Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspominkowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspominkowe. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 września 2011

Wodowanie i żeglarski suchar

fot.Krzychu
W minioną sobotę na chwilę wstrzymaliśmy oddech. W palącym słońcu przy pomocy żylastych panów i malowniczego dźwigu, schlustana winem (szampan to zwyczaj z lat 30-tych minionego stulecia, łódź designem sięga dalej) przez armatora nasza łódź dotknęła wody. I powiem wam, że zrobiła to niezwykle zgrabnie. Nie utonęła, nie fiknęła, a majestatycznie ułożyła się na błękitnej tafli. Zasłużyła na brawa zgromadzonych: mam, szefowych, przyjaciół z dzieciństwa, znajomych pracy, studiów i jogi, a nawet nowych sąsiadów i licznie przybyłych dzieci do lat pięciu. Szkutnik też zbierał pochwały, choć przejęty bardziej niż przed ślubem, niewiele rozumiał. Do ostatniej chwili przyszywał liny do żagla. A po wodowaniu było wino, arbuz i tradycyjny żeglarski suchar. A najcierpliwsi, a może najbardziej pobudliwi mogli popłynął na pełnym żaglu. Dziękuję wszystkim za obecność i miłe słowa. A przed nami kolejne wyzwanie, tym razem na ziemi. Szykujcie się na rising party!

fot.Krzychu

Żeglarskie suchary muszą być poręczne, suche. Czerstwe? Zawsze można je namoczyć w morskiej wodzie. Zapraszam!
Przysmak Kolumba czyli Biscotti z pistacjami i pomarańczą
wersja własna


-45g masła
-150 g cukru demerara

-2 jajka
-2 łyżki soku z pomarańczy
-200g mąki pszennej chlebowej

-190g prażonych lekko posiekanych, niesolonych pistacji
-12g startej skórki pomarańczy

-1,5 łyżeczk1 soli
-2 łyżeczk1 węglanu amonu(NH
4)2CO3 (amoniaku do pieczenia)

Masło ucieramy z cukrem, najlepiej mikserem. Stopniowo dodajemy jajko roztrzepane z sokiem. Następnie mąkę wymieszaną z solą, węglanem amonu i chwilę mieszamy. Dodajemy orzechy i skórkę. Ciasto wykładamy na papier i formujemy walec długości około 30 cm. Chwilę chłodzimy. W tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 160 st. C z termoobiegiem. Schłodzone ciasto spłaszczamy na wysokość 3 cm i pieczemy przez 35-40 minut. Studzimy. Chłodne kroimy na plastry grubości 2 cm i rozkładamy na blasze. Suszymy w temp. 120 st. C przez godzinę. Przechowujemy w puszce.
Suchary wikingów czyli wieloziarniste krakersy
P.Reinhart

-225 g mąki pszennej razowej( użyłam orkiszowej razowej)
-57g mielonej mieszanki ziaren dyni i słonecznika* ( użyłam mieszanki słonecznika i konopi)
-28g mielonych* ziaren siemienia lnianego
-56g niełuskanego sezamu ( białego, czarnego lub mieszanki)
-1/4 łyżeczki soli
-142 wody
2 łyżki miodu ( użyłam syropu z agawy)
-2 łyżki oleju

* ziarna należy zmielić na mąkę, nie masło. Najlepiej zrobić to w młynku do kawy.

Wszystkie składniki mieszamy w misce i zagniatamy ciasto. Wyrabiamy 3 minuty. Ciasto będzie lepkie, ale nie powinno przywierać do rąk. Przykrywamy ściereczka i odstawiamy na 20 minut. Po tym czasie wałkujemy na grubość 3 mm, bez podsypywania mąka. Ciasto ma konsystencję plasteliny i przy delikatnym obchodzenie odkleja się bez uszczerbku od wałka i stolnicy. Wykrawamy dowolne kształty i układamy na blasze. Pieczemy 20 minut w temp.175-180 st.C Zostawiamy na noc, potem chowamy do pudełka. Jesteśmy fanami!

Wytrawne Biscotti Magellana czyli mało biscotti z anyżkiem i migdałami
Saveur Cooks

-3/4 szklanki migdałów
-21/4 szklanki mąki
-1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
-1/4 łyżeczki soli
-125g miękkiego masła
1/4 szklanki cukru
-2 jajka lekko ubite
-1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
-1 łyżka nasion anyżku

Piekarnik rozgrzewamy do 170 st.C. Migdały rozkładamy na blasze i podpiekamy 10 minut. Studzimy i grubo siekamy. W misce mieszamy mąkę, sól, proszek. Masło ucieramy mikserem z cukrem, dodajemy stopniowo jajka i wanilię. Następnie łyżka po łyżce mąkę. NA koniec anyżek i migdały. Z ciasta toczymy wałek, lekko go spłaszczamy i układamy na blasze wyłożonej matą lub pergaminem. Pieczemy 35 minut w temp. 175-180 st.C. Studzimy i kroimy na plastry, które opiekamy z każdej strony po 15 minut w temp. 180 st.C. podobno można je przechować do 4 tygodni, nie wiem nie sprawdziłam. Mało słodkie, dobre do wytrawnego wina.

Ulubione ciastka Jacka Sparrowa czyli ciastka parmezanowe
D.Lepard

-335g mąki
-300g świeżo startego parmezanu ( u mnie pół na pół z pecorino romano)
300g masła
-1/3 łyżeczki ostrej papryki lub cayenne
-1/2-1 łyżeczka soli
-1 łyżeczka pieprzu
-2 łyżki ziemnej wody
-2łyżki sezamu (białego)
-2 łyżki czarnuszki
-jajko lekko ubite

W misce mieszamy mąkę, ser, masło, przyprawy jak na kruche ciasto. Dodajemy wody i zagniatamy ciasto. Formujemy z niego wałki grubości 3-4 cm, zawijamy w papier i wkładamy do lodówki na noc lub do zamrażarki na kilka godzin. Po tym czasie wyjmujemy rozwijamy z papieru. Obtaczamy w jajku, a następnie w mieszance ziarenek. Można ponownie schłodzić. Kroimy na plasterki około 0,5 cm grubości. Pieczemy 20-25 minut w temp.180 st.C. Ciasto miały zdecydowanych wielbicieli i tych co mówili niedobre (Szkutnik).
O tym co jeszcze jedzą żeglarze pisałam już tutaj i tutaj.

wtorek, 1 marca 2011

Kokosanki czyli jedyne makaroniki na jakie mnie stać.


Kokosanki były jednymi z moich ulubionych ciastek w dzieciństwie. Sprzedawane na białych styropianowych tackach nie były ani tanie, ani łatwe do zdobycia. Tym bardziej wydawały się egzotyczne. W nowej Polsce, wiórki leżały już na sklepowych półkach, ale przechodziłam koło nich obojętnie. Szalałam za bouty. Na studiach przeżyłam krótki romans z kokosanką. Przed każdym wspólnym uczeniem, trzaskałyśmy z koleżanką Anią blachę kokosanek. Na naszych studiach dużo było tego wspólnego uczenia, szybko osiągnęłyśmy wprawę. Tamte studenckie ciasteczka piekłyśmy na sztywnej pianie z białek. Były kruche i twardawe. Dobre, ale cały czas marzyłam o tych wilgotnych, lekko ciągnących z dzieciństwa. Studia minęły, zapomniałam o kokosankach. Przypomniał mi o nich mój Szkutnik. Kiedy pierwszy raz zabrał mnie nad swoje morze, jeszcze na stacji ścisnął mnie mocno za rękę i patrząc głęboko w oczy wyszeptał: Kupię ci kokosanek. Gdańskie kokosanki były większe od moich. Dobre, ciągnące, ale szybko wyczułam chemiczne dodatki. Wiem, wiem to nie to co kiedyś, ale chciałem żebyś spróbowała. Mimo to przez pewien czas kupowałam sobie jedną tuż po wyjściu z pociągu. Może chciałam poczuć klimat tamtej romantycznej chwili. On, morze, to spojrzenie i kokosanka. Może nie były takie złe. A może cały czas główkowałam jak zrobić by się ciągnęły.
Temperatura? Proporcje? Okazało się to tyleż zaskakujące, co proste. Zobaczcie sami. A i jeszcze jedno. One nazywają się makaroniki! Jedyne makaroniki, które wychodzą mi zawsze i bez stresu. Jeszcze jeden sposób na nadmiar białek na przykład po smażeniu pączków.

Do pieczenia zaprosiłam Polę, która zastanawiała się wykorzystać nadmiar pijanych wiórków. Moje co prawda są całkiem trzeźwe. A Poli? Upiekła i zamilkła ;-)

Kokosowe makaroniki
Chewy coconut macaroon
Michel Suas
Zrobiłam z dwóch porcji

-93g wiórków kokosowych
-100g cukru
-57g białka


Wszystkie składniki mieszamy w garnku i podgrzewamy do 55 st. C.
Łyżką wykładamy na blaszkę kupki "ciasta".
Pieczemy 15 minut w 160-165 st C ( u mnie zwykle 155) na jasno złoty kolor.

Studzimy i ewentualnie spody zamaczamy w roztopionej czekoladzie. Mlecznej dla efektu bouty. Patrzymy mu głęboko w oczy Zrobiłam ci kokosanek. Nadmiar wynosimy do pracy.

środa, 23 lutego 2011

Warsztaty kulinarne w Centrum HoReCa


Nie będzie to dla nikogo nowość, jeśli powiem, że w miniony piątek byłam na warsztatach kulinarnych w Centrum HoReCa. Kiedy dostałam zaproszenie bardzo się ucieszyłam. Powodów tej radości było wiele. Lubię gotować też nie nowość. Lubię chodzić do szkoły, a nie mam już ku temu wielu okazji. Lubię ideę Koła Gospodyń, a dla mnie kulinarna blogosfera jest właśnie takim współczesnym Kołem. Klasnęłam, więc ochoczo w dłonie i rzuciłam: W piątek nie gotuj dla mnie, wybywam. A wiesz co będziecie robić? rzucił od niechcenia On. Ryby! Dumnie wypaliłam, bo w naszym domu specjalistą od ryb jest On. Ma swoich ulubionych dostawców w mieście i na Wybrzeżu, kilka nożyków japońskich, książek i jak zawsze własne zdanie. Ale przecież, ty nie umiesz filetować ryb! westchnął z zupełnie nieuzasadnioną rezygnacją, bo przecież ja się sama z kuchni nie przepędzam. W czwartek wieczorem usadził mnie z powagą na kanapie To chociaż posłuchaj. I zrobił mi wykład na temat filetowania ryb zwykłych i płastug.
W piątek po południu posilona nieciekawym obiadem na mieście, nie będę gotować na głodnego, stawiłam się w umówione miejsce. I od razu poczułam się dobrze. Przywitały mnie przyjazne twarze. Z niektórymi gotuję wspólnie od dawna Tili, Oko uściski, z innymi dotąd tylko wymieniałam maila: Haniu-Kasiu dziękuję za otwarcie oczu na źródło topinamburu, Amber obiecuję ci te brukwie. Jeszcze innych miałam okazję spotkać pierwszy raz, ale mam nadzieję, że nie ostatni. Przepraszam dziewczyny, że wszystkich was nie wymieniam, ale nie chcę nikogo pominąć.
Już od progu okazało się, że jak zwykle moja nadmierna zapobiegliwość sprowadziła mnie na manowce. Trzeba mi było przyjść z pustym żołądkiem. Czekał na nas obfity posiłek z rybami w roli głównej. Najbardziej smakowało mi ceviche z łososiem i halibutem oraz bisque: gęsta długo gotowana zupa z kawałków ryb i owoców morza, która do złudzenia przypominała mi słoiczki wyjadane potajemnie mojej siostrze. Oprócz uczty podniebienia miałam, więc wędrówkę w czasy błogiego dzieciństwa.


Potem była część wykładowa czyli coś dla grzecznej uczennicy. Niestety nasz nauczyciel Grzegorz Kazubski pędził tak szybko, że nie mogłam zabłysnąć wiedzą nabytą przez samo obcowanie z Narzeczonym ( Szkutnikiem). Wszystko to co mówił gorliwie magazynowałam w swojej gospodarnej pamięci. Najbardziej urzekła mnie walizeczka kucharza: pełna noży. Przypomniało mi się, że mój On ( Narzeczony, Szkutnik) wprowadził się do mnie właśnie z zestawem noży. Czyżby miał zadatki na kucharza? Urzekł mnie też karmazyn, którego podczas mojego domowego wykładu oglądałam z książce. Już ostrzę sobie na niego gospodarne pazurki.

Potem nie pozostało już nic innego jak gotować. Jakaż to radość móc gotować w profesjonalnie wyposażonej kuchni, gdzie wszystko jest akurat pod ręką. Jeszcze będąc dzieckiem gotowałam czasem, bawiąc się jednocześnie w Gotowanie na Ekranie. I proszę, oto miałam okazję pobawić się na całego. Bo ileż miłej jest pitrasić, gdy dostaje się na głos instrukcje (nie trzeba czytać całego przepisu), wszystkie produkty są w zasięgu ręki, przygotowane, po porcjowane. A jeśli coś nie idzie zjawia się pan i bez gadania Ojej ale ty trzymasz ten nóż, nie tak inaczej tnie. No i najlepsze. Brudne garnki znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a na ich miejsce pojawiają się nowe.



Gotowałam w parze z Tili, z którą już nie raz robiłam coś na cztery ręce. I jedno muszę przyznać. Podziwiam szefów kuchni za niesamowitą zdolność planowania i robienia tysiąca rzeczy jednocześnie. Miałam pewien problem z nadążeniem za instrukcjami, które padały w prędkością karabinu od mistrzów. Podgrzej, zdejmij z ognia, posiekaj, zamieszaj, przerzuć. Były nawet straty w placach, choć o dziwo nie w moich. Musiało wyglądać wesoło jak kręciłyśmy się jak frygi przy stanowiskach. Za to z efektu jestem bardzo zadowolona!

Bardzo dziękuję całej kucharskiej ekipie: kucharzom, wszystkim organizatorom, moim koleżankom blogerkom. I tym wszystkim, którzy niewidoczni musieli po nas pozmywać. Zabawa była pyszna! Proszę o więcej.


Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości Tili.

czwartek, 6 stycznia 2011

Lekcja gotowania dla Zofii. Wspomnienie z dzieciństwa kisiel domowy.


Siedziałam na zimnym dworcu przepełniona jakąś dziwną radością. Szybko napisałam sms-: Spełnię jedno twe życzenie! klik, poleciał za ocean szybciej niż samolot. Odpowiedź nadeszła natychmiast Naucz mnie gotować!
Jak nauczyć gotować kogoś, kto choć bardzo mi bliski, jest tak daleko? Uczyć gotować to być obok, a my widujemy się najwyżej raz na dwa lata. Jak dobrze pójdzie. I nawet spać chodzimy o zupełnie innych porach. Spróbuję! Usiądź wygodnie w fotelu, zamknij oczy. Smak zaklęty jest we wspomnieniach.

Pamiętasz małą dziewczynkę o patykowatych kończynkach i zwykle podrapaną szyjką? jestem pewna, że tak.
Wpadała do domu, rzucała skórzany plecak w kąt, ależ z niej była bałaganiara. Starsza, pedantyczna siostra łaziła za nią i zbierała, żeby nie dostać bury. O dziwo teraz jest odwrotnie. Dziewczynka wpadała i od progu włączała video. Zasiadała w srakowatym, w kolorze, fotelu. No zjedz najpierw obiad prosiła upierdliwie starsza, zjedz, bo potem mama na mnie nakrzyczy, że znowu nie zjadłaś. Bidula, słuchała tego codzienne. Co zrobić, pogłaśniała video i niczym nie zrażona oglądała pięćdziesiąty raz "Tootsie" Sandy pragnę cię* albo uczyła się pierwiastków z formuły Kingsajzu. Jadła niewiele. I tylko swoje ulubione potrawy. Bała się, że ją uczuli. Wśród ulubionych królował kisielek z jabłkiem. Obowiązkowo z całej paczki . W dużej blaszanej misce z Ikei. Dziś dziewczynka jest piękną kobietą, ach te patyki. Znalazła swoje miejsce na ziemi i chętniej próbuje nowych smaków. Lecz czy pamięta kisielek?

Domowy kisiel jabłkowy
proporcje na 4 porcje lub jedną na całe popołudnie


-kilka soczystych, kwaskowatych jabłek (500ml soku)
-1/2 szklanki wody+4 łyżki
-100g lub mniej cukru demerrara ( brązowy trzcinowy, ale nie ten muscavado) albo syropu z agawy
-kawałek kory cynamonu
-2 goździki
-2 czubate łyżki mąki ziemniaczanej (tzw. skrobi -potato starch)
-ew. 1 jabłko

Uwagi: Zamiast cynamonu i goździków, możesz dodać gałązkę rozmarynu, musisz spróbować tego połączenia z jabłkiem. Możesz dodać odrobinę kardamonu lub pieprzu. Zamiast jabłka rodzynek, kilka orzechów. Nie bój się eksperymentów. Kisiel można zrobić też z innych owoców: porzeczek czerwonych, żurawin patrz tutaj lub z czego tylko chcesz.

Z jabłek wyciśnij sobie sok albo poproś swojego Pana. Możesz też użyć tego wspaniałego Apple cider, który sprzedają na waszym targu. Ja wzięłam sok jabłkowy świeżo wyciskany tzw. jednodniowy, bo nie mogę się doprosić o sokowirówkę. Jabłko obierz i pokrój na kawałki jak do kisielu. 4 łyżki wody zagotuj z 1/4 cukru, aż powstanie syrop. Wrzuć na gorący jabłka i smaż 5 minut, odcedź. W połowie szklanki wody rozpuść skrobię. Sok zagotuj powoli z 3/4 cukru i przyprawami, gdy cukier się rozpuści wlej powoli wodę ze skrobią i cały czas mieszając doprowadź do wrzenia. Chwilę gotuj, aż powstanie kisiel. Z pewnością będziesz wiedziała kiedy. Wrzuć jabłka i zamieszaj. Wyjmij cynamon i goździki. No cóż domowy kisiel nie ma takiego koloru jak kupny, przypomina nieśmiertelny fotel. Przelej do salaterek wypłukanych zimną wodą lub do jednej dużej miski. Możesz dodać bitej śmietany lub posypać dodatkowo cynamonem. Jedz i oglądaj ulubiony film. Jest naprawdę pyszny.

* słynna scena kiedy Dustin Hoffman chce przymierzyć ciuszki swej dziewczyny, ale ta wpada do pokoju. Aby wybrnąć z sytuacji kroczy ku niej zalotnie w opuszczonych galotach z tymi oto słowami

środa, 22 grudnia 2010

Najlepsze życzenia w jadalnych obrazkach.

Uciekam od wzniosłości, bo za szybko się wzruszę.
Daleka jestem od doskonałości, ale życzyć muszę:

Wielu chwil ciepła i zimowych radości:


Obfitości i... szacunku dla wszelkich inności

Gdy przyjdzie właściwy czas: stateczności


Lecz bez utraty dziecięcej rozwiązłości

Oddanych przyjaciół w potrzebie


Dalekich podróży i tych w głąb siebie


Owocnych wejść ubranym i nagim


I na "wyjście z szafy" odwagi.


We wszystkich językach świata życzy Narzeczona.



A na moje pozostałe prezenty świąteczne zapraszam już po świętach. Będą to wspomniane już poprzednio rugelah, baci di dama i lokum ( jak wyjdą ;-) Oddalam się do życia w realu. Ach i zapraszam do Gospodarzenia Weekendowej Piekarni, tylko teraz robię listę na kilka najbliższych wydań, bo potem się gubię i robię wszystkim mętlik. Czekam na maile!

piątek, 12 listopada 2010

Pierniczki czyli praca domowa, Panny Joanny.


To było ponad rok temu. Dzień był bury jak dziś. Mgła właziła nieproszona pod za cienki płaszcz. Zmęczona i naburmuszona snułam się spłowiałymi ulicami. I nagle telefon. Hej wpadniesz? Eeee, miałam piec pierniki, ale nic mi się nie chce. Wpadaj upieczemy u mnie. Ani się obejrzałam i już siedziałam w ciepłej kuchni na moim ulubionym strychu. W lodówce chłodziło się ciasto na pierniki i butelka wina. Dzielna Mukka posapywała na kuchence, czekało ją jeszcze niejedno latte. Pośród okrzyków Szałowa torebka, nie obrazisz się jak też taką kupię! Serio, naprawdę widziałaś ich razem? Niemożliwe twoja matka nie mogła tego zrobić, ona jest świetna! Musimy tam razem pojechać! O masz tą książkę, jak przeczytasz to pożyczę. To co idziemy we wtorek? czas upływał niepostrzeżenie, a na kolorowych matach stygły kolejne partie gwiazd, choinek i innych pachnących imbirem i kardamonem stworów. Było ciepło, było zabawnie, było kobieco! A jedyny obecny mężczyzna bez szemrania latał po landrynki. Do witrażyków rzecz jasna. Jedynym mankamentem było nieudane, robione na naprędce ciasto na pierniki. Ale nawet jego słony smak nie był w stanie popsuć nam popołudnia. Obiecałyśmy sobie, że zabawę powtórzymy za rok i za rok i za rok. I mam nadzieję, że nigdy nie będziemy na nią za stare.

Panny Joanny szykujcie się na grudzień! Pieczemy pierniki. Wino, kawa, dobra kolacja, żadnych mężczyzn i dużo ciasta. A więc do dzieła, przygotujcie swoje piernikowe ciasto, wrzućcie do lodówki. Ja swoje wyniosę na strych. Już czas!

Nie będę oryginalna, wybrałam dwa przepisy na piernikowe ciasto, które od lat krążą w blogosferze. Po co eksperymentować, skoro można uczyć się od najlepszych.

I bardzo dziękuję wszystkim za miłe słowa z okazji dwuletniego Kruchego Spodu.

Pierniczki Bakerlady
inspiracji szukajcie tutaj

-1 szklanka prawdziwego ( lepiej ) lub sztucznego miodu
-1/2 szklanki cukru
-1/2 kostki masła ( 100 g)
-1 opakowanie przyprawy do piernika
-1 łyżka kakao
-płaska łyżeczka sody
-mąka pszenna, około 3-4 szklanek

Miód zagotować z masłem, cukrem i przyprawą piernikową. Odstawić na 20 minut do przestygnięcia, dodać sodę, zamieszać. Dodać tyle mąki, aby uzyskać miękkie, dość lepkie ciasto. Zawinąć je w folię aluminiową i schować do lodówki. Ciasto ze sztucznym miodem nie lubi chłodzenia, więc z niego trzeba piec pierniki od razu - po upieczeniu są jaśniejsze od tych z prawdziwym miodem.

Pierniczki Aganiok
wzięłam od Bei

-500 g miodu
-2 niepełne szklanki cukru
-250 g masła
-1 kg i 1 szklanka mąki tortowej
-3-4 jajka
-3 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej
-1/2 szklanki mleka
-szczypta soli
-1 szklanka siekanych orzechów włoskich
-1/2 szklanki rodzynek (jeśli są duże, można je również posiekać)
-1 czubata łyżka ciemnego kakao
-2 płaskie łyżeczki cynamonu
-2 płaskie łyżeczki imbiru
-1/2 łyżeczki pieprzu
-1/2 łyżeczki mielonych goździków
-1/2 łyżeczki kardamonu

Miód, cukier i tłuszcz włożyć do garnka o grubym dnie, powoli podgrzewać stale mieszając, aż wszystkie składniki się połączą, odstawić z gazu i dodać bakalie oraz przyprawy, wymieszać.
Do malaksera (lub do dużej miski jeśli wyrabiamy ciasto ręcznie) wrzucić większość przesianej mąki, jaja, sól, sodę rozpuszczoną w zimnym mleku, kakao, wymieszać. Po chwili dodać gorącą masę z tłuszczu i miodu (jeśli wyrabiamy rękami, to można ją lekko przestudzić), ponownie wymieszać. Na końcu, gdy masa jest już jednolita, dodać pozostałą mąkę i wymieszać.
Ciasto przełożyć do naczynia, przykryć lnianą ściereczką - powinno oddychać. Odstawić na kilka tygodni w chłodne miejsce (spiżarnia, ewentualnie lodówka) aby dojrzewało.
Ciasto kiedy odpoczywa zmieni konsystencję z lepkiej i luźnej, na zwięzłą i twardawą. Po ok. 6 tygodniach można przystąpić do pieczenia pierniczków. Ciasto wałkować, lekko podsypując mąką, na ok. 0,5 cm, wykrawać pierniczki. Pierniczki tuż przed włożeniem do piekarnika smarować jajkiem rozmąconym z mlekiem.
Piec pierniki w 160-170 stopniach przez ok. 10 minut, w zależności od wielkości (a także w zależności od piekarnika!).
Kiedy wyjmujemy gotowe pierniczki z piekarnika, ich brzeg powinien być już twardy, a środek pozostawać jeszcze miękki, wtedy powinny zachować miękkość po ostygnięciu.


niedziela, 7 listopada 2010

Urodziny bloga i urodzinowa szarlotka.

Nie cierpię przekładania urodzin. Pojawiłam się na świecie w najbardziej zaspany dzień roku i moje urodziny zawsze obchodzone są na doczepkę, z opóźnieniem lub pomiędzy ziewnięciami. I proszę, co robię? Sama przekładam urodziny swojego bloga.

A więc Kruchy ma dwa lata. A właściwie miał, drugiego listopada. I kto by pomyślał?

To był kulinarnie bardzo udany rok. Upiekliśmy dużo ponad sto chlebów. Chociaż Narzeczony nadal wnosi oczy ku Niebu: Czy ty musisz popełniać takie błędy? Czemu pieczesz jakieś dziwa zamiast przerobić porządnie jeden rozdział z książki?
Poznałam kilka świetnych, kuchenne zakręconych kobiet. Zjadłam mnóstwo nieziemskich potraw. Zatopiłam się w wielu kulinarnych tomiskach. I wiecie co? Nadal mam wielki apetyt na gotowanie!

A dziś z okazji urodzin banalnie. Domowa szarlotka Mamy Ewy. Po prawdzie nie jest to oryginalny przepis mamy. U nas w rodzinie wszyscy wszystko robią na oko. Nie ma zapisków, tajemnych zeszytów z przepisami, szeptanych na ucho receptur. Robimy według uznania. Sama przez długi czas tak gotowałam. Fascynację książkami kulinarnymi przeżywam dopiero od niedawna. Na początku drwiłam sobie ze skrupulatnego Narzeczonego i jego wielogodzinnych przygotowań do obiadu. Teraz doceniam wierność oryginałowi. Szukałam po książkach przepisu na szarlotkę bliską tej Mamy Ewy. I tak znalazłam jedną z pierwszych swoich kulinarnych książek. Pamiętam jak czekałam, kiedy wreszcie trafi do księgarń, zresztą jak na wszystkie książki tej autorki. Łasuch kulinarny Małgorzaty Musierowicz był moją ulubioną lekturą. Przy byle okazji namiętnie trzaskałam Murzynka Gabrysi i po raz enty czytałam o miłosnych rozterkach czterech różnowłosych sióstr i długonogiej Anieli.

A oto szarlotka. Nie będę Was przekonywać, że jest najlepsza, jest po prostu moja. Też pewnie taką macie. Na przykład: Mama Ania kroi jabłka i nie trze na wierzch ciasta- powiedział On - no i ja wolę mniej cynamonu. Ale teraz Ty pieczesz dla mnie szarlotki, więc pewnie za kilka lat ta będzie moja ulubiona.

Szarlotka Mamy Ewy/Mamy Borejko

proporcje na małą kwadratową lub prostokątną blaszkę

ciasto:
-250g mąki
-100g masła
-2-8 łyżki śmietany 18%
-żółtko
-1 łyżka cukru
-1 łyżeczka wanilii
-1 łyżeczka proszku do pieczenia
-1-2 łyżeczki soku z cytryny

nadzienie:
-4 jabłka renety
-1 łyżka masła
-2 łyżki cukru trzcinowego
-skórka z pomarańczy odrobina
cynamon według uznania

Wszystkie składniki wrzucamy do miski i wyrabiamy jednolite ciasto. Można zrobić przy pomocy miksera. Połową ciasta wyklejamy wyłożoną pergaminem formę. Druga połową wkładamy do zamrażalnika.
Jabłka obieramy, ścieramy na grubej tarce. Dusimy w garnku z masłem i cukrem. Doprawiamy cynamonem i skórką. Studzimy. Chłodne jabłka wykładamy na ciasto. Na wierzch ścieramy drugą część ciasta. Pieczemy 40 minut w temp. 185-190 st. C. Podajemy posypane cukrem pudrem z odrobiną wanilii.

środa, 18 sierpnia 2010

Rowerem przez Niemcy część III



Rano stoczyłam wyścig z pewną Niemką do kempingowej pralki, a jak wiemy potrafię się wślizgnąć w każdą dziurę. Przemknęłam jej pod pachą i już nasze przemoczone ubrania wirowały w wielkim Elektroluksie. Po chwili okazało się, że moja wygrana była nieuczciwa, Niemka zamówiła sobie pranie już wczoraj. Ale co wiruje, tego się nie psuje i po dwóch godzinach z sakwami wypełnionymi czystym i suchym dobrem śmigaliśmy przed siebie. Koblencji nie poświęciliśmy wiele uwagi, choć jest to miłe miasto. Zwłaszcza ujście Renu do Mozeli prezentuje się malowniczo z wielgaśnym pomnikiem Wilhelma I, spod którego kursują jedna za drugą kolejki na pobliskie wzgórze. A jako dawna Lululanka Mozelę darzę sentymentem. Jeszcze przystanek w sklepie rowerowym, gdzie On wrrr zakupił rowerowe spodenki, Bo to siodełko tak gniecie i tyle. Droga do Ems wiodła nad rzeką. Po drodze mijali nas rowerzyści. Powoli przestali mnie dziwić żylaści osiemdziesięciolatkowie i dzieciaki z osakwionym rowerem. Na szlaku spotkać można było nawet pana na wózku inwalidzkim z łańcuchowym napędem, sakwami i dwoma chłopaczkami na rowerach.
Po drodze mijaliśmy kolejne nadrzeczne miejscowości, o których zbliżaniu nieodmiennie informowali nas biegacze, państwo z wózkami, a nawet z balkonikami na drodze. Wszyscy grzecznie ustępowali rowerzystom. Przyzwyczaiłam się do widoku psiarzy, którzy już z daleka przytrzymują swoje czworonożne pociechy. Przyzwyczaiłam się też do gładkiej, asfaltowej nawierzchni i oznakowań rowerowych szlaków. W miastach rowerowa dróżka przechodziła zwykle w wydzielony dla rowerów pas lub przystosowany chodnik. Ja się pytam, czemu tak nie może być u mnie w kraju? Ems choć ładnie położone, mocno nas rozczarowało. Żadnych soli w szklanych fiolkach, ani pijalni życiodajnych cieczy. Być może nie trafiliśmy tam gdzie trzeba. Samo miasteczko malowniczo położone wśród gór z mnóstwem kamieniczek z pruskiego muru, ale takich miasteczek mijaliśmy po drodze mnóstwo, w co ładniejszych zatrzymując się na kawę i ... lody wiadomo z czym. Na moje zachwyty pruskim murem, On nie omieszkał wyłożyć mi wad tego systemu budownictwa, siedzi teraz w literaturze budowniczej. Pochłonięty jest systemami izolacji i ekologicznych systemów grzewczych. Było coś o właściwościach izolacyjnych drewna i muru, że się różnią. Zawiłe i długie, ale wniosek: nie budujemy z pruskiego muru. A Wy zrobicie jak chcecie. Niemniej domki prezentowały się bajkowo, zwłaszcza, że z upływem czasu były zwyczajnie krzywe.
Za Ems droga zbaczała niekiedy z nadrzecznego szklaku i biegła przez pola, wzgórza. Kilkukilometrowe podjazdy, nawet On nazywał morderczymi, chociaż dużo rzadziej niż ja. Phi, w Tour de Pologne są całe górskie odcinki, a w Paryż -Roubaix to jeszcze po bruku. Mnie nadludzki wysiłek rekompensował widok z góry. Noc spędziliśmy pod pięknym Diez, gdzie zrobiłam Mu iście włoską awanturę za to, że zgubił mnie po drodze. Jak się okazało zrobiłam ją pod nosem pewnej Polki, która zmywała garnki w kempingowym ogródku piwnym. I tak upływały dni, a każdego na liczniku pojawiała się kolejna setka. Powoli przyzwyczaiłam się do takiego tempa. Z nad Renu dróżka przeniosła się nad Lahn, prawy dopływ Renu. Rzeka mniejsza, o bardziej górskim charakterze. Nadal spotykaliśmy licznych rowerzystów, a barki zastąpili żwawi kajakarze. Były też winnice. Jak się szybko przekonałam, na jednym kieliszku mogę jechać, w żadnym razie nie powiela tego przykładu, zatrzymywaliśmy się w regionalnych winnicach i piliśmy tanie jak barszcz wina. Jedyny żal jaki w nas narastał, to to, że nie możemy sobie wyładować sakw butelkami.
Ludzie na nasz widok i wiadomość, że jesteśmy z Polski i nie, nie pracujemy w Niemczech, ożywiali się i ucinali z nim gadki szmatki. Ja robię się w przygodnych kontaktach prawdziwie gburliwa, więc tylko słuchałam. A więc słuchałam: O ja w 59 to pojechałem z Kolonii do Londynu, byłem wtedy w waszym wieku. To ile ten pan miał lat? On myślał, że my mamy dwadzieścia. Nie było wtedy ścieżek rowerowych. A z powrotem skasowałem w wypadku rower i wracałem pociągiem. A w 70 to byłem na kajakach w Polsce. A w tym to miałem też jechać do Polski, ale te powodzie. Inni towarzyszyli nam przez wiele kilometrów, jadąc koło w koło. Wspominali młodość i czasy, kiedy jeździli bez silniczka w rowerze. Nikt nie dziwił się, że planujemy przejechać 1000km na rowerach. Mijaliśmy kolejne ładne i mniej miasteczka: Giessen, Homberg, uniwerstycki Marburg z górującym nad miastem zamczyskiem, Alsfeld...
Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wstępowali do napotkanych piekarni. Niestety niewielu Niemców mówi po angielsku, ale wizyta w spożywczaku i roggen, weizen, dinkel, hafer przestały być dla nas pojęciami z kosmosu. Mało tego pruliśmy wzdłuż szumiących pól orkiszu, a On ofiarował mi bukiet pięciu zbóż. Kolejne dwa dni pogoda była pod psem, co i w nas powodowało psie humory. A rower nie lubi złych właścicieli. On złapał dwie gumy, a mi popsuły się przerzutki. Za to w wilgotnych nastrojach jedliśmy najlepszy chleb świata, niestety znowu zapomniałam gdzie.
Stan licznika 300-400-500. Cel przed siebie do Berlina.

A na koniec przepis, bo to w końcu kulinarny blog. Przepis ni z gruchy ni z pietruchy. Mam tu swój zamysł. Marysiu oto propozycje bez mąki pszennej. Gryczane placki na słodko i obiadowo. Jeden przepis od Trufli, drugi od Leparda.

Placki gryczano-orkiszowe z syropem z agawy

-1 płaska łyżeczka suszonych drożdży
-1/2 szklanka mąki gryczanej
-3 łyżeczki syropu z agawy (lub miodu)
-1szklanka mleka +2-3 łyżki (sojowego lub krowiego, wg uznania)
-1 szczypta świeżo zmielonego pieprzu lub imbiru (dodałam pieprz)
-1 szczypta soli
-1/2 szklanki mąki orkiszowej
-1szczypta kurkumy

Wszystkie składniki wymieszać w podanej kolejności, przykryć folią i wstawić na noc do lodówki, (jeśli rano ciasto okaże się za gęste, dodać 2-3 łyżki mleka) lub na ok. 1 godz. w ciepłe miejsce.
Smażyć na niewielkiej ilości oleju roślinnego.
My jedliśmy z sosem malinowym ( maliny smażone do rozpadnięcia w syropie z agawy) i syropem z Daktyli (smakołyk z Omanu)

Placki gryczane

Dan Lepard
-50g (3 łyżki) wrzątku
-50g 91/3 szklanki) kaszy gryczanej (palonej czyli zwykłej)
-125g zimnej wody (1/2 szklanki)
-1/2 łyżeczki świeżych drożdży
-100g mąki gryczanej (1 szklanka)
-1/2 łyżeczki soli
-175g zimnego mleka (3/4 szklanki)
- olej, masło do smażenia

Kaszę zalewamy w miseczce wrzątkiem i mieszamy. Po chwili wlewamy zimną wodę, dodajemy drożdże i mieszamy. Dodajemy mąkę gryczaną, mieszamy. Na końcu wsypujemy sól. Zakrywamy i odstawiamy na 1 i 1/2 godziny. Po tym czasie powinny pojawić się bąbelki. Wlewamy mleko, mieszamy. Rozgrzewamy patelnię z tłuszczem i wylewamy po chochelce ciasta na patelnię. Smażymy placki po minucie z każdej strony. Dobre jako dodatek do kwaśnego mleka, sosu pieczarkowego lub wyrazistej sałatki.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Rowerem przez Niemcy część II

To był długi dzień. Czekało nas 120 km. Choć wczorajsze 95 km okazało się wyjątkowo bezproblemowe i napawało mnie dumą Powiedz, że jestem świetna przejechałam tyle kilometrów? Zobaczymy jutro! To jednak liczba sto dwadzieścia trochę mnie przerażała. Tradycyjnie posileni śmietanowym deserem ruszyliśmy na południe. Wiem patrząc na mapę, wydaje się to mało logiczne, ale niedaleko od Koblencji zobaczyliśmy nazwę Bad Ems. Emskie?! To one istnieją naprawdę? Oboje w dzieciństwie piliśmy musujące na mleku tabletki ponoć na przeziębienie. Moje babcia rozpuszczała je w białym kubku z zielonym paskiem. Były słone, pyszne i takie dorosłe. Oboje mamy też słabość do wszelkich Wód, popijanych wśród starszych państwa z kubka z dzióbkiem. Decyzja zapadła szybko, jedziemy do Wód. Wcześniej wstąpiliśmy do sklepu rowerowego, gdzie on pozazdrościł mi i kupił sobie to siodełko (wiem, wiem, reklamę im tu robię, ale mogę ich reklamować za darmo). Kiedy na pytanie sprzedawcy czemu zrobiłam płaczliwą minę usłyszałam jego Zazdrości mi nowego siodełka, jej ma już rok, moja mina zrobiła się jeszcze płaczliwsza, bo to była prawda. Sprzedawca okazał duże zrozumienie Ale jego będzie bardzo twarde. I będzie cierpiał. To prawda. Najlepsze siodełka świata dopiero po przejechaniu dwustu kilometrów dopasowują się do zadu właściciela. I te kilometry to często prawdziwa udręka. Potem no cóż, właściciele wiedzą o czym mówię. Kupiłam sobie na pocieszenie ochraniacz od deszczu dla mojego . Potem jeszcze Vollkornbrota i tyle nas widzieli. Droga do Koblencji z Kolonii biegnie nad brzegiem Renu. Prosta, równa, asfaltowa, ciągnie się dziesiątkami kilometrów. Marzenie każdego rowerzysty. Mijały nas barki, w tym jedna węglowa, która płynęła z nami cały dzień, raz ona, raz my na przedzie. Tu wyrażę kolejny zachwyt Niemcami, co potrafią wykorzystać swoje rzeki. W oddali słychać było stukot czerwonych pociągów. Wokół roztaczały się winne wzgórza, a co jakiś czas nad zielonym zboczem górowało chmurne zamczysko.
Szybko dojechaliśmy do Bonn, ładny rynek i uniwersyteckie klimaty oraz nieco industrialne przedmieścia. Posiliwszy się kiełbasą pojechaliśmy dalej. Po drodze spotkaliśmy niemieckich cyklistów, zwierzyliśmy się z naszego pomysłu dotarcia do Berlina. Popatrzyli z niedowierzaniem na nasze klamoty i stwierdzili, że w okolicach Getyngi to jest hilly. Pogadali chwilę, po czym orzekli, że nie mogą tak wolno jechać, bo spieszą się do Włoch Co 22km/h? i tyle ich widzieliśmy. Jechaliśmy cały czas nad brzegiem rzeki. Jeszcze chwilami odzywał się w nas żal za tym co niespełnione. Francja, sery, wino... Chwilę potem zdaliśmy sobie sprawę, że gdzie jesteśmy! Kieliszek, no dwa miejscowego rivarera i rieslinga zrobił swoje. I o dziwo całkiem nieźle jadę na winie! Ale nie bierzcie tego za przykład. Dwadzieścia kilometrów od celu straciłam nagle siły. Zjedz banana.Zawsze przytomny zaradził On. I po chwili jechałam jak szalona. Hmm, to już wiemy na co jeździsz skwitował. Na połowie banana robię ponad 20 kilometrów. Koblencja przywitała nas deszczem. Mokrzy jak stare ręczniki rozbiliśmy się na pierwszym napotkanym kempingu. Okazał się brzydki i fatalnie położony. Przez całą noc płynęły barki, jeździły towarowe, a po drugiej stronie samochody. Przed snem wyszeptałam tylko Niezła jestem przejechałam 120 km, powiedz, że jestem niezła. Eeee, na Tour de France robią ponad 150 równie sennie powiedział On.
Stan licznika 224. Cel Bad Ems i dalej na północny-wschód.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Rowerem przez Niemcy część I

Decyzja została podjęta jedziemy przez Niemcy. Tak się złożyło, że zwiedziłam już prawie całą Europę, a kraju naszych sąsiadów nie. Być może to wpojona przez babcię wojenna niechęć, może nieznajomość języka, do Niemiec było mi zawsze nie po drodze. Owszem przejechałam je z kilkanaście razy wszerz pociągiem i samochodem, spędziłam długie godziny na lotnisku we Frankfurcie (linie lotnicze to ich lubię), ale wakacje? W życiu bym nie zaplanowała. Moje uczucia do Niemiec ociepliły się kilka lat temu, kiedy mieszkałam w sennym państewku. Jeździłam wtedy w dni wolne od pracy do Trewiru, Kolonii i Frankfurtu. Jeśli kiedyś będziecie pobliżu polecam świąteczny jarmark w tym pierwszym, chyba najstarszy, a na pewno jeden z piękniejszych w Niemczech.
Wysiedliśmy po północy na dworcu w Aachen, głucho tam było i ciemno. Pod dworcem kilku tureckich taksówkarzy wypalało sennego papierosa. Pod dworcem była też mapa, według której całkiem niedaleko był kemping. Wystarczyło tylko wyznaczyć północ i byliśmy w domu. Dla porządku spytaliśmy o drogę kilku przechodniów, ale wiadomo jak to jest z przechodniami o tej godzinie. Różne są ich stany świadomości i różnych informacji udzielają, a to że kemping 20 km za miastem, a to że tu u nas w Aachen go nie ma. W sumie byliśmy na to przygotowani. Napotkany po drodze Polak, tynkarz, po wyrażeniu ogromnego zdziwienia, że nie przyjechaliśmy tu do pracy a na wakacje, poinformował nas, że Niemcy nie potrafią wskazywać drogi. I niestety jeszcze nie raz przyszło się nam o tym przekonać. Kemping znaleźliśmy sami i nawet okazał się samoobsługowy.
Następnego dnia posileni pierwszym deserem z bitą śmietaną, zaopatrzeni w mapę regionu zwiedzaliśmy słynny Akwizgran. Trochę pożałowałam, że w liceum nie słuchałam pani M. i jej wywodów o Pepin le Bref i Charlemagne. Nic to wrócę do domu i poczytam na Wikipedii ;-) pomyślałam, oblizując bitą śmietanę z nosa. Właśnie desery z bitą śmietaną towarzyszyły nam odtąd każdego dnia. Niemcy uwielbiają lody i bitą śmietanę. W każdej nawet najmniejszej mieścinie jest eiscafe, która na wydrukowanym kolorowym folderze zachęca do zjedzenia kopy lodów z dodatkami i obowiązkowo bitą śmietaną. Lody są różne, czasem dobre, czasem po prostu zimne. Podczas wyjazdu zjadłam tyle bitej śmietany, że wystarczy mi do końca życia. A i on powiedział w końcu dość, kiedy w Lipsku dostał kopę lodów z bez mała 100g porcją orzechów. W Akwizgranie pobyliśmy chwilę na uroczej starówce i podczas gdy on pochłaniał kolejne lody ja zwiedziłam romańsko-gotycką katedrę i wczułam się w rowerową atmosferę Niemiec.
Potem ruszyliśmy naprzód. Nasz cel Kolonia, oddalona podobno o 70 kilometrów i jak poinformował nas pan w rowerowym warsztacie wiodła tam jedna rowerowa droga. Droga jedna, ale co przechodzień to inna. Okazało się, że choć po mieście przemieszcza się wielu rowerzystów, to żaden tak daleko się nie zapuścił. Straciliśmy dobre dwadzieścia kilometrów, aż w końcu jakiś zawiany rodak podszedł z pytaniem Pomóc wam w czymś? Wcześniej upewnił się czy, aby nie przyjechaliśmy tu do pracy.
Droga do Koloni była dość nudna i nieprzyjemna. On jak na złość ignorował rowerowe oznaczenia i kazał mi jechać obok samochodów, czego nie lubię. Po drodze zjedliśmy chyba najlepszy niemiecki obiad. Pyszną kaszankę z puree ziemniaczano-selerowym i jabłkowym musem z porzeczkami oraz wspaniale marynowane mięso. Niestety nie pamiętam, ani nazwy miejscowości, ani restauracji, ale pozdrawiam miłą panią, która mimo zamknięcia lokalu poprosiła kucharza o przygotowania dla nas posiłku. Wieczorem z 104 km na liczniku dotarliśmy do Kolonii. I tu stała się rzecz niebywała. On, który szerokim łukiem omija wszelkie budowle sakralne do zwiedzania Ty sobie idź ja tu posiedzę na widok kolońskiej katedry rozdziawił usta. Szybko udał, że nic się nie stało i niby obojętnie rzucił Mogę ją z tobą jutro zobaczyć. Ja z kolei rozdziawiałam buzię na widok rowerów. Rowery, rowerzyści i rowerowe dróżki były w Kolonii wszędzie. Z czasem miałam do tego przywyknąć, a nawet krzywić na gorszą, a przecież lepszą niż w ojczyźnie rowerową infrastrukturę. Póki co rozpływałam się w zachwytach. Kupiliśmy też kolejne mapy, tym razem rowerowe. W Niemczech jest wiele tysięcy wytyczonych i oznakowanych dróg rowerowych , a niemieckie stowarzyszenie cyklistów ADFC, wydaje co jakiś czas uaktualnione mapy w skali 1:150 000. Mapy danego regionu dostępne są w każdym większym mieście. Polecam.
Kolonia to bardzo przyjazne miejsce. Knajpki, luz, rzeka, rowery i dobrze zagospodarowana (poza naćkanym centrum) przestrzeń, czyli tak zwane miasto do mieszkania.
Tego dnia odbywała się tam jakaś gejowska impreza, która jak się okazało kontynuowana była na nadreńskim kempingu. Miłe panie z Włoch zaprosiły nas na imprezę, ale zmęczeni grzecznie podziękowaliśmy. Rano czekała nas długa droga. Cel Koblencja. Stan licznika 104 km.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Chleb i forma czyli rowerem przez ...


Lubimy wyzwania. Lubimy też niespodzianki. A może po prostu jesteśmy mało zorganizowani? Od dawna planowaliśmy rowerowe wakacje we Francji, choć może słowo planowaliśmy nie jest tu całkiem na miejscu. Oprócz kupienia biletów na pociąg przez Niemcy nie zrobiliśmy nic w tym kierunku. Z beztroskim jakoś to będzie wyczekiwaliśmy dnia urlopu. Ja jeździłam z większym zapałem rowerem Ty musisz być rozjeżdżona powtarzał bez ustanku On. Zmęczeni lipcowym upałem, ziemskimi poszukiwaniami i jego dodatkową pracą, która do ostatniej sekundy trzymała wszystkich w napięciu, spakowaliśmy sakwy i... Kilka godzin przed wyjazdem ze zgrozą odkryłam, że kupiliśmy nie takie bilety na pociąg w Niemczech. To znaczy pociąg i owszem wspaniały, ale ktoś nie zaznaczył opcji przewóz rowerów. No bo mnie popędzałaś. Część biletów udało się oddać, ale zamiast szybkiego nowoczesnego ekspresu czekały nas pociągi regionalne z milionem przesiadek. Rano źli i nadąsani przyczepiliśmy sakwy do jednośladów i pojechaliśmy na dworzec. Po drodze zgubiłam kask, tylne światełko i sobotnią gazetę. Ta ostatnia na szczęście czekała na mnie w pociągu. Za to już od pierwszego to tak to okazało się, że nie wzięłam, to znaczy nie spakowałaś mi mnóstwa rzeczy. Podróż do Berlina minęła jak z bicza trzasnął. Przyzwyczajeni do telepaniny do Gdańska nawet nie zauważyliśmy kiedy upłynęły rozkładowe godziny. W Berlinie kupiliśmy weekendową kartę kolejową ( nasze bilety były nieważne), która za 36 euro uprawnia do podróży przez cały dzień właściciela z czworgiem towarzyszy. Przewóz roweru zależy od długości planowanej podróży. Pani wydrukowała nam plan podróży. Czekało nas pięć przesiadek, ale za to wagony rowerowe w Niemczech mają szerokie podjazdy i nie trzeba zdejmować za każdym razem sakw. Podróżujący rowerem z sakwami wiedzą jakie to utrapienie i ile nerwów kosztuje wejście do polskiego pociągu. Prześledziwszy nasz rozkład jazdy szybko okazało się, że nie zdążymy na pociąg w Belgii i nasza rowerowa wycieczka dziwnie się komplikuje. W jego głowie zaświtała dziwna myśl jazdy nocą z Aachen do Liege, ale szybko ostudziłam jego zapały. Nie mamy lampek, kasków i ja mam kurzą ślepotę. Tymczasem z okna widzieliśmy piękne równe niemieckie drogi i ciągnące się po horyzont dróżki rowerowe. Na kolejnych stacjach dosiadali się do nas rowerzyści w każdym wieku. Od praktycznie zera (podróż w specjalnej przyczepce), poprzez dziesięciolatki z rowerem i sakwami, po leciwe panie umięśnione jak triatlonistki. W przedziale jechały z nami rowery górskie, miejskie , szosowe i przed potowe składaki. Powoli w głowie świtała nam myśl, zagryzana 80% żytnim detmolderem* Gdzieś w okolicach Dortmundu byliśmy już prawie pewni. On w głowie dzielił kilometry przez liczbę dni. Czy jesteś w formie, by jechać 70 dziennie? Około północy wysiedliśmy na ciemnej stacji w Aachen i już wiedzieliśmy: Rowerem przez Niemcy! I tak z przewodnikiem po Francji, mapą Beneluxu, kilkoma kromkami chleba i tabliczkami ulubionych niemieckich czekolad wyruszyliśmy w naszą podróż. Aachen-Berlin relacja wkrótce.

*Chleb żytni 80% metodą trójfazową
J. Hamelman

Chleb ten robi się w trzech fazach. Najpierw odświeżamy zakwas. Potem dwukrotnie budujemy zaczyn, by na koniec wymieszać ciasto właściwie. Hamelman robi ten chleb z tak zwanej średniej mąki żytniej, która w Polsce byłaby mąką 1100. Z naszej mąki średniej typ 1400 chleb ten wychodzi ciemniejszy niż w piekarni Mistrza. Podobną mąkę można uzyskać mieszając mąki żytnie 1400 i 720 (w proporcjach 7:3). Tym razem daliśmy więcej mąki żytniej chlebowej 720. Uzyskując chleb dużo lżejszy. Podane proporcje są na dwa bochenki około 750g. Chleb jest słodkawy, choć zrobiony na czystym zakwasie. Długo świeży. Hamelman opowiada jak to przesyłał sobie ów chleb na poste restante, by cieszyć się nim podczas podróży. Do tego jednak trzeba wiedzieć od początku gdzie się jedzie skwitował On.

Zakwas (freshening)
-3g dojrzałego zakwasu żytniego
-8g mąki żytniej 1100
-11g wody

Zakwas mieszamy z wodą. Wsypujemy mąkę. Mieszamy. Odstawiamy na 6 godzin w ciepłe miejsce (25-26 st C).

Zaczyn I (basic sour)
-90g mąki żytniej 1100
-68g wody (4 łyżki)
-cały zakwas

Zakwas mieszamy z wodą. Dodajemy mąkę. Mieszamy. Odstawiamy na 16 godzin, na noc (20-22 st C).


Zaczyn II (full sour)
-244g mąki żytniej 1100
-244g wody
-cały zaczyn I

Postępujemy jak poprzednio. Odstawiamy na 4 godziny (28-29 st. C np. piekarnik ze światłem, kaloryfer)

Ciasto właściwe
- 383g mąki żytniej 1100
-182g mąki pszennej chlebowej (lib pszennej wysokoglutenowej)
-383g wody
-17g soli
-cały zaczyn II
-ew. (pominęliśmy) 8g świeżych drożdży

W misce mieszamy wszystkie składniki. Wyrabiamy przez 6-7 minut. Ciasto będzie lepkie, a gluten nie będzie specjalnie rozwinięty. Odstawiamy do fermentacji na 20 minut. Ciasto długo dojrzewało i nie potrzebuje długiej fermentacji (28 st. C) Formujemy okrągły bochenek. Wkładamy do przygotowanego koszyka tj. posmarowanego cieniutko olejem i wysypanego mąką. Odstawiamy do wyrastania na 1 godzinę ( 27 st. C)
Bochenek wyrzucamy na obsypana semoliną łopatę, nakłuwamy zapałką w wielu miejscach. Pieczemy z parą w temp. 250 st. C przez 10 minut. Obniżamy temperaturę do 210 st. C i pieczemy 40 minut. Studzimy na kratce. Kroimy po upływie 24 godzin. Warto czekać.

wtorek, 16 marca 2010

Wspomnienia z chlebem w tle. Apple cider i Panmarino.

Lubię podążać smakowitym szlakiem. Znaleźć dokładnie to coś o czym czytałam w książkach. Zjeść śniadanie takie jak w soboty jadał neurotyczny bohater. Umówić się na spotkanie z siostrą tam, gdzie bohaterka komedii spotkała swoje przeznaczenie. Te same kwiaty wsadzić do koszyka. Spróbować chleba, który upiekł ten piekarz. Zdarza mi się złazić pół miasta w poszukiwaniu właśnie tych bułek czy croissantów. Nowy Jork to miasto utkane z kulinarnych ścieżek. Jedna z nich prowadzi na targ.

Wśród wysokich budynków Manhattanu u zbiegu ruchliwych Broadwayu, Czwartej Alei i 14 ulicy trzy razy w tygodniu pojawia się targ. Pod ziemią hałasują pociągi metra, na powierzchni przelewa się wielonarodowościowy tłum. Na placu Union Square rozkładają się stragany farmerów, ogrodników, piekarzy, domowych przetwórców i cieszą oko kolorowym dobrodziejstwem natury. Od jakiegoś czasu królują w tej okolicy produkty eco i organic. W tym roku doszły do tego hasła local food. Zbytecznie. Wiadomo, że Nowy Jork otoczony jest zielonym New Jersey, zwanym Garden State z powodu licznych farm i sadów. To właśnie stamtąd pochodzi większość sprzedawanych artykułów. Lubię wybrać się z płócienną torbą na spacer wśród straganów. Wraz z wysportowanymi mieszkańcami gigantycznej metropolii przebierać bakłażany i robić własne mieszanki sałat. Próbować serów i jabłek. Szukać inspiracji do domowej spiżarni.

W dłoni obowiązkowo trzymam kubek gorącego apple cider. Cider to wyciskany na zimno sok, najczęściej z jabłek. A jabłka w New Jersey są wyjątkowe. Istnieją też, moim zdaniem mniej udane, wersje gruszkowe i z czerwonych owoców. Jabłkowy z cynamonem, imbirem, goździkami, wanilią nie ma sobie równych.

Na Union Square nie może zabraknąć i dobrego pieczywa. Swój stragan ma tu obowiązkowo piekarnia Daniela Leadera Bread Alone. Pięknie nacięte, zakwasowe bochenki kuszą oko. Smak nie rozczarowuje. Ostatnia propozycja WP to właśnie jeden z chlebów Daniela Leadera. Panmarino, włoski chleb z rozmarynem. Dziś w GSz mój chleb, a niebawem podsumowanie piekarni. Zapraszam.


LinkWithin

Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin