnie wlewamy  wodę i wrzucamy soczewicę gotujemy około 30-40 minut na malutkim ogniu (biały ryż około kwadransa). Ugotowane mieszamy z połową cebulą. Odstawiamy pod przykryciem na 10 minut. Połową posypujemy wierzch.
Całość podaję z gęstym jogurtem wymieszanym z dużą ilością posiekanej mięty, odrobiną oliwy i soku  z cytryny, ewentualnie drobno posiekanego ogórka.
 

sobota, 13 kwietnia 2013

Śmigać na spacer!


Parafrazując słynne blogowe hasło: Nie siedź przy garach, gdy słońce na niebie. Śmigaj na spacer. Buro? Oj a niedawno narzekałeś, że biało, to się zdecyduj. A jak nie odpowiada to odrobina zielonego w sałatce pomoże. Lekki wiosenny lunch: miska sałaty i świeży zakwasowiec. Pycha!

Zmykam na spacer. Kawa na zewnątrz, gazeta i śpiący w wózku ludek: wymarzony sobotni poranek. A ta sałatka jest naprawdę pyszna, nawet On nie miał zastrzeżeń!

Hiszpańska zielona sałata prosto z Barcelony

-1/2 szklanki suszonych moreli pokrojonych w cieniutkie plasterki
-1/2 orzechów laskowych, podprażonych na suchej patelni i otarty ze skórek
-miska mieszanych sałat (około 10 szklanek) najlepiej ostrych: u mnie rukola, endywia, roszponka i szpinak
-3 łyżki bardzo dobrego octu z czerwonego wina lub białego balsamico
-1 łyżka soku z pomarańczy
-1/2 łyżeczki miodu
-1/4 szklanki dobrej oliwy z oliwek
-sól i pieprz do smaku

Do miski wrzucamy opłukane i osuszone sałaty, morele i orzechy. Mieszamy w miseczce składniki sosu. Polewamy. I jemy. Dobra też wersja z suszonymi figami. z dodatkiem gęstego kremu balsamico, u mnie figowego.


sobota, 12 listopada 2011

Eko kurczak po włosku, a dla wegetarian sałatka.

Włoska potrawka myśliwych
Chicken Fricassee, Cacciatora Style
M.Hazan

Proporcje na 1/2 sporego eko kurczaka. Wystarcza na dwa solidne obiady dla dwojga i kości na wywar do zupy, a następnie do kompostu. Nie marnuje się nic.

-1,5 kg kurczaka pociętego na części: skrzydła, szyja, nogi, piersi, korpus
-2 łyżki oleju
-mąką wysypana na talerzu ( 3 łyżki)
-sól i świeżo mielony pieprz do smaku
-1 średnia cebula pokrojona w cienkie plastry
-2/3 szklanki białego, wytrawnego wina
-1 papryka czerwona lub żółta, pozbawiona gniazd nasiennych i pokrojona w cienkie plasterki wzdłuż
-1 marchewka, obrana pokrojona w cienkie krążki
-1 łodyżka selera naciowego, cienko pokrojona
-1 ząbek czosnku
-4 pomidory, pozbawione nasion i zmiksowane ma pulpę

Kurczaka myjemy i wycieramy do sucha papierowym ręcznikiem, papier wrzucamy do pojemnika na kompost. Co nie macie? Nawet mi o tym nie mówcie! I od razu obalę pierwszy argument mieszkam w samym centrum dużego miasta.
Weźcie wielką patelnię, która pomieści całe mięso. Nie macie? Znaczy się kupiliście za dużo mięsa.
Na patelni rozgrzewamy olej, kawałki kurczaka obtaczamy delikatnie w mące i wrzucamy na gorący olej. Obsmażamy z obu stron na złoto. Reszta mąki ląduje rzecz jasna w kompoście. Nie macie gdzie wywozić kompostu? A trawnik przy bloku macie? Aha!
Obsmażonego kurczaka wykładamy na talerz. Na patelnie wrzucamy cebulę, dajemy się jej zezłocić. Wlewamy wino i gotujemy pół minuty, zeskrobując wszystko to co przywarło do dna.
Ponownie wkładamy na patelnię kurczaka, oprócz piersi, one gotują się krócej. Dodajemy paprykę, marchewkę, siekany czosnek. i selera. Przykrywamy i dusimy 40 minut. Dodajemy piersi i dusimy kolejne 10 minut. Od czasu do czasu obracamy kawałki kurczaka. Przed podaniem wyjmujemy mięso, a sos zagęszczamy gotując na wolnym ogniu dalsze 10 minut. Wspaniale smakuje z kromką pszennego zakwasowca, orzeźwiającą sałatką i pozostałym winem. Najlepiej w przerwie w budowie pod gołym niebem.

Na kostkach i wnętrznościach ugotowałam bulion z dodatkiem selera, marchewki, tymianku, listka laurowego, natki. Z tego bulionu zrobiłam potem zupę i jedno azjatyckie danie.

A inny pomysł na eko kurę znajdziecie tutaj. Spójrzcie na datę! Oto odstęp pomiędzy jedną kurą a drugą, z przerwami na jedną kaczkę i jedną gęś, zjedzone u nas w domu. Nawet jeśli jemy mięso, warto zdać sobie sprawę, że nie potrzebujemy go wcale dużo. Przysłowiowa garstka tygodniowo w zupełności wystarczy.

A na złagodzenie drapieżnych obyczajów orzeźwiająca sałatka w sam raz do kurczaka.

Włoska sałatka z pomarańczą
M.Hazan*

-ogórek sałatkowy pocięty na cieniutkie plasterki
-6-8 rzodkiewek w plasterkach
-2 pomarańcze obrane jak najdokładniej też z białego albedo i pokrojone na plasterki
-garstka listków mięty
-sól, pieprz
-oliwa z pierwszego tłoczenia
-sok z połowy cytryny

Na talerzu układamy warstwami ogórka, pomarańcze, rzodkiewki, posypujemy miętą.W miseczce ubijamy oliwę z sokiem i przyprawami, polewamy sałatkę. Chłodzimy w lodówce i jemy.

* W niektórych postach możecie znaleźć nazwisko pani Hazan pisane przez Ch. to błąd i niezbyt miłe dla mnie skojarzenie z pewną panią z czasów edukacji.

Tym postem żegnam się z Wami na jakiś czas. Do zobaczenia.

niedziela, 23 października 2011

Pikle roku: koreańskie pikle ze wszystkiego.

Nie wiem jak to się stało, że dotąd nie podzieliłam się z wami przepisem na te koreańskie pikle. Są pyszne i nie skłamię, jeśli powiem, że na stałe zagościły w naszej kuchni. Obok kimchi, koreańskiej tradycyjnej kiszonki z kapusty, ale nie tylko, stanowią naszą codzienną przystawkę do azjatyckich dań. Jednak w przeciwieństwie do kimchi, która jest trudna w smaku te pikle zadowolą delikatne podniebienia europejczyków. Są łagodne na tyle, że pasują też do naszych rodzimych dań. No i przygotowanie: banalne. Podczas gdy kimchi wymaga wielkiej powierzchni, wielosiatkowych zakupów i wielkiej pięciolitrowej kanki, a kuchnia podczas przygotowania przypomina salę plastyczną dla pięciolatków, pikle to danie dla opornych kawalerów, którzy mają tylko jeden nóż. O mojej trudnej miłości do kimchi pisałam tutaj, a dziś Panie i Panowie nasz PIKIEL ROKU.
Przepis pochodzi z książki Davida Changa właściciela restauracji Momofuku, o której zdarzyło mi się kilka razy napisać, więc tym bardziej zadziwia prostotą, bo pan Chang potrafi sprawy niezwykle komplikować. Klikając na nazwę restauracji znajdziecie inne jego pomysły w tym też kimchi z ogórka i szybkie ogórkowe pikle.


Pikle z grzybów shitake
I miejsce w kategorii pikiel roku

-4 luźno upakowane szklanki suszonych shitake
-1 szklanka cukru
-1 szklanka jasnego sosu sojowego
-1 szklanka octu sherry lub łagodnego octu ryżowego
-kawałek imbiru dł. 8 cm, obrany

Grzyby wrzucamy do wrzątku i zostawiamy na 15 minut. Odsączamy, dwie szklanki wody pozostawiamy na potem. Grzybom odcinamy twarde nóżki, a kapelusze kroimy w cienkie 5 mm paski. Wodę przelewamy przez gazę, aby pozbyć się wszelkich latających farfocli. Dodajemy do niej cukier, sos sojowy, ocet i imbir oraz pokrojone kapelusze shitake. Gotujemy około 30 minut na wolnym ogniu. Studzimy. Imbir wyrzucamy, a grzyby ciasno pakujemy w czystych słoikach, zalewamy płynem. Można jeść natychmiast, ja lubię odczekać 1-2 dni. Przechowujemy w lodówce do miesiąca. Aromatyczne, słodkawe, pyszne. Jeśli choć trochę przypadną wam do gustu poeksperymentujcie z ilością cukru i rodzajem octu, my zwykle dajemy nieco mniej tego pierwszego.

Poprzednie pikle należą do rodziny: piklowane w sosie sojowym. Czy wiecie, że całkiem podobny przepis znalazłam kiedyś w jednej z książek Hanny Szymanderskiej, nie wiem z jakiego rejonu polski pochodził (podejrzewam, że z żadnego) ale, był to bardzo smaczny wyrób. Wtedy poddałam piklowaniu przydomowe pędy gorczycy. I pewnie kiedyś do tego wrócę, jak dojdę dlaczego gorczyca, nie chce rosnąć na moich eko grządkach. Tymczasem pora na drugą rodzinę pikli: octowych. Tu można naprawdę zaszaleć, ale po kolei.

Piklowany koper włoski
II miejsce ex-aequo w kategorii pikiel roku

-1 szklanka wrzącej wody
-1/2 szklanki octu z wina ryżowego
-6 łyżek cukru
-2 łyżeczki soli
-2 duże ( lub 4 małe) bulwy kopru włoskiego
- ew. 1 łyżeczka ziaren kolendry

Koper kroimy wzdłuż na cztery, a następnie w cienkie piórka w osi korzenia. W garnku mieszamy wodę, ocet, sól i cukier, mieszamy, aż cukier się rozpuści. Pocięte warzywa i ew, ziarno kolendry wrzucamy do słoika. Zalewamy ciepłą zalewą, zakręcamy. gdy wystygnie wkładamy do lodówki. Dobre po 3-4 dniach. Można przechowywać do miesiąca.


Piklowane buraki
Niekwestionowany lider

-1 szklanka wrzącej wody
-1/2 szklanki octu z wina ryżowego
-6 łyżek cukru
-2 łyżeczki soli
-ok. 1 kg jędrnych małych buraczków, obranych, przekrojonych na pół i pociętych w cienkie, cieniutkie plasterki

W garnku mieszamy wodę, ocet, sól i cukier, mieszamy, aż cukier się rozpuści. Pocięte warzywa i ew, ziarno kolendry wrzucamy do słoika. Zalewamy ciepłą zalewą, zakręcamy. gdy wystygnie wkładamy do lodówki. Dobre po 3-4 dniach. Można przechowywać do miesiąca. Czy ten przepis wam czegoś nie przypomina? Tak jest identyczny jak poprzedni, bo w ten sposób można piklować inne warzywa. Jak dotąd jedliśmy rzepki, rzodkiewki, marchewki, topinambur, daikon, pietruszkę i seler, ale możliwości są nieograniczone.

A dla zawiedzionych prostotą pikli: kimchi z daikonu (długiej białej rzodkwi) jako, że ten właśnie dojrzewa do jesiennych zbiorów na naszej eko grządce (bardzo lubi nawóz z rybek czort!!!). A tych, którzy chcieli by zmierzyć się z domowym kimchi z kapusty odsyłam do wpisu sprzed dwóch lat znajdziecie tam klasyczny koreański przepis ( choć pewnie każda koreańska pani ma swój). Wierzcie mi domowe kimchi jest o wiele lepsze od tego kupowanego w azjatyckich sklepach. Chang w taki sam sposób robi klasyczne kimchi z kapusty pekińskiej, ale uważam, że nie ma tej głębi smaku co kapustka robiona według koreańskiej książki.

Kimchi z daikonu

-3 średnie daikony pocięte na 2 cm kawałki
-2 łyżki soli morskiej
-1/2 szklanki + 2 łyżeczki cukru
-20 ząbków czosnku, zmiażdżony
-20 plasterków obranego imbiru, zmiażdżonych
-1/2 szklanki kochukaru (sproszkowanej ostrej papryki koreańskiej, do kupienia w sklepach z azjatycką żywnością - pisałam o jednym takim tutaj)
-1/4 szklanki sosu rybnego
-1/4 szklanki jasnego sosu sojowego
-2 łyżeczki solonych krewetek z zalewy w słoiku (do kupienia jak wyżej), posiekanych
-1/2 szklanki pociętej na 2,5 cm kawałki malutkiej dymki, a może raczej grubego szczypioru, białe i zielone części
-1/2 szklanki marchewek pociętych w piórka

Daikon zasypujemy solą i dwoma łyżkami cukru, mieszamy i odstawiamy na noc do lodówki. Następnego dnia w misce mieszamy: czosnek, imbir, papryke, sos rybny, sos sojowy, krewetki, pozostały cukier, ewemtualnie dolewamy 1/3 szklanki wody, ale całość nie powinna być zbyt rzadka. Dodajemy szczypior i marchewkę. Rzodkiew odsączamy na sicie, ewentualnie płuczemy, jeśli widzimy nierozpuszczoną sól. Mieszamy z zaprawą, przekładamy do słoików i wkładamy do lodówki. Mozna jeść już po 24 godzinach, ale proponuję odczekać tydzień, dwa. Przechowywać do 6 tygodni.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Lato w pełni czyli rzecz o tabbouleh, subiektywnie.

Lato w pełni, w pracy leniwiej, wakacje. Dla mnie to czas rowerowych wypadów, a od niedawna prac ziemnych na mazowieckim powietrzu i samochodowych wycieczek nad morze (za pociągiem na tej trasie nie tęsknię!). A jak tylko wychodzę z domu to zabieram ze sobą pudełko z pożywieniem. Nie mogę być głodna, o nie! Latem musi być lekko, acz treściwie, nie może się memłolić w podróży, a już brońboże skisnąć, zjełczeć, skwaśnieć. Latem namiętnie przerabiam tabbouleh.
Chyba nikomu nie muszę przedstawiać tej libańskiej sałatki. Kto choć raz kupił kuskus musiał widzieć przepis na odwrocie pudełka.
Oryginalnie sałatka pochodzi z Libanu, popularna jest na całym Bliskim Wschodzie, a jej nazwa znaczy tyle co 'przyprawiony". Tradycyjnie przyrządza się ją z bulguru czyli łamanej pszenicy. Wersja z kuskusem, który łamanym ziarnem nie jest, a czymś bliżej twardego makaronu z semoliny, pochodzi z północnej Afryki. Znawcy twierdzą, że nadaje potrawie bardziej słodkawy smak. I taką jadłam po raz pierwszy, w jakieś podłej marokańskiej knajpce w Paryżu. Zakochałam się od pierwszego mlaśnięcia. Pamiętam, że przywiozłam sobie wtedy do Polski pudełko kuskusu. Potem w Syrii próbowałam Bliskowschodniej wersji i długo nie mogłam dojść co to ziarno, zwłaszcza, że syryjska sałatka składała się głównie z zieleniny, a kaszy było jak na lekarstwo. No właśnie, istnieją dwie szkoły tabbouleh w jednej głównym składnikiem jest zielenina, w drugiej kasza. Lubię znaleźć się gdzieś pomiędzy. Zielenina to zazwyczaj mieszanka natki pietruszki i mięty. A dodatki to drobno krojony pomidor, ogórek, sok z cytryny, oliwa, kumin.
Tak mówi tradycja i uczone księgi, a dalej to już eksperymenty. Do zieleniny dodaję młodą cebulkę, koperkiem zastępuję pietruszkę, wzbogacam smak mięty o inne zioła. Z kaszami też sobie używam. Zamiast drobnego bulguru, daję gruby lub pełnoziarnisty. Innym razem kaszę jaglaną, jęczmienną, a nawet jasną gryczaną. Dodaję rodzynki, orzechy, truskawki, winogrona, melona. Sok z cytryny zastępuję pomarańczowym lub grejpfrutowym. Nie wiem czy to nadal tabbouleh, ale niech tam. Poniżej cztery propozycje:
Tabbouleh z pełnoziarnistego bulguru z truskawkami
na zdjęciu

-1 szklanka grubego pełnoziarnistego bulguru*
-10 dużych truskawek pokrojonych na ćwiartki
-garść rodzynek namoczonych we wrzątku
-garść drobno siekanych orzechów włoskich
-ogórek pokrojony w drobną kostkę
-1 duży pomidor pokrojony w kostkę
-pęczek natki pietruszki
-pół pęczka mięty
-dwie młode cebulki siekane wraz ze szczypiorem
-sok z 1 cytryny
-1 łyżka ostu balsamico
-1/2 szklanki oliwy
-sól, pieprz

Bulgur gotujemy na sypko: zalewamy zimną wodą, 2 cm ponad poziom ziaren i gotujemy najpierw bez przykrycia na dużym ogniu 5 minut, potem około 10 minut pod przykryciem. Kasza ma wchłonąć całą wodę. Studzimy. Mieszamy zimną kaszę z pozostałymi składnikami, przyprawiamy. Wstawiamy do lodówki niech się schłodzi.


Tabbouleh z grubego bulguru z winogronami

-1 szklanka grubego bulguru*
-20 dużych ciemnych winogron pokrojonych na połówki, pestki usunięte
-garść drobno siekanych pistacji
-ogórek pokrojony w drobną kostkę
-10 pomidorków koktajlowych pokrojonych na połówki
-pęczek koperku
-garść siekanej mięty i bazylii
-1 łyżeczka kuminu
-sok z 1 cytryny
-sok z 1 pomarańczy
-1/2 szklanki oliwy
-sól, pieprz

Bulgur gotujemy na sypko: zalewamy zimną wodą, 2 cm ponad poziom ziaren i gotujemy najpierw bez przykrycia na dużym ogniu 5 minut, potem około 10 minut pod przykryciem. Kasza ma wchłonąć całą wodę. Studzimy. Mieszamy zimną kaszę z pozostałymi składnikami, przyprawiamy. Wstawiamy do lodówki niech się schłodzi.

Klasyczne syryjskie tabbouleh
Poopa Dweck

-1 szklanka drobnego jasnego bulguru
-6 łyżek oliwy
-sok z 4 cytryn (3/4 szklanki soku)
-2 łyżeczki mielonego kuminu
-1 łyżeczka słodkiej czerwonej papryki
-1 łyżeczka soli
-5 pomidorów drobno posiekanych
-4 małe pęczki szczypiorku drobno posiekane
-2 małe pęczki natki drobno posiekane
-5 łyżek siekanej świeżej mięty lub 2 łyżeczki suszonej
- liście sałaty rzymskiej do podania

Autorka książki jest wielbicielka soku z cytryny, stąd ilości ta może być dla was za duża. Niemniej schłodzona, sałatka ta wcale nie jest kwaśna. Bulgur, zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na 15 minut pod przykryciem, odcedzamy. Następnie mieszamy go z oliwą, sokiem z cytryny i przyprawami i odstawiamy na dalsze 30 minut. Dodajemy pokrojone pomidory i zieleninę. Mieszamy. Podajemy na liściach sałaty.

Tabbouleh z sokiem grejpfrutowym
Elisabeth Bard

dla 6 osób

-2 szklanki kuskusu lub cienkiego bulguru lub kaszy jaglanej.
-2 szklanki drobno siekanej natki pietruszki
-1 łyżka drobno siekanej mięty
-4 pomidory, tylko miąższ, bez gniazd nasiennych, pokrojone w kostkę
-ogórek pokrojony w drobną kostkę
-1/2 szklanki rodzynek
-3/4 szklanki oliwy z oliwek
-2/3 szklanki świeżo wyciśniętego soku z czerwonego grejpfruta
-1/3 szklanki soku z cytryny
-duża szczypta soli morskiej
-1/2 łyżeczki kuminu
-duża szczypta świeżo mielonego pieprzu
-tuż przez podaniem sok z połowy grejpfruta.

W zależności na co się zdecydujecie: bulgur i kuskus zalać wrzątkiem odstawić, a kaszę ugotować na sypko. Rodzynki zalać wrzątkiem, odstawić. Wymieszać soki z oliwą i solą. Dodać sos do przestudzonej kaszy, dodać pomidory, oŋórka, odsączone rodzynki. Doprawić pieprzem i kuminem, wymieszać, schłodzić. Przed podaniem polać pozostałym sokiem.

A teraz czas na wasze eksperymenty. Joanno to dla ciebie do pudełka. Zofio, chyba możemy potraktować to jako lekcję?. Dominiko: i wegetariańskie i szybkie. Do dzieła moje panie. Pakujemy się, trwa nieustający piknik na połaci: większość letnich sobót i niedziel od 10 do 19-stej zapraszamy.

A na letnie upały polecam aromatyzowane wody i nie mam na myśli chemicznych rozwiązań z plastikowej butelki, a fe! Ma być domowo i ekologicznie, butla szklana lub termosik. Wspomnienie wakacji z bidonem.

Letnie wody dla ochłody

Według Głównego Inspektoratu Sanitarnego większość wód miast dużych nadaje się do bezpośredniego spożycia, najlepsza jest w Gdańsku, filtr pozbawia je posmaku, stan wiedzy na maj 2011

Ogórkowa

-litr wody filtrowanej
-10 plasterków ogórka

Imbirowo-cytrynowa
-litr wody
-5 plasterków imbiru
-łyżka soku z cytryny
-łyżeczka miodu

Miętowa

-2/3 litra wody
-20 sporych liści mięty zaparzonych w szklance wody

Bzowa
-litr wody
-2 łyżki syropu z czarnego bzu

Truskawkowa
-litr wody
-kilka mrożonych truskawek

A jeszcze cytrynowa, pomarańczowa, melonowa i tak dalej i tak dalej.
Wodę mieszamy z dodatkiem, chłodzimy. Nie chodzi o uzyskanie wody z sokiem, ale aromatu, posmaku w tle, pola do zgadywanek dla gości.


* wszystkie rodzaje bulguru do kupienia w sklepach z orientalną żywnością typu Kuchnie świata, Samira

niedziela, 27 marca 2011

A na poniedziałek dwie sałatki do pudełka.


Sobota przemknęła jak błyskawica. Dała miły ból w mięśniach po porannym rozciąganiu. Zapełniła lodówkę ekologicznymi przysmakami z targu nieopodal. Do wieczora płynęła radośnie na rozmowach, grupowym lepieniu falbanek i kieliszeczkach pysznych nalewek.

Niedziela strzeliła jak z bicza trzasnął. Śmignęła po wertepach. Na twarzy zostawiła słoneczny ślad pierwszego wiosennego pikniku. Na kartkach plany na przyszłość.

Biegnie tydzień nowego. Jutro poniedziałek. Nie zapomnijcie przygotować lunchowych pudełek. Joanno oto dwie propozycję do twojego pudełka od niezawodnej Nigelli. Proste i lekkie, w sam raz na nowy czas.

Sałatka jak wietnamska z kurczaka i kapusty

-300g gotowanego lub pieczonego kurczaka podartego na drobne kawałki
-2 czerwone chili
-1 ząbek czosnku
-2 łyżeczki cukru
-3 łyżki octu ryżowego
-3 łyżki soku z cytryny
-1-2 łyżki sosu rybnego
-3 łyżki oleju
-1 czerwona cebula
-pęczek rzodkiewek pokrojonych w ćwiartki
-pieprz
-500-700g kapusty białej lub czerwonej drobno poszatkowanej
-5 łyżek natki kolendry, drobno krojonej

Siekamy drobno chili (bez nasionek i białych błonek), czosnek. Mieszamy w miseczce z octem, cukrem, sokiem z cytryny, sosem rybnym i olejem. Odstawiamy na pięć minut. Siekamy drobno cebulę, na piórka. Dodajemy do miski, mieszamy i zostawiamy na kwadrans. Dodajemy mięso i ponownie zostawiamy na kwadrans. Na koniec mieszamy z poszatkowaną kapustą i rzodkiewkami, dobrze mieszamy i napełniamy pudełka na wynos. Na wierzchu posypujemy obficie kolendrą.

Sałatka z kurczaka z miętą i orzeszkami ziemnymi

sos
-2 łyżki oleju
-3 łyżki niesolonych orzeszków ziemnych
-2 łyżki chińskiej pasty chili z bobu (chili bean paste)
-1 łyżka cukru
-1 łyżka sosu sojowego
-1-2 łyżki chińskiego ciemnego octu
-2 łyżki wody

Orzeszki prażymy w oleju na złoto, ciepłe przekładamy do melaksera i ucieramy na pastę. Dodajemy pozostałe składniki sosu i mieszamy. Sos przekładamy do małego pojemniczka na wynos.

sałatka
-300g kurczaka gotowanego lub pieczonego podartego na małe kawałki
-mała główka sałaty lodowej, posiekana
-spory pęczek natki kolendry, posiekany
-spory pęczek mięty, posiekany
-średni ogórek, usunięte gniazda nasienne, posiekany na półplasterki
-szczypior, pokrojony wzdłuż na trzy, następnie na 5 cm nitki

Wszystkie składniki fantazyjnie układamy w pudełkach. W pracy polewamy sosem.

Orientalne składniki do kupienia tutaj. A zioła na wagę tutaj

piątek, 25 lutego 2011

Mówisz masz czyli karczochy na sposób włoski.

Jakiś czas temu żaliłam się, a w zasadzie uskarżałam na brak tanich, dobrych karczochów. Wyraziłam też swoją zazdrość wobec mieszkańców Sycylii, którzy kupują je wiadrami za śmieszną cenę 40 centów za sztukę. Niebawem mi doniesiono, że jest to całkiem wygórowana cena, co jeszcze bardziej mnie przygnębiło, a nawet wywołało pewną irytację. No bo co mi z takiej wiedzy?:-) Co innego wiadomość gdzie kupić topinambur! Ale są też pozytywy takiego biadolenia. Oto trafił w moje ręce koślawy, papierowy pakunek. Uważaj bo się pokłujesz! A w środku Karczochy! Z Sycylii! Przywiozłam Wam, bo właśnie sezon. I proszę: mówisz- masz. Dziękuję teściowo!

Długo zastanawiałam się jak spożytkować ten podarunek. Obawiam się, że nawet troszkę za długo. Ostatecznie postawiłam na klasykę: Carciofi alla romana słynną włoską przystawkę, która nie ma sobie równych. Przy okazji wykopałam że znaleźli się śmiałkowie, którzy uprawiają karczochy w Polsce. Kilka hiszpańskich odmian przyjęło się w naszym klimacie, niestety nie wpłynęło to na cenę. Za to zaświtał mi już w głowie pewien pomysł.

Jeśli chodzi o przygotowanie karczochów jest z tym niezły ambaras. Myślę, że właśnie ten ambaras i niespotykany kształt przyczyniły się do takiej popularności, tudzież legendy wokół tego warzywa. Przyznaję: są pyszne, ale kalafior jest i piękny i niezły , a przecież nie pieje się z zachwytu na jego widok.

A więc do dzieła: Potrzebny nam będzie ostry nożyk, najlepiej z okrągłą końcówką. Miseczka z sokiem z cytryny. Obieraczka. Najpierw wyłamujemy płatki, tak by usunąć ich twarde części. Palce co jakiś czas moczymy w cytrynie i smarujemy karczochy w miejscu złamania. Zewnętrzne płatki pewnie będzie trzeba usunąć w całości, te bliżej środka złamią się w połowie. Gdy ukaże nam się mocno żółty środek, ścinamy go nożem. Teraz naszym okrągłym nożykiem usuwamy ze środka pręciki. Obieraczką obieramy łodygę i dolną część kwiatostanu. Spryskujemy cytryną. Teraz możemy przygotowywać karczochy wedle przepisu jakim dysponujemy.


Karczochy na sposób włoski
Carciofi alla romana
Marcella Hazan

-4-5 karczochów
-1/2 cytryny
-3 łyżki drobno posiekanej natki pietruszki
-2-3 ząbki czosnku drobniutko posiekane
-8 listków mięty drobno posiekanych
-sól
-pieprz
-1/2 szklanki oliwy

Karczochy przygotować jak powyżej. Pokropić cytryną odstawić. W miseczce wymieszać pozostałe składniki oprócz oliwy. Odłożyć 1/3 ziołowo-czosnkowej mieszaniny. Pozostałą wypchać puste środki karczochów. Teraz potrzebny nam będzie garnek w którym będziemy mogli ustawić nogą do góry, jeden obok drugiego nasze karczochy. Karczochy nacieramy od zewnątrz pozostałą zieleniną. Wkładamy kwiaty do garnka. Wlewamy oliwę i tyle wody by przykryła je do wysokości jednej trzeciej. Przykrywamy szczelnie pokrywką, ewentualnie ścierką i pokrywką. Gotujemy na wolnym ogniu 35-45 minut, czasem wychodzi krócej. Podajemy lekko przestudzone polane sosem co został w garnku.

Zjadamy patrząc zalotnie w oczy ukochanemu. Mimo że przestudzone, rozpalają zmysły. Hmmm te karczochy to chyba rzeczywiście afrodyzjak! Tylko co na to teściowa? Pozostałą oliwę można spożytkować do maczania domowego chleba na równie romantyczne śniadanie. Eh lubię tak się rano z tobą pokotłować.

środa, 8 grudnia 2010

Gdy brak czasu sięgam po resztki. Sałatka zimowa.


W mojej kuchni nadal króluje On. Powstają wielostopniowe dania robione trzy dni. Mięsiwa pieką się godzinami, co raz przewracane kolejnym widelcem. Nie narzekam. Pomykam w przemoczonych butkach po nieodśnieżonych chodnikach powiatowego miasta. A to zajrzę do starostwa, a to do gminy. Zagrzeję chwilę miejsca w elektrowni. Dowiem się, że brak jednego druku lub że najpierw trzeba mi kolejne pozwolenie mieć. A czas oczekiwania liczyć będę w tygodnie, miesiące. Wracam zła i zmarznięta, ale nie narzekam. Otwieram dziób po jedzenie. Jem ostro i rozgrzewająco. Jem po koreańsku. I ciągle nie narzekam, bo jest pysznie. Choć czasem, by móc podziękować za posiłek muszę wypić duuużo wody. Za to mi zostają resztki. Długo pieczone, aromatyczne mięso. A z resztek to ja potrafię wyczarować lunch. W sam raz do pudełek. Jestem w końcu Gospodarna Narzeczona. A Joanna może to sobie zapakować do pudełka. A Dominika zrobiłaby to w pięć minut, gdyby tylko jadła mięso. A ty?

Sałatka z pieczonej łopatki wieprzowej
gdzieś tam u Nigelli podobna
Pieczona łopatka:
wg Momofuku

-1,5kg łopatki wieprzowej
-1/4 szklanki soli czyli 4 łyżki
-1/4 szklanki cukru

Mięso nacieramy solą i cukrem, co zostanie wyrzucamy. Wkładamy do naczynia w którym będzie się piec, przykrywamy szczelnie folią i wstawiamy do lodówki na 6 do 24 godzin. Piekarnik nagrzewamy do 120 st. C. Wylewamy nadmiar płynu z naczynia z mięsem. Wkładamy naczynie na 6 godzin do piekarnika.Co godzinę polewamy wytopionym tłuszczem i sokiem. Przewracamy co jakiś czas, starając się nie utopić widelca. Tak pieczone mięso zachowuje wilgotność i aromat. Wyciągamy i studzimy.

Sałata:

- pół główki zielonej sałaty
- kilka liści gorzkiej czerwonej sałaty lub cykorii
- kawałek pieczonego mięsa na przykład wieprzowej łopatki, kaczki, jagnięciny lub schabu
-pęczek mięty
-pestki z jednego granatu

Sos:
-2 łyżki sosu rybnego
-1 łyżka galaretki z czarnej porzeczki lub dżemu
-2 łyżki delikatnego octu winnego
-1 łyżka słodkiego sosu sojowego
-1 łyżeczka Tabasco
-1 dymka wraz ze szczypiorkiem posiekana
-1 mały ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę
-2 łyżki oliwy

Mieszamy w miseczce składniki sosu. Wkładamy plastry mięsa i marynujemy 15 minut. Na talerzach rozkładamy sałaty, mięso odsączone z marynaty. Posypujemy miętą i granatem. Polewamy pozostałym sosem. Jemy z domowym chlebem.

poniedziałek, 27 września 2010

Dziewięćdziesiąt kilometrów, dziewięćdziesiąt minut, On, Ona i proszona kolacja.

W sobotę i niedzielę pogoda jest tak piękna, że On i Ona nie mogą odmówić sobie rowerowej wycieczki. Od świtu niemalże On stoi nad Nią jak spragniony uciech dnia sześciolatek i jęczy: No wstań. No jedźmy już. No chodź zrobiłem ci kawę. W sumie miło jest wstać, gdy dom wypełnia jesienne słońce. Za oknem klon gubi pomarańczowe liście, na stole Jej ulubione latte i pyszne bagietki z serem z wymiany*. Myk, myk prysznic, kanapki do sakwy i już po chwili Ona i On telepią się starym składem za miasto. I znowu cudownie jest Im mknąć na pomarańczowym i czerwonym jednośladzie wśród mazowieckich bezdroży. Zwłaszcza, że przyświeca Im życiowa** misja. Wspaniałe jest Im wgryzać się w bagietkę nadzianą świeżym kimchi z ogórków i długo dojrzewającą szynką. Wracają do domu przed siódmą z miłą dla oka, mniej nieco dla mięśni, dziewięćdziesiątką na liczniku. Tymczasem zostaje Im, o ironio, dziewięćdziesiąt minut do przyjścia znajomych. A Ona i On nie lubią byle czego na stole. Kolacja ma być smaczna i efektowna. Ba! Ona chce zrobić jeszcze zdjęcia!

Jak zrobić proszoną kolację w 90 minut.

Nie oszukujmy się planowanie jest konieczne.

Poprzedniego dnia On robi zakupy, piecze chleb. Zresztą i tak by upiekł. Ona piecze sernik bananowy z najnowszej Nigelli. Dobrze, że jest okazja, tyle tych ciast do wypróbowania. Chleb na pszennym zakwasie nic nie traci ze swojej świeżości, a sernik lubi odczekać swoje w lodówce.

Po wejściu do domu o godzinie 18:45
Oboje myją ręce. Ona rozpakowuje sakwy, wyciera stół i sprząta to i owo, bo psuje jej wygląd całości. On zmywa naczynia ze śniadania, o zgrozo! Ona przeciera i nakrywa stół, niezobowiązująco tak lubi. Wyciera sztućce, szklanki, wyjmuje z lodówki sernik. On włącza piekarnik, niech się nagrzeje do 175 st.C

Godzina 19:00, kurczak jest w piekarniku

Ona idzie pod prysznic. On szykuje kurczaka pieczonego z dwoma cytrynami. Kurczak jest solidny i eko. Danie ma być proste, stąd dobra jakoś składników jest nieodzowna. Naciera, nadziewa, zaszywa, związuje Gdzie położyłaś moją dratwę?! A ta igła żaglowa?! I już po chwili kurczak ląduje w piekarniku. Tymczasem spod prysznica wychodzi Ona. On sprząta po kurczaku nazwanym już Kurą. Ona się ubiera.

19:15-19:30, wykąpani, ubrani, szykują sałatę

On idzie pod prysznic. Ona stawia garnek do gotowania na parze, obiera około kilograma pietruszek zrobi te Truskawkowej Ani, od dawna są w jej codziennym repertuarze, szybkie, zaskakująco dobre. I kto by pomyślał, że to pietruszka! Tylko zamiast mąki używa domowej bułki tartej i mniej soli. Myje dwa rodzaje sałaty i rwie na kawałki, kroi na przezroczyste plasterki ogórka. Spod prysznica wychodzi On.

19:30-19:45, On trze i miażdży, Ona strzepuje pyłki.

Ona szykuje wodę z plasterkami ogórka i listkami przyokiennej mięty, kroi chleb. Utrzyj mi parmezanu i ukręć tego sosu z anchovies do sałaty. Komenderuje. Kręcą się jak frygi i już za chwilę na stole ląduje sałata z kaparowo-sardelowym sosem, chleb, woda. Zapomnieli o winie, ale w tej kwestii można zawsze liczyć na znajomych.
Ona ustawia talerze i szklanki i suszy włosy, błogosławiąc swojego boskiego fryzjera, bo nic a nic nie musi ich układać. Z piekarnika dobywa się oszałamiający zapach cytrynowej Kury.


19:45-20:00 Goście i gospodarze starają się ukryć zziajanie.


Ona podgrzewa karmelowy sos i polewa nim sernik. Spływa, niedobrze. Pokrywa pietruszki posypką, skrapia oliwą i wkłada do piekarnika. On sprząta miejsce pracy. Uff oddychają z ulgą w tym czasie do drzwi dzwonią goście, zanim wejdą na górę, zdążą przekląć ich czwarte, wysokie piętro. Kura potrzebuje jeszcze kwadransa, ale co za problem zabawić gości rozmową albo zlecić im łapanie karmelu, co usiłuje uciec z sernika. I kiedy kolacja jest już zjedzona, Ona przypomina sobie o tych zdjęciach. Cholera! Robi zdjęcia resztkom. Nie może sobie odżałować takich dobrych dań.

Kurczak pieczony z dwoma cytrynami
Marcella Hazan

-dobry kurczak w wadze 1,5-1,7 kg
-sól
-świeżo mielony pieprz
-2 małe cytryny najlepiej niewoskowane

Piekarnik rozgrzewamy do 170-175 st.C
Kurczaka myjemy, Usuwamy sterczące kawałki tłuszczu. Sadzamy go na talerzu na 10 minut, tak by jak najwięcej wody wyciekło. Osuszamy papierowym ręcznikiem. Szczodrze nacieramy solą i pieprzem od zewnątrz i w środku.
Cytryny myjemy zimną wodą, zmiękczamy poprzez rolowanie ich o blat. Nakłuwamy każdą wykałaczką w 20 miejscach. Wkładamy cytryny do wnętrza ptaka. Przy pomocy wykałaczek spinamy otwór w kurczaku albo zaszywamy nicią z naturalnego włókna. Nogi związujemy ze sob, ale tak by zachowały naturalną pozycję. Staramy się nie uszkodzić skóry, Kładziemy kurczaka w formie do pieczenia, piersią do dołu i pieczemy bez dodatku tłuszczu około 20 minut na każde 1/2kg mięsa. Wyjątkowy w swojej prostocie.

Sernik bananowy z sosem toffi
Nigella Lawson Kitchen

Piekłam z 2/3 porcji na małą tortownicę około 20 cm

-250g ciastek digestive***
-75g masła

-4 przejrzałe banany, takie z brązową skórką
-60ml soku z cytryny
-700g kremowego twarogu w temp. pokojowej
-6 jajek
-150g jasnego muscavado

-100g masła
-125ml golden syrup****
-75g jasnego muscavado

-tortownica i forma lub naczynie, do której zmieści się tortownica

Tortownicę od wierzchu i spodu owijamy szczelnie kilkoma warstwami folii aluminiowej.
Piekarnik rozgrzewamy do 170 st. C
Ciastka i masło miksujemy w melakserze, powinna powstać masa, którą wylepiamy dno tortownicy. Wstawiamy do lodówki.
Banany rozgniatamy widelcem lub mikserem na pulpę, mieszamy z sokiem z cytryny.
Miksujemy ser na gładko, dodajemy po jednym jajku i po kilka łyżek cukru, nadal miksując. Gdy maa będzie gładka, dodajemy stopniowo banany.
Tortownicę wyjmujemy z lodówki i umieszczamy w dużej formie lub naczyniu. Wlewamy do tortownicy masę serową. W czajniku gotujemy wodę. Gdy piekarnik się nagrzeje. Wstawiamy naczynie z tortownicę do piekarnika i wlewamy do niego wrzątek, ma sięgać do połowy tortownicy. Pieczemy sernik w kąpieli wodnej przez 70 minut. Gdy jest upieczony, ostry nóż zatopiony w cieście wychodzi czysty. Studzimy, wyciągamy z tortownicy i wkładamy do lodówki.
Z pozostałych składników robimy sos. Rozpuszczamy w rondelku syrop, masło i cukier na gładką masę. Gotujemy przez minutę. Przelewamy do dzbanuszka i studzimy. Nie wkładamy do lodówki. Radzę sos przygotowywać w dniu podania, bo mój się zestalił i musiałam chwilę go pogrzać. Sernik jest bardzo dobry, choć nie ma nic wspólnego z polską klasyka gatunku.

Kimchi z ogórków
David Chang Momofuku

Kimchi to rodzina koreańskich kiszonek i pikli. Klasyczną z kapusty pekińskiej opisałam tutaj. To ekspresowa i bardziej zachodnia propozycja Davida Changa właściciela kilku lokali w NY pod wspólną nazwą Momofuku. Gdybyście kiedyś byli w Wielkim Mieście koniecznie odwiedźcie lokale Davida Changa. A książkę z niektórymi przepisami (menu zmienia się tam co tydzień) można kupić wysyłkowo. Większość przepisów jest niezwykle skomplikowana, ale ten poraża prostotą. W potrawy Changa wierzę jak w nic.

-500g jędrnych ogórków jak do kiszenia, pokrojonych wzdłuż na cienkie paseczki
-2 i 1/2 łyżka cukru
-1 i 1/2 łyżeczki soli
-1 i 1/2 łyżki kochukaru czyli koreańskiej ostrej papryki w proszku do kupienia tu.
-1 i 1/2 łyżki pokrojonego w cienkie paseczki imbiru
-4 ząbki czosnku, pokrojone w cienkie paseczki
-1 łyżka sosu rybnego
-1 łyżka jasnego sosu sojowego
-1/2 łyżeczki solonych krewetek (opcjonalnie)
-1 mała marchewka pokrojona na 5 cm zapałki
-1 dymka pokrojona w cieniutkie piórka ( biała i jasnozielona część)
-1/4 cebuli pokrojona w cienkie plasterki

Ogórki mieszamy z 1 i 1/2 łyżki cukru, 1/4 łyżeczki soli i odstawiamy na 10 minut. Pozostałe składniki mieszamy w misce, dodajemy odsączone z soku, który puszczą ogórki. Mieszamy i odstawiamy na 15 minut. Gotowe. Można przechowywać w lodówki w słoiku do kilku tygodni. Rzecz jasna ogórki nieco się zamarynują.

Pieczone pietruszki
Ania

-1kg ładnych pietruszek podobnego rozmiaru
-4 łyżki bułki tartej
-4 łyżki świeżo startego parmezanu
-1 łyżeczka pieprzu
-1/4 łyżeczki soli
-2 łyżki oliwy

Pietruszki obrałam, niektóre przekroiłam wzdłuż na pół. Gotowałam na parze przez 3 minuty. Ułożyłam w naczyniu do zapiekania. Sypkie składniki wymieszałam, wysypałam na pietruszki, potrząsnęłam naczyniem. Skropiłam oliwą. Zapiekłąm przez 20 minut w temp. 170 st.C

Sałata z kaparowo-saredelowym sosem
Jamie Oliver

- różne rodzaje sałaty, podarte na kawałki, okołom 1,5 główki
- ew. kilka ogórków pokrojonych w cienkie plastry
- 4 filecików anchovies
- garść kaparów
- 9 łyżek oliwy
- 3 łyżki octu winnego

Mieszamy w melakserze lub rozcieramy w moździerzu na gładki sos. Polewamy sałatę.


* My pieczemy chleb na zakwasie, chleb jedzie w góry, w górach pani robi pyszny ser, krowi lub kozi, ten z kolei jedzie do nas.
** A tak szykuje nam się życiowa misja.
*** a ciastka możecie zrobić samemu i to nawet orkiszowe, razowe! Przepis na końcu.
**** Z polskich produktów najbardziej zbliżony jest płynny sztuczny miód, syrop do kupienia z delikatesach i sklepach z żywnością z różnych stron świata

Domowe ciastka digestive
modyfikacja przepisu Doroty

-175g mąki orkiszowej typ 2000
-50g mąki pszennej chlebowej
-50g mieszanki płatków zbożowych (owsiane, jęczmienne, żytnie)
- 4 łyżki skondensowanego mleka
- szczypta soli
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
-75g masła
-3 łyżki jasnego muscavado

Z podanych składników zagniotłam niezbyt atrakcyjne ciasto. Schłodziłam w lodówce. Zimne rozwałkowałam, wykroiłam szklanką ciastka, które nakłułam wykałaczką. Piekłam w 180 st. C przez 12 minut. Studziłam na kratce.

LinkWithin

Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin